Najpiękniejsze

Złociste sierpniowe barwy. Nie do podrobienia. I po raz kolejny mój ulubiony temat. Ale musicie mi to wybaczyć. Nie jeżdżę po znanych i tłumnie odwiedzanych miejscach w Polsce, ani tym bardziej na świecie. Fotografuję na „własnym podwórku”. To, co dzieje się blisko. A jedyne, czego szukam i w czym wybrzdzam, to światło. Musi być to najpiękniejsze. I takie tutaj udało mi się złapać.

FOT. WITOLD OCHAŁ POWIAT ROPCZYCKO-SĘDZISZOWSKI GÓRA ROPCZYCKA

Kawał drogi

Ubiegły weekend był pochmurny i deszczowy. Na dwa dni porzuciłem rower na poczet pieszych wycieczek po lesie. Tęskniłem za tymi moimi leśnymi wędrówkami. W ciągu dwóch dni przemierzyłem około dwudziestu pięciu kilometrów. Poza spotkaniem z jeleniem (pokazywałem go tu kilka dni temu), zrobiłem kilka zdjęć. Co prawda światło nie było najlepsze do fotografowania, ale przez taki kawał drogi wynalazłem kilka kadrów.

Mrocznie choć rano

Najlepiej wstać sobie wcześniej i być na miejscu jeszcze przed wschodem słońca. Jest różnie – raz jest najpiękniej właśnie wtedy, innym razem punkt o wschodzie, jeszcze innym jakiś czas po wschodzie. Dobrze zarezerwować sobie więcej czasu i być cierpliwym. Tym razem słońce w ogóle nie wzeszło. Znaczy nie wyszło zza chmur.

Jednak właśnie to szare, rozproszone światło stworzyło swoisty klimat pasujący do mgieł zalegających w dolinach. Nieco mroczny klimat, choć to przecież ranek, początek dnia. Każdy rodzaj pogody zasługuje na swoje pięć minut na fotkach.

Czasy beli

Takie nastały czasy, że to bele są atrakcją współczesnego krajobrazu. I o ile wiele z nas z rzewnością wspomina czasy snopów ściętego zboża, to one juz nie wrócą. Kiedy popołudniem jadąc rowerem zobaczyłem na sąsiednim wzgórzu ogromną ilośc beli, postanowiłem podjechać tam wieczorem i zrobić kilka zdjęć, zanim zostaną pozbierane z pola.

Choć na niebie nie było wielu chmur, dopisało piękne wieczorne światło. Miałem kilkadziesiąt minut czasu na oddanie się swojej pasji. Pasji do spędzania czasu na łonie przyrody, do wyszukiwania najciekawszych kadrów i uwieczniania ich na matrycy aparatu. Z pewnością pokażę tu jeszcze nieco zdjęć z tego pleneru, bo powstało ich sporo 😉

Jechać czy fotografować…

W ubiegły czwartek były na niebie ładne chmury, więc postanowiłem wziąć ze sobą na wyprawę rowerową aparat. Trasa liczyła sto kilometrów i zaplnaowałem ją po malowniczo położonych górkach zachodzniej strony Pogórza Strzyżowskiego. Wyjechałem kolejno na dziesiąć wzgórz, a suma przewyższen całej wyprawy to 2100 metrów. Niekończąca się historia spinaczek i zjazdów.

I choć kosztowało mnie to wiele, to widoki wynagrodziły mi trud. Nie lubię przerywać jazdy, ale dla niektórych widoków po prostu musiałem. Już nie mogę się doczekać kolejnych pogodnych dni, aby znów wyruszyć na odkrywanie piękna mojej okolicy. Tylko te mieszane uczucia… jechać, czy fotografować.

Obraz trójwymiarowy

Poranne mgły. Zawieszone nisko nad łąkami. Gdy tylko wyjdzie słońce zaczynają się podnosić i rozpraszać. Nie ma dużo czasu na fotografowanie. A nie ma co ukrywać, że wyglądają najpiękniej właśnie wtedy, gdy słońce ledwo je muska swoim blaskiem.

Tak ulotne chwile, że później zastanawiamy się, czy to działo się naprawdę. Zdjęcia są po to, aby te momenty, minuty, sekundy zatrzymywać na dłużej. Kto nie widział tego na żywo, temu polecam z całego serca spacery o wschodzie słońca. Jak najczęściej. Aby w końcu trafić na swój bajkowy poranek. I go zapamiętać, zatrzymać ten trójwymiarowy obraz w sowjej głowie.

Słonecznikowo

Pola słoneczników. Piękny widok. Zwróciłem na nie uwagę jakieś kilkanaście dni temu podczas jednej w przejażdżek rowerowych. Wtedy jeszcze nie kwitły. Postanowiłem sobie do nich wrócić za jakiś czas i w niedzielę zrobiłem kolejny kurs w to miejsce. Zrządzenie losu sprawiło, że zabłądziłem i przypadkiem trafiłem na jeszcze większe pola tej pięknej rośliny i co najważniejsze okazało się, że już zakwitły!

Nie wiem jak długo kwitną słoneczniki, ale koniecznie muszę tam jeszcze wrócić. Oby nie było jak miesiąc temu z makami i obym zdążył przed przekwitnięciem. Pozostaje czekać na ciekawe warunki podczas któregoś z zachodów słońca.

Doznania wizualne

Dnia powoli ubywa. Mija już miesiąc od przesilenia letniego. Jedyne co mnie cieszy, to że wschód słońca jest coraz później. Piąta rano brzmi lepiej niż czwarta trzydzieści. A tylko rano możemy napotkać tak cudowne światło. I to nie ważne gdzie jesteśmy. W śrdoku lasu, w polach, na łące, czy na zwykłej asfaltowej drodze. Te kilkadziesiąt minut, czasami godzina i dłużej to z pewnością najpiekniejsze co może nas spotkać, jeśli chodzi o wizualne doznania.

Lubię upał

Dawno temuj, kiedy byłem nastolatkiem nie lubiałem upałów i lata. Okres od maja do sierpnia był najmniej ulubionym okresem w roku. Później na szczęście się to zmieniło, a aktualnie uwielbiam kilku, czy kilkunastodniowe upały zprostego powodu – mogę jeździć na wielogodzinne wyprawy rowerowe bez stresu o zmienną pogodę.

Ostatnio podczas bezchmurnego, upalnego wieczoru rzuciło mi się w oczy kilka poniższych kadrów.

Ulotne chwile

Aż ciężko w to uwierzyć, że dwadzieścia minut wcześniej padał ulewny deszcz, wiał wiatr i było prawie ciemno. Za to uwielbiam aurę, że potrafi zmienić się dosłownie z kwadransu na kwadrans. Jest ulewa, ale ja biorę pod uwagę, że po ulewie może przyjść całkiem przyjemna pogoda, pastelowy zachód słońca. To są niezwykle ulotne chwile. A ja tylko takie lubię uwieczniać na moich zdjęciach.