Rowerem dookoła pasma Brzanki

Takie poranne niespodzianki to ja lubię. Prognozy od tygodnia pokazywały deszczowy weekend, a kiedy dziś rano rzuciłem okiem na prognozy, te nie przewidywały na dziś deszczu! Przynajmniej do późnego popołudnia. Na wszelki wypadek sprawdziłem kilka róznych modeli i zdecydowałem się na wyprawę rowerową.

Od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie rowerowa eksploracja okolic pasma Brzanki na Pogórzu Ciężkowickim. Wytyczyłem sobie na pierwszy raz trasę dookoła Pogórza licząc na ciekawe widoki. Z pierwszą częścią trasy nie do końca mi się udało, za to druga była pełna widoków. Pasmo Brzanki i Liwocz na wyciągnięcie dłoni, do tego cudowna pogoda, bo po połowie drogi, chmury się rozeszły i wyszło słońce. Niechętnie zatrzymywałem się, aby robić fotki, ale niektóre punkty widokowe wręcz zmuszały do postoju i wyciągnięcia aparatu.

Na liczniku wybiło 102 kilometry i 1200 metrów przewyższeń (pod górę i tyle samo w dół). Jednak dla takich widoków i poczucia wolności, jakie może dać tylko rower, było warto. Pierwsze koty za płoty, na pewno jeszcze nie raz zabiorę rower w tamte okolice.

W mocnym punkcie

Nic na to nie poradzę, że mój rower w przeciwieństwie to jego pana lubi być fotografowany. Gdzie się nie zatrzymam, aby zrobić zdjęcie, ten wijeżdża mi przed obiektyw. Jedyne za co można go pochwalić, to że ustawia się w mocnym punkcie kadru. Wie o co w tym wszystkim chodzi.

W minionym tygodniu, dacie wiarę, po raz pierwszy byłem rowerem pod akacjami. Aż ciężko mi samemu uwierzyć, że tak długo omijałem to miejsce. Nieopodal przejeżdżałem obok pola pełnego bali. Tego tematu nie mogłem odpuścić i pstryknąłem pamiątkową fotkę. Kolejne zdjęcie powstało tuż przed zachodem. Znalazłem się na szutrowej drodze, a rozproszone przez zarośla słońce cudownie oświetało mój trakt rowerowy. Ostatnie zdjęcie zrobiłem pod potężną lipą, która jest pomnikiem przyrody.

Łącznie w minionym tygodniu pokanałem 414 kilometrów i jeździłem prawie codziennie (poza jednym dniem). Szkoda tylko, że nie było czasu (praca) na dłuższe wycieczki. Trzymam kciuki za dobrą pogodę, aby udało sie jeszcze pokręcić zanim nadejdzie jesienna szaruga.

Jechać czy fotografować…

W ubiegły czwartek były na niebie ładne chmury, więc postanowiłem wziąć ze sobą na wyprawę rowerową aparat. Trasa liczyła sto kilometrów i zaplnaowałem ją po malowniczo położonych górkach zachodzniej strony Pogórza Strzyżowskiego. Wyjechałem kolejno na dziesiąć wzgórz, a suma przewyższen całej wyprawy to 2100 metrów. Niekończąca się historia spinaczek i zjazdów.

I choć kosztowało mnie to wiele, to widoki wynagrodziły mi trud. Nie lubię przerywać jazdy, ale dla niektórych widoków po prostu musiałem. Już nie mogę się doczekać kolejnych pogodnych dni, aby znów wyruszyć na odkrywanie piękna mojej okolicy. Tylko te mieszane uczucia… jechać, czy fotografować.

Nudy nie ma

Są pewnie tacy, dla których to nie jest jakiś mega wyczyn, ale dla mnie jest. W ubiegłym tygodniu udało się przejechać cztery stukilometrowe trasy, w tym trzy po górkach. Żeby ten blog nie stał się blogiem rowerowym, zabrałem na wycieczki aparat i przywiozłem choć te kilka zdjęć, choć jak pisałem, kiedy już czuję wiatr we włosach, nie chce mi się zatrzymywać. Niektóre miejsca i okoliczności przyrody tak mnie jednak zafascynowały, że zsiadłem i uwieczniłem.

Jeśli chodzi o fotografowanie, to obecne lato nie obfituje w mojej okolicy w widowiskowe zachody słońca, nie ma widowiskowych burz i szkwałów. Cieszę się, że udało się reaktywowac stare hobby rowerowe, bo chyba bym sie zanudził w wolnym czasie 🙂

Burze, które szczęśliwym trafem udało mi sięminąc bokiem:

Zamek w Baranowie Sandomierskim:

Tu urzekły mnie widowiskowe chmurki na niebie:

To miejsce zapamiętam na długo, bo prowadziła do niego kilometrowa droga pod górkę z przewyższeniem 150 metrów. Śmierć w sandałach….

Widok na Wisłokę:

Fajna kładka, nie polecam, jeśli ktoś ma lęk przestrzeni 🙂

Rok na rowerze

Dzisiaj wpis rowerowo-fotograficzny, bo właśnie mija równiutki rok, jak po przerwie ponownie wsiadłem na rower i od razu stało się to na nowo moją drugą równie ważną, jak fotografia pasją, a w tym sezonie to chyba nawet ważniejszą. Rzadko robię zdjęcia na tych moich wyprawach, ale dzięki rowerowi znalazłem sporo nowych miejscówek, na które być może kiedyś wrócę z aparatem. Koniecznie o moich ulubionych porach wschodu lub zachodu słońca. Jednak fotografowanie w dzień, kiedy jeżdżę jakoś mi nie leży. Pozostaję przy pamiątkowych zdjęciach ze smartfona.

Jeszcze garść statystyk z tego roku: Rowerem pokonałem 5 230 km (to jak z Warszawy do Delhi w Indiach), podczas 116 wypraw, w ciągu ponad 268 godzin. Spaliłem 140 000 kalorii, i wjechałem łącznie 58 800 metrów pod górę i tyle samo w dół. To jakby 6 i pół raza wjechać na Mount Everest.

Swoją drogą ciekaw jestem, jak długo potrwa ta faza 😛

Nałóg pozytywny

Ponieważ nie mam chwilowo czasu na fotograficzne polowanie na wschody i zachody słońca, bo rano śpię, aby zyskać siły na rower, a wieczorem umieram po wyczerpujących wyprawach, dziś wrzucam kilka fotek zrobionych telefonem podczas owych wypraw.

Swoje wycieczki staram się planować mało uczęszczanymi drogami. Kosztuje to trochę czasu nad mapami, ale udaje się odkryć twarde wyasfaltowane drogi prowadzące bardzo widowiskowymi terenami, z dala od cywilizacji, gdzie samochody nie jeżdżą w ogóle, albo bardzo rzadko. Może kiedyś zjadę z asfaltu na polne drogi i do lasu, ale to jeszcze na pewno nie teraz 🙂

Na tych bocznych nieuczęszczanych drogach czuję się najlepiej. Wtedy liczy sie tylko tu i teraz i często okazuje się, że zaplanowana trasa jest za krótka, bo mimo, że dupa boli, nogi odmawiają posłuszeństwa, w żołądku burczy z głodu, a bidony puste, chce się jechać dalej, aby ten stan się jeszcze nie skończył.

Rowerem po okolicy

Wspominałem, że co prawda wożę ze sobą aparat na wyprawy rowerowe, choć rzadko robię zdjęcia. Ostatnio jednak jechałem tak malowniczą trasą, że nie mogłem sobie odmówić zrobienia kilku zdjęć w najciekawszych miejscówkach. Najbardziej ujął mnie widok na południowe zbocza Pogórza Strzyżowskiego z pasącymi się na pierwszym planie końmi, widok na kościół w Sowinie oraz górujący nad doliną Wisłoka – kościół we Frysztaku.

Dziś właśnie stuknęło mi 2000 km przejechanych od początku sezonu, czyli gdzieś od połowy marca. To prawie 100 godzin spędzonych w siodełku podczas czterdziestu wycieczek. Spaliłem 52 tys. kalorii, a przewyższenia to 18 000 m w gorę i 18 000 m w dół. To tak jakbym dwukrotnie wskoczył na Mount Everest 🙂

Parcie na szkło

Taki piękne popołudnie i wieczór, że postanowiłem wziąć rower na spacer. Niekoniecznie jest on przystosowany do szutrowych i polnych dróg ale wiadomo, to tam zawsze są najciekawsze widoki.

Wybrałem między innymi drogę wzgłuż torów, żeby połączyć przyjemne z pożytecznym i zrobić kilka fotek. Niestety dżajant czuje straszne parcie na szkło i pchał się przed obiektyw do prawie każdego kadru. No co zrobić, ja nie z tych co to własnemu rowerowi by zdjęcia nie zrobili…

Aparat w sakwie

Cieszę się, że w końcu po około pięciu miesiącach przerwy mogłem znowu wsiąść na prawdziwy rower (nie stacjonarny). Mam już za sobą kilka wypraw i trzysta kilometrów na liczniku. A prawdziwy sezon mam nadzieję zacząć od przyszłego tygodnia, bo prognozy zapowiadają kilkunastostopniowe temperatury.

Spokojna głowa, zapasowy aparat praktycznie mieszka w sakwie i w ogóle go stamtąd nie wyciągam. I dzięki temu udało mi się wczoraj wieczorem uwiecznić niesamowity spektakl na niebie. Dziurawa chmura przepuszczała promienie słoneczne tu i tam tworząc fajny klimat. A mój żółty dżajant lubi pozować w takich okolicznościach przyrody 😉

FOT. WITOLD OCHAŁ POWIAT ROPCZYCKO-SĘDZISZOWSKI FOTOGRAFIA KRAJOBRAZOWA SIELEC PROMIENIE ROWER

Oznaki, które mogą cieszyć

Można mieć mieszane uczucia, bo z jednej strony odchodzi powoli lato, ale z drugiej strony czeka nas jeden z najpiękniejszych okresów w roku. Złota polska jesień. Wczoraj jeżdżąc sobie rowerem trafiłem na kilka oznak jesieni i cieszyłem się na ten widok jak nie do końca normalny.

Po pierwsze cudownie przebarwiający się klon na rozstaju dróg, gdzie często robię sobie przystanki:

Tuż za klonem brama zrobiona z drzew rosnących po obu stronach drogi. Jedno z nich nieśmiało zaczęło przybierać jesienne barwy:

Akurat przejeżdżała tamtędy rowerzystka. Wracała z grzybobrania, bo na kierownicy wisiał kosz wypełniony prawdziwkami.

Kolejne jesienne znalezisko na skraju lasu. Tym razem królowały tu rude kolory. Cos pięknego na tle jeszcze zielonych liści innych drzew:

Tu liście zaczęły żółknąć, ale tego koloru nic nie podrobi:

I na koniec co prawda jeszcze nie przebarwione brzozy, ale na polu nawłoci, która zdecydowanie jest symbolem zbliżającej się jesieni: