Ciepło, coraz cieplej. Oby taka pogoda wytrwała do weekendu, bo kolejne rowerowe setki są w planie.
Dopóki zdrowie i forma dopisują, chcę to wykorzystać. Porządnie się zmęczyć, a przy okazji pozachwycać widokami naszego Pogórza.




Ciepło, coraz cieplej. Oby taka pogoda wytrwała do weekendu, bo kolejne rowerowe setki są w planie.
Dopóki zdrowie i forma dopisują, chcę to wykorzystać. Porządnie się zmęczyć, a przy okazji pozachwycać widokami naszego Pogórza.




No właśnie, jakoś ten motyw drogi i drzewa przewija się na moich zdjęciach. Sam nie wiem, czemu. Być może dlatego, że faktycznie nie ma nic ciekawszego, a może z zupełnie innego powodu…




Ubiegły wtorek był z pewnością jednym z najgorętszych dni w tym roku. Mój termometr na rowerze pokazał maksymalnie 38°C podczas trasy, a średnia temperatura wyniosła aż 32°C. Mimo pędu powietrza i wypicia 3 litrów wody podczas 100-kilometrowej wycieczki, po powrocie było mnie o półtora kilograma mniej.
Był środek dnia, więc warunki do fotografowania były takie sobie, ale trzy miejscówki szczególnie mnie zauroczyły. Dwie pierwsze to park z dworkiem w Dzikowcu oraz fajnie pomalowane przystanki autobusowe.
Kolejnym odkryciem było niewielkie jeziorko ukryte w środku lasu. Tu koniecznie muszę jeszcze wrócić.
Trzecim miejscem był zalew w Cierpiszu, gdzie bywam dość często. Aktualnie wyjątkowo pięknie prezentuje się tam grążel żółty, który dodaje temu miejscu jeszcze więcej uroku.




A mam kolejną porcję nowych kapliczek. Jakoś mnie zauroczyły, więc przystanąłem i zrobiłem kilka zdjęć.
Stały one na uboczach i przyciągnęły mój wzrok. Niektóre z nich po prostu mówią mi: „zatrzymaj się, zrób fotę i dopiero jedź dalej”.
Tym razem również nie mogłem przejechać obok obojętnie. Zatrzymałem się i wróciłem do domu z kilkoma kolejnymi kadrami do kolekcji.




W ramach lajtowej przejażdżki po najbliższej okolicy zatrzymałem się w trzech miejscówkach, obok których często przejeżdżam, a bardzo rzadko fotografuję. Pierwsza to młyn wiatrowy, położony kilkanaście kilometrów od domu. Równie urokliwy jak ten w Różance, a przy tym sporo bliżej.
Kolejnym przystankiem był drewniany, zabytkowy kościół w Bystrzycy ⛪. Ostatnie miejsce to niepozorna kapliczka porośnięta dziką różą. Stoi na rozstaju dróg, z dala od gęstej wiejskiej zabudowy, dodając temu zakątkowi wyjątkowego klimatu.



Pojawiłem się tam znowu. Ze względu na inne niż fotografowanie priorytety nie bywam tam już tak często jak kiedyś. Ale w niedzielę, przejeżdżając niedaleko, postanowiłem, że muszę na własne oczy zobaczyć, jak kwitną.
Co prawda kwiatów nie ma na nich zbyt wiele, ale biorąc pod uwagę, że jeszcze dobrych kilka lat temu nie kwitły w ogóle, teraz jest naprawdę super. Przy okazji na niebie zauważyłem halo słoneczne i tak sobie pomyślałem, że nic się nie zmieniło – one nadal są magiczne, albo przynajmniej przyciągają magiczne zjawiska, wschody i zachody słońca. Coś w tym musi być…



Do tej pory chce mi się ziewać na samą myśl. W sobotę plan był na czwartą, ale nie dałem rady, wstałem przed piątą. Jak na zewnątrz jest zachmurzone, to nie chce się wstawać i ruszać na rower tak bardzo, jak podczas ładnej pogody.
Jednak skoro był plan na jazdę, to nie mogłem odpuścić. Źle bym się z tym czuł przez cały dzień. I faktycznie przez 90 procent czasu miałem nad sobą zachmurzone niebo, ale chwilami trafiały się takie widoki, że zapominałem nawet o tych wyciskających siódme poty wspinaczkach pod niby płaskie pagórki Pogórza Strzyżowskiego.





Żeby tradycji stało się zadość, także i w tym roku pogoda na Boże Ciało nie była zbyt łaskawa. A ja nie mogłem usiedzieć ani jednego dnia dłużej w domu i miałem w planach kolejną rowerową setkę. Żeby zdążyć na procesję, musiałem wyjechać już po piątej rano.
Po drodze złapały mnie dwa deszcze, a na górkach dodatkowo towarzyszyła mi nieprzyjemna mżawka. Mimo niezbyt sprzyjającej aury jechało się całkiem dobrze, choć momentami było mokro.
Tym razem trasa prowadziła przez raczej mało atrakcyjne miejsca, ale jak to zwykle bywa, kilka pamiątkowych zdjęć i tak udało się zrobić.




Pierwszy czerwca. Czerwiec to już chyba taki całkiem letni miesiąc, jak mi się zdaje.Przynajmniej w kalendarzu, bo ostatnie rowerowe wypady bardziej przypominały wczesną wiosnę. Temperatury poniżej 20 stopni, wiatr, chmury, a wczoraj to i drobny kapuśniaczek mnie nie oszczędził.
Przed nami przyjemnie krótki tydzień, tylko cztery dni pracy, a potem trzydniowy fajrant. Zbieram siły, bo w nadchodzący weekend nie zamierzam oszczędzać nóg. Jeśli pogoda dopisze, będę z pewnością zbierał kolejne kilometry do kolekcji.




Jak ten maj szybko minął… Kto by się spodziewał.
Pogoda na weekend niestety się popsuła. Od rana było pochmurno, a na dodatek nadal mocno wieje. Ale żeby nie było, przebudziłem się o świcie, żeby upewnić się, że nie jest pogodnie. Gdy okazało się, że niebo całe w chmurach, poszedłem dalej spać i dzisiaj jazdę odpuściłem.
Za to mam dla Was kilka fotek z czwartkowej setki. Tamtego dnia pogoda również nie rozpieszczała, bo nie dość, że wietrznie i pochmurno, to jeszcze zimno. Mimo wszystko udało się przejechać swoje i przywieźć kilka kadrów, które przypominają, że nawet przy niezbyt zachęcającej aurze można znaleźć coś wartego zatrzymania w obiektywie.



