Zapach oszałamiający

Szybciutko minął drugi dzień majówki. Pogoda jak najbardziej taka, jak powinna być w maju. Czyli ciepło i słonecznie. Najlepszy czas na robienie tego co się lubi, bo nie wierzę, że ktoś nie potrafi na to wygospodarować choćby kilku godzin w ciągu tych trzech dni. W moim przypadku to niezmiennie włóczęga po okolicy i wdychanie oszałamiającego zapachu rzepaku 🙂

Setka po czasie

Można by powiedzieć, że weekend jak każdy inny. Dodatkowo wolny piątek jednak robi nieco różnicę, zawsze to trzy dni, a nie dwa.

U mnie z pogodą dziś bez szału, przez większość czasu kręciły się chmury, ale miałem postanowienie, że niezależnie od wszystkiego wsiadam rano i jadę na rower, a w planie była setka.  Ostatni raz 100 km robiłem prawie rok temu, później odpuściłem długie dystanse na rzecz krótskich i biegania.

Rano było uwaga, tylko 3 stopnie na plusie, a kiedy wracałem pięć godzin później było już 23! Niezła rozpiętość jak na jeden dzień. Zdjęcia oczywiście nie z dzisiaj, a sprzed dwóch dni.

Rekonwalescencja po „papatonie”

Po przebiegnięciu wczorajszego ponad 21-kilometrowego „papatonu” dziś w ramach rekonwalescencji wybrałem się na krótką fotoprzejażdżkę rowerem po okolicznych polnych drogach. Słoneczna, choć niezbyt ciepła aura nie pozwoliła mi siedzieć w domu. Bo jak tu nie ulec pokusie włóczenia się w takich okolicznościach przyrody.

Powolutku, niespiesznie i uważnie. Żeby przez pośpiech niczego nie przegapić. Tyle się dookoła dzieje o tej porze. Powoli zaczyna się też robić żółto od rzepaku, ale o tym w kolejnych postach.

Po weekendzie

Może to i lepiej, że dziś cały dzień pada deszcz. Mogę bez skrupułów siedzieć w czterech ścianach i poświęcić ten dzień na regenerację. Przedłużony weekend był intensywny. Dwie wymagające trasy piesze i dwie rowerowe. Niby nie czuję tego w kościach, ale odpoczynek dobrze mi zrobi.

A poniżej kilka miejscówek, które uchwyciłem na zdjęciach w ostatnim czasie. Wierzby z pewnością znacie doskonale. Dwa urokliwe krzyże – jeździłem koło nich wielokrotnie, ale dopiero teraz wpadłem na pomysł, żeby zrobić zdjęcia. Z kolei na te potężne pnie, pozostałe po wierzbach, trafiłem po raz pierwszy. Swoją drogą ciekawe, dlaczego tak uschły i nie odrodziły się po cięciu… 

Zieleń niepowtarzalna

No dobra, przyznaję się. Trochę przesadziłem wczoraj z aktywnościami, a dziś jeszcze przed południem dorzuciłem rower.

Resztę dnia poświęciłem na odpoczynek, bo przecież weekend jeszcze się nie skończył i jutro też wypadałoby wybrać się na jakąś wyprawę. Ta soczysta, niepowtarzalna o innej porze roku zieleń nie będzie na mnie czekać.

Do tego, odpukać, pogoda dopisuje i słońce przygrzewa. Grzechem byłoby siedzieć w domu.

Od rana w teren

Kto już od jutra robi sobie przedłużony weekend? Bo jak sądzę, pogoda będzie dopisywać. A jak pogoda dopisuje i są trzy dni wolnego, to może oznaczać tylko jedno: mnóstwo czasu spędzonego na ulubionych aktywnościach. Oczywiście ze smartfonem w kieszeni, gotowym do fotografowania i nagrywania.

Ja już przebieram nóżkami na myśl o jutrzejszym poranku. Bateria w smartfonie naładowana do 100%. Swoją naładuję za chwilę podczas długiego snu, żeby od rana ruszyć w teren.

Gdzie nie byłem

Oby cały tydzień pogoda dopisywała. Bo mam niesamowitą chęć wyjeżdżać na rower codziennie. Bez wyjątku.

I jak już wsiądę, to wcale nie chce mi się wracać do domu. Najchętniej jeździłbym bez końca po tych zaułkach, najlepiej takich, gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Chociaż z tym jest już coraz większy problem.

Ale fajnie jest też wracać w miejsca, które już znam. Przecież za każdym razem wyglądają trochę inaczej – inna pogoda, inna pora roku.

Na cebulkę

Niedziela w końcu okazała się dniem ze słoneczną pogodą. Co prawda z małymi przerwami, ale już od rana było cudowne światło, i mimo że na termometrze było ledwo kilka stopni, nie czekałem aż się ociepli i ruszyłem w drogę.

Po ponad czterech godzinach zrobiło się już całkiem gorąco. Ubieranie na cebulkę ma jednak to do siebie, że warstwy można po kolei ściągać i upychać do sakwy.