Zaćmienie słońca | 12.08.2026

Miejscówka miała być spokojna i cicha, a na miejscu zastałem pielgrzymkę ludzi. I fajnie, że aż tyle osób zainteresowało się tym niezwykłym zjawiskiem, jakie miało miejsce dzisiejszego wieczora! Mowa oczywiście o częściowym zaćmieniu Słońca. Na dodatek spektakularnym, bo miało miejsce tuż nad horyzontem!

Kiedy już znalazłem wśród tych wszystkich ludzi miejsce do fotografowania, a miałem je upatrzone, bo chciałem złapać zaćmienie dokładnie nad tutejszymi Zakładami Magnezytowymi, oddalonymi o dokładnie 9,7 kilometra, okazało się, że… jako że rzadko używam lustrzanki, bateria była na wyczerpaniu! Ale może to i lepiej, bo nie napstrykałem setki zdjęć, tylko dosłownie kilka 🙂

Fajnie było po 27 latach znowu zobaczyć to zjawisko. Kolejne za 26 lat… i tego mogę już nie dożyć…

Wszystko działo się powoli

Tup, tup, krok za krokiem. Żeby tylko czegoś nie przegapić. Głowa w prawo, w lewo… co by tu sfotografować?

Główne skrzypce z pewnością grało niebo. Słońce niziutko nad horyzontem dosięgało jeszcze tu i ówdzie pól. Było gorąco jak na porę zachodu słońca. 30 stopni jak nic. Przyjemny wiaterek próbował rozgonić to gęste powietrze, aparat rwał się do pstrykania zdjęć, a bąki próbowały dobrać się do mojej skóry.

Cóż… niby dużo się działo, a jednak było spokojnie i cicho. Wszystko działo się powoli.

Drugi lub trzeci

To był bodajże drugi albo trzeci dłuższy plener w tym roku. Taki prawdziwy plener, co to jedzie się gdzieś specjalnie samochodem tylko po to, żeby pofotografować. Głównym celem jest fotografowanie, a nie spacerowanie, maszerowanie czy jazda na rowerze.

I co? Tęskno mi za takimi plenerami, nie będę ukrywał. Ale silniejsza ode mnie jest chęć skupienia się przede wszystkim na rowerze i bieganiu, a zdjęcia zeszły na drugi plan i są raczej tym, co robię przy okazji.

Wracając jednak do poniższego wieczoru. Warun naprawdę dopisał, więc spędziłem miłą godzinkę, skupiając się tylko i wyłącznie na tym, co dzieje się wokół mnie. Na krajobrazie, świetle i przede wszystkim na niebie.

Odliczam

To już taki typowo letni krajobraz. Bele siana, ciepłe wieczorne światło i wszystko wokół podpowiada, że jesteśmy dokładnie w środku lata. Najdłuższe dni, najkrótsze noce i temperatury z trójką z przodu.

To nie jest najbardziej komfortowa pogoda ani do aktywności fizycznej, ani do fotografowania. Mimo to coraz odliczam czas do weekendu.

Budzik na sobotę już nastawiony na wczesną godzinę. Rower czeka. Ja też czekam. 

Jak dawniej

Dzień był pochmurny, choć bezdeszczowy. Obserwowałem wieczorem niebo i w pewnym momencie zaczęło się przejaśniać. Jako, że nie miałem nic lepszego do roboty, jak za starych dobrych czasów wsiadłem w samochód i pojechałem na pobliską miejscówkę.

Przejaśnienie okazało się tylko niewielką dziurą w chmurach, ale mimo to zrobiło się przyjemnie i kolorowo na niebie. Krótki spacer, kilka zdjęć i powrót do domu.

Kościół i „drapacz chmur”

Chmur na niebie nie widziałem dawno. Więc spektakularne wschody czy zachody słońca z kolorowym niebem nie były tematem moich zdjęć, bo ich po prostu nie było. Ale przez jeden wieczór i jeden poranek skupiłem się na samym słońcu.

Dwa zdjęcia przedstawiają zachodzące słońce za kościołem w Górze Ropczyckiej, a dwa kolejne wschodzące, w okolicy naszego rzeszowskiego „drapacza chmur”.