Przyjaciel, drapieżca i hrabina

Kolejne małe stworzonka, które nawinęły mi się przed obiektyw. Szczególnie polubiłem jegomościa z pierwszego zdjęcia, który koniecznie chciał wyskoczyć mi na dłoń, kiedy próbowałem przytrzymać do zdjęcia trawę, na której siedział. No cóż, nie broniłem się, choć lekka obawa przed pogryzieniem była. To jednak, jak się okazało, nie były jego smaki.

Na kolejnej, drugiej fotce scena jest nieco drastyczna, ale uwierzcie mi, dużo gorzej wyglądało to na żywo. Ze złapanego nieszczęśnika dosłownie leciały wióry. A konkretnie skrzydła i nóżki. Widocznie osa nie przepada za takimi „smakołykami” i wybiera tylko to, co najbardziej wartościowe.

Na ostatnim zdjęciu jest mucha. Ale nie taka pospolita. To z pewnością jakaś szlachcianka, a może nawet hrabina. Wnioskuję po tych hipnotyzujących oczach i gracji, którą okazywała, stąpając po liściu.

Nie jestem pewien

Pogoda nie była rowerowa i zaraz miało padać. Rano wybrałem się zatem do tej bardziej dzikiej części ogrodu. Krążyłem z obiektywem makro, wypatrując ciekawych modeli. Problem polegał na tym, że wszystkie napotkane stworzenia były wyjątkowo ruchliwe. Ledwo się do nich zbliżałem, a one czmychały w swoją stronę.

Kiedy zaczynałem się już zastanawiać, czy wrócę do domu bez żadnego udanego zdjęcia, trafiłem na dwa śpiące owady podobne do pszczół, jednak sporo mniejsze. Te dla odmiany ani trochę nie przejmowały się moją obecnością. Mogłem podejść blisko, zmieniać kadry i fotografować je do woli. Trudno o bardziej cierpliwe modelki.

Internet podpowiada mi, że to Makatka zbójnica (Anthidium manicatum), ale ja tego pewien nie jestem. One ponoć w ten sposób odpoczywają, a być może w chłodne poranki, jak dzisiejszy, pozostają jeszcze ospałe po nocnym odpoczynku, dzięki czemu można je obserwować znacznie łatwiej niż w ciągu dnia.

Rarytas w kolorze różowym

Dziś środa, więc pora na kolejną porcję owadów. W ramach regeneracji i wyciszenia biorę aparat z obiektywem do makro i idę wypatrywać małych mieszkańców łąk oraz zarośli.

Na dziś mam kolejne cztery zdjęcia i cztery stworzenia. A właściwie trzy owady, bo bohater pierwszego zdjęcia jest pająkiem. To przedstawiciel rodzaju bokochodów. Najprawdopodobniej samica pilnująca swojego kokonu. Bokochody różnią się od wielu innych pająków tym, że nie budują sieci łownych, tylko aktywnie polują na swoje ofiary niczym drapieżnicy.

Muchówka z drugiego zdjęcia to wujek. I nie, to nie jest żart. Gatunek ten nazywa się wujek żółtaczek. Ciekawostką jest to, że samce, chcąc zaimponować samicy, przynoszą jej prezenty w postaci upolowanych drobnych owadów.

Trzecie zdjęcie przedstawia świeżo wyklute nimfy pluskwiaka. W pierwszym stadium życia siedzą sobie na pustych jajkach, z których przed chwilą się wydostały.

Czwarte zdjęcie to największy fotograficzny rarytas, jaki mógł mi się trafić. Różowy konik polny! Jak to możliwe? To najprawdopodobniej efekt rzadkiej mutacji genetycznej zwanej erytryzmem, która zwiększa produkcję czerwonego pigmentu. Istnieją różne teorie wyjaśniające ten fenomen. Jedna sugeruje zaburzenia w syntezie pigmentów, druga wskazuje na dominujący gen odpowiedzialny za kolor.
Ten niezwykły różowy odcień może sprawiać, że owady są bardziej widoczne dla drapieżników, dlatego spotyka się je tak rzadko. Powiem szczerze, że gdy go zobaczyłem, aż się roztrzęsłem z emocji i modliłem się w duchu, żeby udało się zrobić zdjęcie.

Zaglądnąłem do ogrodu

Zaglądnąłem kilka razy do ogrodu, żeby sprawdzić, co słychać w świecie makro. Trafiło się kilka ciekawych okazów.

Nad stawem zauważyłem potężną ropuchę (a może żabę?), która odpoczywała sobie jak gdyby nigdy nic. Nie zdawała sobie sprawy, że na głowie siedzi jej muchówka mocno przypominająca komara, która przygląda mi się podejrzliwie, zastanawiając się pewnie, co będę robił. Niestety ropucha nie była zbyt towarzyska i po chwili hopsnęła do wody.

Skakun zawsze jest mile widziany, a ten siedział sobie na suchym liściu przyklejonym do trawy. Było mu tam całkiem do twarzy. Ma chłop gust.

Pajęczyca z kokonem to również widok, który zawsze cieszy. Ta była na tyle cierpliwa, że pozwoliła zrobić sobie kilka ujęć.

Kolesia z czwartego zdjęcia nie znam i nie wiem, co to za jeden, ale jakoś tak wydał mi się godzien uwiecznienia.

Co w trawie za domem?

Tak, sięgnąłem w końcu na chwilę po mojego bezlusterkowca. Tak, założyłem obiektyw do makrofotografii. Tak, polazłem na dziką część ogrodu poszukać owadów.

Raz – ręka już nie ta co kilka lat temu. Konieczne byłoby trochę poćwiczyć, żeby mnie aż tak nie trzęsło. Dwa – wzrok już nie ten i coraz trudniej coś wypatrzyć. Niemniej udało się wyłowić z gąszczu trawy kilka ciekawych okazów i scenek.

Spotkane

Kończymy lipiec, ale ja jeszcze chwilkę muszę spauzować od roweru.

Zatem po raz kolejny wybrałem się z obiektywem makro do ogrodu i wypatrzyłem kilka ciekawych owadów.

Te z pierwszego zdjęcia okupują aktualnie wysokie trawy rosnące w stawie. Większość z nich siedzi sobie w parach – jeden na drugim – i tak się noszą nawzajem…

Dwójka – mucha. To wiadomo, niby nic ciekawego i wielu obrzydza, ale ja tam je lubię. Oczywiście tylko na fotografii.

Trójka – również jakowaś muchówka, tym razem mniejsza, na smukłych, długich nogach.

Na czwartym zdjęciu – pluskwiak, który okupował liliowce.

Co u pszczół

Posucha w fotografii rowerowej, posucha w krajobrazowej. A to oznacza jedno – obadałem, co tam ciekawego w świecie owadów. W ogrodzie aktualnie kwitnie kilka gatunków roślin, więc i pracowitych pszczół jest pod dostatkiem.

Ja uparłem się, żeby choć jedną sfotografować w locie, co nie było łatwe. Raz – ze względu na ich ruchliwość, dwa – ze względu na brak światła, bo ostatnimi czasy chmury nie schodzą z nieba.

Znów owady

Dziś kolejna dawka ogrodowych cudaków, które udało mi się podejrzeć w ostatnich dniach. Kiedy akurat nie jeździłem rowerem gdzieś po okolicach ani nie włóczyłem się z aparatem po polach i łąkach, zaszedłem do ogrodu, żeby sprawdzić, co tam piszczy w trawie. No i znowu trafiłem na moje małe zwierzaki!

Tym razem natknąłem się na parkę poskrzypek liliowych (Lilioceris lilii). Może nie wypada tak ich podglądać w intymnej chwili, ale… wszystko w imię nauki, wiadomo. Kolejna bohaterka to Skrócinka europejska (Macropis europaea) – maleńka i niepozorna, łatwo ją pomylić ze zwykłą pszczołą. Ale od razu zaznaczam – jakby co, to głowy za to oznaczenie nie dam sobie uciąć!

A na deser gość z rzędu prostoskrzydłych (Orthoptera), który chyba już uznał mój ogród za swoje oficjalne miejsce zamieszkania. Od kilku dni siedzi w tym samym zakamarku i chyba nie zamierza się stamtąd ruszać.

Wyszedłem z wprawy

Mam kolejne zdjęcia owadów! Co prawda wyszedłem nieco z wprawy, bo fotografowanie takich maluchów wymaga anielskiej cierpliwości, opanowania drżenia rąk i umiejętności wstrzymywania oddechu jak zawodowy nurek. Kiedy robiłem to częściej, szło gładko. A teraz? Człowiek starszy, bardziej zasapany i palec już nie ten do migawki. Ale mimo wszystko udało się kilku maluczkich uchwycić w miarę ostro.

  1. Przedstawiciel ogniczkowatych (Pyrochroidae) – nie pokuszę się o dokładne oznaczenie, ale urzekły mnie jego rzęsy. Śmiem twierdzić, że to od niego kosmetyczki biorą inspirację do sztucznych rzęs.
  2. Paśnik zieleniek (Colostygia pectinataria) – ćma w wersji moro, jakby miała się wtopić w liście i jednocześnie iść na misję specjalną.
  3. Lednica zbożowa (Aelia acuminata) – para w miłosnych uniesieniach. Zdecydowanie nie chciałem im przeszkadzać, ale kadr sam się prosił.
  4. Barczatka napójka (Euthrix potatoria) – wygląda jak pluszak, ale nie, nie próbowałem głaskać.

Tego lata będzie inaczej

Mój obiektyw do makrofotografii zdecydowanie się marnuje. Leży i kurzy się w szufladzie. Ale jak co roku w maju wyciągam go z silnym postanowieniem, że w tym roku będzie inaczej. Montuję go na aparacie i ruszam najpierw do ogrodu, potem gdzieś w pola, na łąki w poszukiwaniu owadów do fotografowania.

I co roku wspominam, jak to dawniej nie mogłem się obejść bez makrofotografii. Może tego lata w końcu będzie inaczej, może częściej będę po niego sięgał…

Tymczasem kilka owadów, które spotkałem na dzień dobry.

Skakun (Salticidae)