Ah, te lipcowe zachody słońca… Gdyby tylko nie te jusznice deszczowe, które teraz są dosłownie wszędzie i skutecznie uprzykrzają wędrówki po polach i lasach. Ale gdy niebo zaczyna płonąć od pomarańczy i czerwieni, nawet one schodzą na dalszy plan.



Ah, te lipcowe zachody słońca… Gdyby tylko nie te jusznice deszczowe, które teraz są dosłownie wszędzie i skutecznie uprzykrzają wędrówki po polach i lasach. Ale gdy niebo zaczyna płonąć od pomarańczy i czerwieni, nawet one schodzą na dalszy plan.



To już taki typowo letni krajobraz. Bele siana, ciepłe wieczorne światło i wszystko wokół podpowiada, że jesteśmy dokładnie w środku lata. Najdłuższe dni, najkrótsze noce i temperatury z trójką z przodu.
To nie jest najbardziej komfortowa pogoda ani do aktywności fizycznej, ani do fotografowania. Mimo to coraz odliczam czas do weekendu.
Budzik na sobotę już nastawiony na wczesną godzinę. Rower czeka. Ja też czekam.



Wieczorem nad stawem w Nadleśnictwie Tuszyma bywa naprawdę urokliwie. Trochę chmur i nagle to słońce, które zza nich wyszło, wręcz oślepia swoim blaskiem.
To są niezwykłe chwile, kiedy okolica nabiera zupełnie innego wymiaru. Staje się nierzeczywista, nieco niewyraźna, oślepiająca i pełna magii.




Dzień był pochmurny, choć bezdeszczowy. Obserwowałem wieczorem niebo i w pewnym momencie zaczęło się przejaśniać. Jako, że nie miałem nic lepszego do roboty, jak za starych dobrych czasów wsiadłem w samochód i pojechałem na pobliską miejscówkę.
Przejaśnienie okazało się tylko niewielką dziurą w chmurach, ale mimo to zrobiło się przyjemnie i kolorowo na niebie. Krótki spacer, kilka zdjęć i powrót do domu.



Chmur na niebie nie widziałem dawno. Więc spektakularne wschody czy zachody słońca z kolorowym niebem nie były tematem moich zdjęć, bo ich po prostu nie było. Ale przez jeden wieczór i jeden poranek skupiłem się na samym słońcu.
Dwa zdjęcia przedstawiają zachodzące słońce za kościołem w Górze Ropczyckiej, a dwa kolejne wschodzące, w okolicy naszego rzeszowskiego „drapacza chmur”.




Zanim na drzewach pokażą się pierwsze zielone listki, próbuję uchwycić w najlepszy możliwy sposób tę pozornie mało ciekawą porę roku, jaką jest przedwiośnie. Nie ma zieleni, nic nie kwitnie, więc pozostaje bawić się kadrem i światłem.
Spontaniczny spacer z teleobiektywem zaowocował kilkoma kadrami z wieczornym światłem. A to potrafi zmienić okolicę na te kilka chwil w bajkową krainę…



Miejscami ciężko było nawet przejść. Ale każda pora roku ma swoje uroki, a po zimie musi być błoto, nie ma innego wyjścia.
Jak widać, nawet błoto może być fotogeniczne, gdy nic innego nie ma pod ręką do fotografowania.




W niedzielę po południu było mi mało ruchu po rowerowych eskapadach, więc postanowiłem jeszcze wybrać się na mały spacer. Jazda jazdą, ale to właśnie podczas wędrówek po moich polnych ścieżkach czuję prawdziwy spokój. A dodatkowo wieczorowa pora sprzyjała fotografowaniu.
Co prawda o tej porze roku fotograficznie nie dzieje się nic spektakularnego, ale zawsze coś znajdzie się do pstryknięcia. Takie zwykłe, wiejsko-polne widoki.




Ja mam nadzieję, że to ostatnie tej zimy zdjęcia ze śniegiem, jakie zrobiłem. Teraz czekam już tylko na pierwsze zielone listki na drzewach.




Dawno nie było wierzb, które tu nieopodal sobie rosną. Mają się dobrze, choć z każdym rokiem coraz starsze i bardziej nadgryzione zębem czasu.
W piątek zapowiadał się ciekawy zachód słońca, więc postanowiłem tam podejść i sprawdzić, czy dalej trzymają fason. Stały jak zawsze, a niebo postanowiło dorzucić im całkiem przyzwoite tło w odcieniach pomarańczu i różu.
Fajnie tam wracać co jakiś czas. Patrzeć, jak powoli się zmieniają. I choć niezauważalnie z dnia na dzień, to o każdej porze roku inne.


