Pierwszy leszy

Jak to dobrze mieć ten odruch, że jadąc gdzieś samochodem wrzuci się na tylne siedzenie torbę z aparatem. U mnie ten odruch nie jest do końca wyrobiony, ale tego popołudnia na szczęście tak zrobiłem. I dobrze, bo wracając do domu widziałem, że zachód może być ciekawy. Zatrzymałem się na pierwszym lepszym kawałku pola i uwieczniłem fajne kolorki nieba i żółto czerwoną kulkę tuż nad horyzontem.

FOT. WITOLD OCHAŁ POWIAT ROPCZYCKO-SĘDZISZOWSKI SĘDZISZÓW MAŁOPOLSKI

Najpiękniejsze

Złociste sierpniowe barwy. Nie do podrobienia. I po raz kolejny mój ulubiony temat. Ale musicie mi to wybaczyć. Nie jeżdżę po znanych i tłumnie odwiedzanych miejscach w Polsce, ani tym bardziej na świecie. Fotografuję na „własnym podwórku”. To, co dzieje się blisko. A jedyne, czego szukam i w czym wybrzdzam, to światło. Musi być to najpiękniejsze. I takie tutaj udało mi się złapać.

FOT. WITOLD OCHAŁ POWIAT ROPCZYCKO-SĘDZISZOWSKI GÓRA ROPCZYCKA

W mocnym punkcie

Nic na to nie poradzę, że mój rower w przeciwieństwie to jego pana lubi być fotografowany. Gdzie się nie zatrzymam, aby zrobić zdjęcie, ten wijeżdża mi przed obiektyw. Jedyne za co można go pochwalić, to że ustawia się w mocnym punkcie kadru. Wie o co w tym wszystkim chodzi.

W minionym tygodniu, dacie wiarę, po raz pierwszy byłem rowerem pod akacjami. Aż ciężko mi samemu uwierzyć, że tak długo omijałem to miejsce. Nieopodal przejeżdżałem obok pola pełnego bali. Tego tematu nie mogłem odpuścić i pstryknąłem pamiątkową fotkę. Kolejne zdjęcie powstało tuż przed zachodem. Znalazłem się na szutrowej drodze, a rozproszone przez zarośla słońce cudownie oświetało mój trakt rowerowy. Ostatnie zdjęcie zrobiłem pod potężną lipą, która jest pomnikiem przyrody.

Łącznie w minionym tygodniu pokanałem 414 kilometrów i jeździłem prawie codziennie (poza jednym dniem). Szkoda tylko, że nie było czasu (praca) na dłuższe wycieczki. Trzymam kciuki za dobrą pogodę, aby udało sie jeszcze pokręcić zanim nadejdzie jesienna szaruga.

Sielskie życie Krasuli

Czy taka Krasula jedna z drugą nie mają sielskiego życia? Najfajniej to pewnie mają latem. Całe dnie na świezym powietrzu, odświtu do nocy. Trawy pod dostatkiem i tylko wścibskie gzy mącą ich spokój.

W zimie taka krowa dostanie paszę prosto do żłobu. Raz do roku urodzi małego cielaka. Nie musi się o nic martwić, bo nawet jeśli zdrowie szwankuje, to może być pewna, że zostanie sprowadzony weterynarz.

Podczas piątkowej przejażdżki rowerowej zwróciłem uwagę na parę pasących się krów w cudownym wieczornym świetle. Pewnie pochłonięte przeżuwaniem nie zwracały nawet uwagi na te piękne okoliczności przyrody. Jak pisałem wyżej, tylko gryzące gzyzakłócały ich sielankę.

Kawał drogi

Ubiegły weekend był pochmurny i deszczowy. Na dwa dni porzuciłem rower na poczet pieszych wycieczek po lesie. Tęskniłem za tymi moimi leśnymi wędrówkami. W ciągu dwóch dni przemierzyłem około dwudziestu pięciu kilometrów. Poza spotkaniem z jeleniem (pokazywałem go tu kilka dni temu), zrobiłem kilka zdjęć. Co prawda światło nie było najlepsze do fotografowania, ale przez taki kawał drogi wynalazłem kilka kadrów.

Kilka makrofotek

Dawno nie pokazywałem nic z makrofotografii i już to nadrabiam. Dziś cztery fotografie, które powstały w ostatnim czasie w moim ogródku, na łące i w lesie.

Dla mnie wszystko co skacze to konik polny, ale oczywiście tak nie jest 😉 Ten tu wskoczył mi na dłoń, kiedy odgarniałem trawę, aby zrobić mu zdjęcie. Miłe stworzenie, wie jak sie zachować w obecności fotografa 🙂

Tego malutkiego niemowlaka ledwo dostrzegłem na jednej trawce. Był tak malutki, że pozwoliłem sobie zerwać trawę, aby zrobić mu zdjęcie w dogodniejszych warunkach, bo u mnie z kładzeniem się na trawie to już ciężko jest 🙂 Po wszystim oczywiście odniosłem maluszka w to samo miejsce, żeby jego mama się nie niepokoiła 😉

Zagdka, co to może być…

Kiedy zbieracze grzybów chodzili po lesie z pustymi koszykami, ja znalazłem kontaktowego grzyba. Szkoda, że nie jadalny. Ale za to w fajnych okolicznościach przyrody 😉

Mrocznie choć rano

Najlepiej wstać sobie wcześniej i być na miejscu jeszcze przed wschodem słońca. Jest różnie – raz jest najpiękniej właśnie wtedy, innym razem punkt o wschodzie, jeszcze innym jakiś czas po wschodzie. Dobrze zarezerwować sobie więcej czasu i być cierpliwym. Tym razem słońce w ogóle nie wzeszło. Znaczy nie wyszło zza chmur.

Jednak właśnie to szare, rozproszone światło stworzyło swoisty klimat pasujący do mgieł zalegających w dolinach. Nieco mroczny klimat, choć to przecież ranek, początek dnia. Każdy rodzaj pogody zasługuje na swoje pięć minut na fotkach.

Czasy beli

Takie nastały czasy, że to bele są atrakcją współczesnego krajobrazu. I o ile wiele z nas z rzewnością wspomina czasy snopów ściętego zboża, to one juz nie wrócą. Kiedy popołudniem jadąc rowerem zobaczyłem na sąsiednim wzgórzu ogromną ilośc beli, postanowiłem podjechać tam wieczorem i zrobić kilka zdjęć, zanim zostaną pozbierane z pola.

Choć na niebie nie było wielu chmur, dopisało piękne wieczorne światło. Miałem kilkadziesiąt minut czasu na oddanie się swojej pasji. Pasji do spędzania czasu na łonie przyrody, do wyszukiwania najciekawszych kadrów i uwieczniania ich na matrycy aparatu. Z pewnością pokażę tu jeszcze nieco zdjęć z tego pleneru, bo powstało ich sporo 😉

Spotkanie na bezdechu

Sobota. Pogoda niepewna, w każdej chwili możliwe są opady deszczu. Postanowiłem jednak nie siedzieć w domu, tylko tym razem wybrałem się na spacer do lasu. Ostatnio tylko rower i rower, brakowało mi przechadzki, ciszy i obcowania sam na sam z przyrodą.

Wchodząc do lasu, zawsze mam malutką nadzieję na bliskie spotkanie z dziką zwierzyną. Od dawna marzył mi się jeleń, ale taki z porożem pokrytym scypułem, czyli ochronną warstwą skóry porośniętą drobną sierścią.

To zapewne zwykły zbieg okoliczności, ale kilka kilometrów później taki własnie jeleń wyszedł mi na drogę kilkadziesiąt metrów przede mną. Najpierw spacerkiem, bez pośpiechu, nie miał pojęcia o mojej obecności. Potem zatrzymał się i spojrzał w moją stronę. Zrobiłem fotkę i chwilę patrzyliśmy na siebie, po czym pocwałował w ostępy leśne. Dopiero wtedy nabrałem powietrza w płuca, bo przypomniało mi się, że przez te kilkadziesiąt sekund w ogóle nie oddychałem 😉

Jechać czy fotografować…

W ubiegły czwartek były na niebie ładne chmury, więc postanowiłem wziąć ze sobą na wyprawę rowerową aparat. Trasa liczyła sto kilometrów i zaplnaowałem ją po malowniczo położonych górkach zachodzniej strony Pogórza Strzyżowskiego. Wyjechałem kolejno na dziesiąć wzgórz, a suma przewyższen całej wyprawy to 2100 metrów. Niekończąca się historia spinaczek i zjazdów.

I choć kosztowało mnie to wiele, to widoki wynagrodziły mi trud. Nie lubię przerywać jazdy, ale dla niektórych widoków po prostu musiałem. Już nie mogę się doczekać kolejnych pogodnych dni, aby znów wyruszyć na odkrywanie piękna mojej okolicy. Tylko te mieszane uczucia… jechać, czy fotografować.