Obtrąbiony

Nie wiem, jak u Was, ale u mnie dziś od rana pogoda niezbyt ładna. Dopiero o 10 wyszedłem z domu i obrałem kierunek na las. Ale nie po to, żeby fotografować, tylko pobiegać.

Choć aktualnie w lesie nie jest to zbyt bezpieczne ze względu na nielegalnie wjeżdżające do lasu samochody z „grzybiarzami”. Ba, potrafią nawet w tym lesie trąbić…

No ale ja nic na to nie poradzę i nie mam na to żadnego wpływu, więc płynnie przechodzę do zdjęć z ubiegłego tygodnia, kiedy pogoda jak najbardziej dopisywała, a ja włóczyłem się rowerem po moim Pogórzu.

Przemknęła myśl

Pewnie tak ciepłego dnia jak wczoraj nie doczekamy się już w tym roku. Było naprawdę ciepło, a do tego mega wietrznie. Kolejne dni zapowiadają się już nieco chłodniej, ale czy ja się tym przejmuję? W sumie to chyba ani trochę. Dopóki nie leży śnieg, nic nie stoi mi na przeszkodzie, żeby nadal robić to, co lubię najbardziej.

I tak już od czterech lat jeżdżę na rowerze przez cały okrągły rok. Pogoda może się zmieniać, temperatura może spadać, a ja dostosuję ubiór i jadę dalej. Cierpliwie czekam jednak na jesień. Na te wszystkie piękne kolory, które za chwilę pojawią się na drzewach. Do tego jeszcze trochę czasu, ale tak mi tylko przemknęło przez myśl, że też będzie fajnie.

Do roboty

To jedna z tych sytuacji, kiedy to kadr znalazł mnie, a nie ja jego. Jechałem sobie o świcie bez szczególnego planu na zdjęcia. Mimo że wyjechałem jeszcze przed wschodem słońca, nie wiedziałem ani o której dokładnie zacznie się robić ciekawie, czy w ogóle zacznie i w jakim miejscu wtedy będę. Trzeba było więc improwizować.

No i właśnie tutaj się znalazłem. Spojrzałem, zobaczyłem ten widok i pomyślałem, że kadr aż prosi się o uwiecznienie. Nie pozostało więc nic innego, jak wyciągnąć aparat i wziąć się do roboty.

Wspinaczka

To było jeszcze przed świtem. Chmurki na niebie dopiero nieśmiało zaczynały nabierać bladych, pastelowych kolorów, a wysoko nad horyzontem wciąż świecił księżyc, który był niedługo po pełni. Wspinałem się rowerem na jedną z górek Pogórza Strzyżowskiego, aby wschód słońca podziwiać ze swojej ulubionej miejscówki.

Po drodze jednak moją uwagę przykuły dwa przydrożne krzyże i jedna kapliczka. W tych delikatnych kolorach przedświtu wyglądały zupełnie inaczej niż w środku dnia. Trochę tajemniczo, trochę nostalgicznie, a przede wszystkim tak, że nie sposób było przejechać tak o…

Daleko

Ta miejscówka naprawdę robi dobrą robotę. Tu właściwie zawsze można liczyć na ciekawy kadr. W jedną stronę mamy odległe, stosunkowo wysokie górki, nad którymi często ścielą się mgły. Wystarczy odwrócić wzrok, a przed nami pojawiają się niższe wzniesienia Pogórza. Na południu mamy zbocza gór Chełm i Bardo, a na północy widok może nieco mniej spektakularny, choć gdy podejdziemy na sąsiednie wzniesienie, również jest na co popatrzeć.

Trzeba wprawdzie kawałek dojechać rowerem, ale naprawdę warto, mimo iż trzeba wstać jeszcze przed świtem, żeby właśnie o tej porze znaleźć się tutaj.

Kadr znalazł mnie

Niedzielny poranek był dla mnie łaskawy. W końcu nie miałem czystego nieba, tylko nieco chmur, które zrobiły mi piękny spektakl. Cała gama kolorów, które nawet trudno nazwać.

Jak zwykle pojechałem rowerem jeszcze przed świtem i czekałem, w jakim miejscu zastanie mnie ten świt. A kiedy już nadszedł, po prostu pstryknąłem kilka fotek. Bez planu ibez ustawiania się w idealnym miejscu. Tym razem to nie ja znalazłem kadr, tylko kadr znalazł mnie.

Takie sobie

Pogoda dzisiaj od rana taka sobie, więc była okazja w końcu dłużej pospać. Może to i lepiej, bo znów kusiłoby od rana ruszać w teren, a co za często, to też nie dobrze. Znaczy się ruszyłem, bo kto by usiedział na dupie, ale dopiero przed południem.

Zdjęcia natomiast poniższe są z poprzednich wyjazdów rowerowych. Migawki, które zwróciły moją uwagę, bo było ładnie. Ot takie sobie rowerowe przystanki, kiedy nagle coś przyciągnie wzrok i wypada się zatrzymać.

Poranne niedogodności

Niedzielny poranek był dość rześki. 10 stopni na termometrze, bezchmurne niebo i o świcie jeszcze zupełnie bezwietrznie. Choć nie uśmiechało mi się wstawanie po czwartej drugi dzień z rzędu, jakoś przezwyciężyłem tę niechęć, zasiadłem na rowerze i ruszyłem przed siebie.

Po drodze odwiedziłem kilka moich ulubionych miejsc, w których tym razem trafiłem idealnie na wschód słońca. No i oczywiście bardzo szybko zapomniałem o porannych niedogodnościach.