To nie tragedia

Dwudziesty piąty dzień bez roweru i biegania. Nie traktuję tego jak tragedii, bo wróciłem do spacerów z aparatem. Tak jak wcześniej planowałem sobie trasy rowerowe, tak teraz wybieram jakąś miejscówkę. Wędruję po kilka, częściej po kilkanaście kilometrów.

Czatuję na ładną pogodę. Najlepiej o poranku, choć i wieczorem nie pogardzę. Wybieram miejsce, idę przed siebie i czekam. Czekam, aż jakieś kadry mnie znajdą. Kadry, które być może jeszcze nigdy nie zostały uwiecznione. Nie dlatego, że są jakieś niezwykłe czy spektakularne, ale dlatego, że nie są to miejscówki oczywiste. Nie ma tu turystów, tłumów fotografów ani straganów z pamiątkami. Są za to rozległe pola, pagórki, drzewa, polne drogi i zakątki, do których ciężko trafić.

Z dala od zabudowań i cywilizacji, gdzie można iść przed siebie, słuchać ciszy, nie sprawdzać powiadomień w telefonie. Rower i bieganie muszą na razie poczekać. Ja natomiast odkrywam swoje okolice na nowo na własnych nogach. Zawsze powtarzam, że wcale nie trzeba wyjeżdżać daleko, żeby znaleźć coś, co potrafi zatrzymać człowieka na dłużej.

Czy to przypadek?

Czy przypadek rządzi światem? Nie wiem tego, ale na pewno przypadek sprawił, że akurat tego dnia i o tej porze znalazłem się nad tym stawem.

Pod ręką na szczęście miałem smartfona, bo to, co działo się na niebie, przyprawiało o zawrót głowy. Kłębiące się deszczowe chmury, a spod nich wyzierające zachodzące słońce. To wszystko wygenerowało spektakl w cudownych kolorach.

Może i nie trwało to długo, ale za to na długo zapadnie w mojej pamięci.

Zaćmienie słońca | 12.08.2026

Miejscówka miała być spokojna i cicha, a na miejscu zastałem pielgrzymkę ludzi. I fajnie, że aż tyle osób zainteresowało się tym niezwykłym zjawiskiem, jakie miało miejsce dzisiejszego wieczora! Mowa oczywiście o częściowym zaćmieniu Słońca. Na dodatek spektakularnym, bo miało miejsce tuż nad horyzontem!

Kiedy już znalazłem wśród tych wszystkich ludzi miejsce do fotografowania, a miałem je upatrzone, bo chciałem złapać zaćmienie dokładnie nad tutejszymi Zakładami Magnezytowymi, oddalonymi o dokładnie 9,7 kilometra, okazało się, że… jako że rzadko używam lustrzanki, bateria była na wyczerpaniu! Ale może to i lepiej, bo nie napstrykałem setki zdjęć, tylko dosłownie kilka 🙂

Fajnie było po 27 latach znowu zobaczyć to zjawisko. Kolejne za 26 lat… i tego mogę już nie dożyć…

Wszystko działo się powoli

Tup, tup, krok za krokiem. Żeby tylko czegoś nie przegapić. Głowa w prawo, w lewo… co by tu sfotografować?

Główne skrzypce z pewnością grało niebo. Słońce niziutko nad horyzontem dosięgało jeszcze tu i ówdzie pól. Było gorąco jak na porę zachodu słońca. 30 stopni jak nic. Przyjemny wiaterek próbował rozgonić to gęste powietrze, aparat rwał się do pstrykania zdjęć, a bąki próbowały dobrać się do mojej skóry.

Cóż… niby dużo się działo, a jednak było spokojnie i cicho. Wszystko działo się powoli.

Drugi lub trzeci

To był bodajże drugi albo trzeci dłuższy plener w tym roku. Taki prawdziwy plener, co to jedzie się gdzieś specjalnie samochodem tylko po to, żeby pofotografować. Głównym celem jest fotografowanie, a nie spacerowanie, maszerowanie czy jazda na rowerze.

I co? Tęskno mi za takimi plenerami, nie będę ukrywał. Ale silniejsza ode mnie jest chęć skupienia się przede wszystkim na rowerze i bieganiu, a zdjęcia zeszły na drugi plan i są raczej tym, co robię przy okazji.

Wracając jednak do poniższego wieczoru. Warun naprawdę dopisał, więc spędziłem miłą godzinkę, skupiając się tylko i wyłącznie na tym, co dzieje się wokół mnie. Na krajobrazie, świetle i przede wszystkim na niebie.