Wysiadywanie jajek i zjedzona wierzba

Czy owady wysiadują jajka? Najprawdopodobniej nie. Knieżyca szara (Elasmucha grisea) z pewnością jednak ich pilnuje, przesiadując nad nimi aż do momentu wyklucia się młodych. To właśnie ją możecie zobaczyć na pierwszym zdjęciu.

Na drugim zdjęciu najprawdopodobniej znajduje się brzęczak porzeczkowy (Nematus ribesii) – gatunek błonkoskrzydłego z rodziny pilarzowatych. Jego larwy żywią się liśćmi, często żerując w dużych grupach, co potrafi w krótkim czasie ogołocić całą roślinę. U mnie praktycznie co roku pojawiają się na wierzbie.

Trzecie zdjęcie przedstawia biedronkę siedmiokropkę (Coccinella septempunctata), która najwyraźniej szykuje się do odlotu.

Uprzykrzają

Konik polny, pająk pilnujący swojego kokonu i ważki. To moje kolejne znaleziska w ogrodzie. O tej porze roku nawet niewielki kawałek zieleni potrafi zaskoczyć różnorodnością małych mieszkańców.

Niestety ostatnio rzadziej zaglądam do jego bardziej dzikiej części. To właśnie teraz trwa prawdziwy sezon na wszelkiego rodzaju gryzące i kąsające owady, a ja zdecydowanie nie należę do miłośników ich bliskiego towarzystwa.

No cóż, lato jak każda pora roku ma swoje plusy i minusy. Jednym z tych mniej przyjemnych są właśnie niektóre owady, które potrafią skutecznie uprzykrzyć spacer po ogrodzie. 

Pszczoła, włochacz, drapieżca i ofiara

Jak ja się cieszę, że chociaż te kilka razy udało mi się wyjść w teren z makroobiektywem i poszukać owadów. Przecież od tego zaczęła się moja fotograficzne przygoda. Potem poszedłem w krajobrazy i zjawiska pogodowe, później doszedł rower, ale co roku, wiosną i latem, wracam na chwilę do tego małego świata.

Na pierwszym zdjęciu jest pszczolinka (Andrena sp.). Jeśli ma się odrobinę szczęścia, można trafić na tak cierpliwy egzemplarz jak ten.

Na drugim zdjęciu gąsienica z rodziny barczatkowatych (Lasiocampidae). To włochate stworzenie zawsze wywołuje u mnie uśmiech, choć chyba jeszcze nigdy nie odważyłem się jej dotknąć.

Trzecie zdjęcie to wojsiłka (Panorpa), drapieżna muchówka, dość popularna w mojej okolicy.

Na ostatnim zdjęciu błonkówka, która najprawdopodobniej straciła skrzydła. Wyglądała trochę dziwnie, bo zamiast odlecieć, tylko chodziła po źdźble…

Przyjaciel, drapieżca i hrabina

Kolejne małe stworzonka, które nawinęły mi się przed obiektyw. Szczególnie polubiłem jegomościa z pierwszego zdjęcia, który koniecznie chciał wyskoczyć mi na dłoń, kiedy próbowałem przytrzymać do zdjęcia trawę, na której siedział. No cóż, nie broniłem się, choć lekka obawa przed pogryzieniem była. To jednak, jak się okazało, nie były jego smaki.

Na kolejnej, drugiej fotce scena jest nieco drastyczna, ale uwierzcie mi, dużo gorzej wyglądało to na żywo. Ze złapanego nieszczęśnika dosłownie leciały wióry. A konkretnie skrzydła i nóżki. Widocznie osa nie przepada za takimi „smakołykami” i wybiera tylko to, co najbardziej wartościowe.

Na ostatnim zdjęciu jest mucha. Ale nie taka pospolita. To z pewnością jakaś szlachcianka, a może nawet hrabina. Wnioskuję po tych hipnotyzujących oczach i gracji, którą okazywała, stąpając po liściu.

Nie jestem pewien

Pogoda nie była rowerowa i zaraz miało padać. Rano wybrałem się zatem do tej bardziej dzikiej części ogrodu. Krążyłem z obiektywem makro, wypatrując ciekawych modeli. Problem polegał na tym, że wszystkie napotkane stworzenia były wyjątkowo ruchliwe. Ledwo się do nich zbliżałem, a one czmychały w swoją stronę.

Kiedy zaczynałem się już zastanawiać, czy wrócę do domu bez żadnego udanego zdjęcia, trafiłem na dwa śpiące owady podobne do pszczół, jednak sporo mniejsze. Te dla odmiany ani trochę nie przejmowały się moją obecnością. Mogłem podejść blisko, zmieniać kadry i fotografować je do woli. Trudno o bardziej cierpliwe modelki.

Internet podpowiada mi, że to Makatka zbójnica (Anthidium manicatum), ale ja tego pewien nie jestem. One ponoć w ten sposób odpoczywają, a być może w chłodne poranki, jak dzisiejszy, pozostają jeszcze ospałe po nocnym odpoczynku, dzięki czemu można je obserwować znacznie łatwiej niż w ciągu dnia.

Rarytas w kolorze różowym

Dziś środa, więc pora na kolejną porcję owadów. W ramach regeneracji i wyciszenia biorę aparat z obiektywem do makro i idę wypatrywać małych mieszkańców łąk oraz zarośli.

Na dziś mam kolejne cztery zdjęcia i cztery stworzenia. A właściwie trzy owady, bo bohater pierwszego zdjęcia jest pająkiem. To przedstawiciel rodzaju bokochodów. Najprawdopodobniej samica pilnująca swojego kokonu. Bokochody różnią się od wielu innych pająków tym, że nie budują sieci łownych, tylko aktywnie polują na swoje ofiary niczym drapieżnicy.

Muchówka z drugiego zdjęcia to wujek. I nie, to nie jest żart. Gatunek ten nazywa się wujek żółtaczek. Ciekawostką jest to, że samce, chcąc zaimponować samicy, przynoszą jej prezenty w postaci upolowanych drobnych owadów.

Trzecie zdjęcie przedstawia świeżo wyklute nimfy pluskwiaka. W pierwszym stadium życia siedzą sobie na pustych jajkach, z których przed chwilą się wydostały.

Czwarte zdjęcie to największy fotograficzny rarytas, jaki mógł mi się trafić. Różowy konik polny! Jak to możliwe? To najprawdopodobniej efekt rzadkiej mutacji genetycznej zwanej erytryzmem, która zwiększa produkcję czerwonego pigmentu. Istnieją różne teorie wyjaśniające ten fenomen. Jedna sugeruje zaburzenia w syntezie pigmentów, druga wskazuje na dominujący gen odpowiedzialny za kolor.
Ten niezwykły różowy odcień może sprawiać, że owady są bardziej widoczne dla drapieżników, dlatego spotyka się je tak rzadko. Powiem szczerze, że gdy go zobaczyłem, aż się roztrzęsłem z emocji i modliłem się w duchu, żeby udało się zrobić zdjęcie.

Zaglądnąłem do ogrodu

Zaglądnąłem kilka razy do ogrodu, żeby sprawdzić, co słychać w świecie makro. Trafiło się kilka ciekawych okazów.

Nad stawem zauważyłem potężną ropuchę (a może żabę?), która odpoczywała sobie jak gdyby nigdy nic. Nie zdawała sobie sprawy, że na głowie siedzi jej muchówka mocno przypominająca komara, która przygląda mi się podejrzliwie, zastanawiając się pewnie, co będę robił. Niestety ropucha nie była zbyt towarzyska i po chwili hopsnęła do wody.

Skakun zawsze jest mile widziany, a ten siedział sobie na suchym liściu przyklejonym do trawy. Było mu tam całkiem do twarzy. Ma chłop gust.

Pajęczyca z kokonem to również widok, który zawsze cieszy. Ta była na tyle cierpliwa, że pozwoliła zrobić sobie kilka ujęć.

Kolesia z czwartego zdjęcia nie znam i nie wiem, co to za jeden, ale jakoś tak wydał mi się godzien uwiecznienia.

Co w trawie za domem?

Tak, sięgnąłem w końcu na chwilę po mojego bezlusterkowca. Tak, założyłem obiektyw do makrofotografii. Tak, polazłem na dziką część ogrodu poszukać owadów.

Raz – ręka już nie ta co kilka lat temu. Konieczne byłoby trochę poćwiczyć, żeby mnie aż tak nie trzęsło. Dwa – wzrok już nie ten i coraz trudniej coś wypatrzyć. Niemniej udało się wyłowić z gąszczu trawy kilka ciekawych okazów i scenek.

Spotkane

Kończymy lipiec, ale ja jeszcze chwilkę muszę spauzować od roweru.

Zatem po raz kolejny wybrałem się z obiektywem makro do ogrodu i wypatrzyłem kilka ciekawych owadów.

Te z pierwszego zdjęcia okupują aktualnie wysokie trawy rosnące w stawie. Większość z nich siedzi sobie w parach – jeden na drugim – i tak się noszą nawzajem…

Dwójka – mucha. To wiadomo, niby nic ciekawego i wielu obrzydza, ale ja tam je lubię. Oczywiście tylko na fotografii.

Trójka – również jakowaś muchówka, tym razem mniejsza, na smukłych, długich nogach.

Na czwartym zdjęciu – pluskwiak, który okupował liliowce.

Co u pszczół

Posucha w fotografii rowerowej, posucha w krajobrazowej. A to oznacza jedno – obadałem, co tam ciekawego w świecie owadów. W ogrodzie aktualnie kwitnie kilka gatunków roślin, więc i pracowitych pszczół jest pod dostatkiem.

Ja uparłem się, żeby choć jedną sfotografować w locie, co nie było łatwe. Raz – ze względu na ich ruchliwość, dwa – ze względu na brak światła, bo ostatnimi czasy chmury nie schodzą z nieba.