Sarny

Na spacerach i rowerowych przejażdżkach coraz częściej trafiam ostatnio na sarny. Mam wrażenie, że jest ich teraz zdecydowanie więcej niż jeszcze kilka tygodni temu. Co ciekawe, zimą prawie ich nie widywałem, a przecież gdzieś musiały być.

Teraz jest ich naprawę sporo. Podejrzewam, że to kwestia końca zimy i większej aktywności zwierząt. Coraz częściej wychodzą na pola i łąki w poszukiwaniu jedzenia, a przy okazji łatwiej je zauważyć, bo roślinność jest jeszcze niska. Tak czy inaczej, takie spotkania zawsze są miłym dodatkiem do spaceru czy wycieczki rowerowej.

A skoro aparat miałem pod ręką, to kilka kadrów z tych spotkań udało się oczywiście przywieźć do domu.

Zachęcony

Tak się rozochociłem po udanych zdjęciach Księżyca, że ponownie chwyciłem za lustrzankę, wstałem przed świtem i ruszyłem na pieszą wędrówkę o wschodzie słońca. Na dzień dobry czekał na mnie ciepły, wręcz rażący po oczach wschód słońca.

Od pierwszych chwil wydawało się, że świeci całą swoją mocą. Szedłem więc w tym oślepiającym blasku i cieszyłem się przebywaniem sam na sam z naturą. I mimo że to przedwiośnie, raczej mało ciekawa pora roku, to jednak i ta potrafi zaskakiwać swoim pięknem. Wystarczy, jak widać, odrobina słońca.

One i ja w szoku

Na początku uciekały jak szalone. Przebiegły niedaleko mnie tak, że przez chwilę myślałem, że mnie staranują. A one co? Zatrzymały się kilkadziesiąt metrów dalej i zaczęły mi się badawczo przyglądać.

Ja cały czas w szoku aparat trzymałem zawieszony na szyi pod kurtką. Bałem się drgnąć, żeby ich nie wystraszyć. W końcu sięgnąłem po aparat, pozwoliły sobie zrobić kilka zdjęć i dopiero wtedy niespiesznie się poodwracały i potruchtały dalej.

Wschód Księżyca | 05.03.2026 – II

Widzieliście mój wczorajszy post ze wschodzącym Księżycem? Wiecie, co wydarzyło się chwilę później? W miarę jak schodziłem z górki, okazało się, że krzyż na sąsiednim wzniesieniu jest wciąż widoczny. Nawet nigdy jakoś specjalnie nie zwróciłem uwagi, że widać go dosłownie z miejscówki oddalonej może o 100 metrów od mojego domu.

Schodząc coraz niżej, perspektywa się zmieniała i Księżyc, mimo że wznosił się nad horyzont, wciąż był z mojego punktu widzenia na linii krzyża. Było już mocno ciemno. Po omacku rozstawiłem statyw, wycelowałem…. i właśnie wtedy powstało zdjęcie, z którego tego wieczora byłem najbardziej zadowolony.

Wschód Księżyca | 03.05.2026

Zrobiłem to. Wyciągnąłem zakurzoną lustrzankę, założyłem teleobiektyw i poszedłem sfotografować wschodzący Księżyc. Nie dzisiaj. We wtorek. Kilka godzin po pełni.

Jest tu nieopodal na wzniesieniu duży żelazny krzyż i z mojej miejscówki to właśnie za nim miał wzejść Księżyc. A że oddalony byłem od krzyża sporo, Księżyc miał się wydawać na zdjęciu mega duży. Przy takich ujęciach najbardziej fascynuje mnie kompresja perspektywy. Długa ogniskowa robi z odległych planów jedną zwartą historię.

Nie był to długi rytuał planowania, raczej szybkie spojrzenie na aplikację, szybka decyzja i szybki marsz na górkę. Zasapany, ale z zapasem czasu stanąłem i czekałem. A kiedy się wyłonił, jeszcze kilka korekt mojego położenia. Było to możliwe tylko do pewnego stopnia ze względu na rosnące drzewa.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że takie chwile trwają bardzo krótko. Są ulotne. Mało kto zwraca na nie uwagę. Kilka minut i Księżyc przesuwa się, światło się zmienia. Bez pośpiechu, ale bez zwłoki.

Lubię takie fotograficzne polowania. Krótkie, konkretne, zakończone satysfakcją. Wracasz do domu, zgrywasz pliki i już wiesz, że to był dobry wieczór. I że warto było wyjść z domu, nawet jeśli to miała być tylko szybka akcja.

Co innego…?

Co ja mogę Wam innego pokazać, niż kilka kolejnych fotek, które zrobiłem w drodze. Wczoraj właśnie legalnie w południe oddaliłem się ze stanowiska pracy, udałem się do domu, wsiadłem na rower i pojechałem przed siebie. Te 11 stopni na termometrze to trochę złuda. Jadąc, odczucie temperatury jest zupełnie inne, ale dobry ubiór zapewnił komfort termiczny i mogłem bez żadnych rozpraszaczy w postaci chłodu cieszyć się jazdą.

No, może wiatr nieco przeszkadzał, ale tylko w jedną stronę. A kiedy zjeżdżałem z asfaltu na leśne ścieżki, zapomniałem o wszystkim. W lasach jest już w miarę sucho, ale wciąż sporo połamanych drzew po listopadowych opadach śniegu. Pamiętacie, co u nas na Podkarpaciu się wtedy działo? Wszystko było oblepione mokrym śniegiem i teraz widać tego skutki, zwłaszcza w lasach.

Fotogeniczne błoto

Miejscami ciężko było nawet przejść. Ale każda pora roku ma swoje uroki, a po zimie musi być błoto, nie ma innego wyjścia.

Jak widać, nawet błoto może być fotogeniczne, gdy nic innego nie ma pod ręką do fotografowania.

Wody nie brakuje

Czasami przeglądam moje zdjęcia z czasów, kiedy specjalnie jeździłem na plenery. Wyczekiwałem odpowiedniej pory, śledziłem prognozy pogody i wpatrywałem się w niebo. Trochę mi z jednej strony żal tamtej intensywności, ale ta pasja przecież wciąż trwa. Tyle że teraz jest produktem ubocznym wypraw rowerowych i pieszych. Fotografuję jakby przy okazji i rzadko zdarza mi się jechać stricte na zdjęcia z aparatem. Smartfon zastąpił go w jakichś 90 procentach.

Dziś kolejna partia kadrów z niedzielnej przejażdżki. Na drogach jeszcze błoto i rower z żółtego zmienił kolor na brązowy, ale wody w domu nie brakuje, a z polnych dróg świat wygląda zdecydowanie korzystniej.

Widoki wiejsko-polne

W niedzielę po południu było mi mało ruchu po rowerowych eskapadach, więc postanowiłem jeszcze wybrać się na mały spacer. Jazda jazdą, ale to właśnie podczas wędrówek po moich polnych ścieżkach czuję prawdziwy spokój. A dodatkowo wieczorowa pora sprzyjała fotografowaniu.

Co prawda o tej porze roku fotograficznie nie dzieje się nic spektakularnego, ale zawsze coś znajdzie się do pstryknięcia. Takie zwykłe, wiejsko-polne widoki.

Tryptyk rowerowy

To był udany, przedłużony weekend. Trzy przyjemne trasy rowerowe po około pięćdziesiąt kilometrów, a zdecydowanie najpiękniejsza w niedzielę. Dlaczego? Dlatego, że tego dnia wyruszyłem w drogę punktualnie o świcie, w porze, którą najbardziej lubię na takie eskapady.

Nie było jeszcze upału, tylko przyjemne 2 – 4 stopnie. Bo potem słońce już jarało i zrobiło się chyba z piętnaście. Upał pierwszomarcowy 🙂

A na poważnie, to rano przede wszystkim bywa piękne światło i nie ma ruchu na drogach. No i po powrocie jest jeszcze czas, żeby odpocząć i ewentualnie wybrać się na zachód słońca. Ale o tym jutro.