Jak dawniej

Dzień był pochmurny, choć bezdeszczowy. Obserwowałem wieczorem niebo i w pewnym momencie zaczęło się przejaśniać. Jako, że nie miałem nic lepszego do roboty, jak za starych dobrych czasów wsiadłem w samochód i pojechałem na pobliską miejscówkę.

Przejaśnienie okazało się tylko niewielką dziurą w chmurach, ale mimo to zrobiło się przyjemnie i kolorowo na niebie. Krótki spacer, kilka zdjęć i powrót do domu.

Niedobór witaminy D

W taką pogodę nie mogłem sobie odmówić choćby krótkiej przejażdżki, tym bardziej że to był dla mnie wolny od pracy dzień. Chociażby ze dwadzieścia kilometrów.

Wybrałem polne drogi w okolicy, no bo gdzie jak nie tam odnajdę spokój i ciszę. Jazdę umilają ćwierkające ptaki, których trele o tej porze roku coraz bardziej przybierają na sile, zwłaszcza rano.

Odnajdywanie zieleniących się już drzew umila podróż, a przyjemne promienie słoneczne pozwalają chłonąć witaminę D, której po zimie możliwy jest niedobór.

Nie żałowałem

Wyszedłem bardzo rano. Liczyłem na słoneczny wschód słońca. Okazało się, że było zachmurzone.

Byłem nieco zawiedziony, ale kiedy w pewnym momencie niebo zaczęło przybierać ten niezwykły różowy odcień, natychmiast się ożywiłem. Kolory co prawda, jak nagle się pojawiły, tak szybko znikły. Dokończyłem spacer już przy ponurym, szarym niebie.

Ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się żałować wyjścia w teren. Jaka by pogoda nie była, to zawsze zyskuję. Jak nie przynosząc zdjęcia, to na swoim zdrowiu, dla którego ruch to podstawa.

Ani się obejrzymy

Jeszcze chwilę temu było tam błoto, ale tyle dni bez deszczu spowodowało wyschnięcie wszelkiego błota na polnych drogach. Teraz można tam jeździć bez przeszkód.

A jazda po takich nieuczęszczanych drogach polnych to czysta przyjemność. Przyjemność obcowania z przyrodą i obserwowania, jak bardzo powolutku budzi się do życia po zimie.

Przed nami najpiękniejszy okres roku. Ani się obejrzymy, jak wszystko dookoła zrobi się zielone.

Co będzie po deszczu

Coś tam i rowerem pojeździłem w ostatnich dniach.

Dopóki polne drogi są suche. Pomalutku, z aparatem gotowym do użycia. Ze smartfonem gotowym do nakręcenia kolejnego ujęcia.

Co prawda niewiele się na razie dzieje, ale już widzę pierwsze zielone listki. Chyba dość wcześnie, choć pogoda już od jakiegoś czasu jest ciepła.

Myślę, że po zapowiadanych opadach deszczu przyroda wystrzeli. Jakby to był już co najmniej kwiecień.

Świadek

A o poranku też lubisz chodzić?

Tak, i to jeszcze bardziej niż wieczorem.

O tak wczesnej porze jest jeszcze ciszej i jeszcze spokojniej. A kiedy zaczynasz spacer jeszcze przed wschodem słońca, to jesteś świadkiem budzenia się dnia.

Widzisz, jak robi się coraz jaśniej, jak chmury malują się kolorami (jeśli są). A jak nie ma, to patrzysz, jak słońce wznosi się coraz wyżej, a cienie stają się coraz krótsze. Jak światło z ciepłego robi się coraz bardziej chłodne.

Moje klimaty

Bezchmurny wieczór i spacer dla kilku chwil spokoju i ciszy. Z dala od zgiełku i hałasu. Kępa dorodnych brzóz, a pośrodku stary metalowy krzyż. Polna droga, którą można chodzić i raczej nikogo się tam nie spotka. Takie klimaty są moje.

Kościół i „drapacz chmur”

Chmur na niebie nie widziałem dawno. Więc spektakularne wschody czy zachody słońca z kolorowym niebem nie były tematem moich zdjęć, bo ich po prostu nie było. Ale przez jeden wieczór i jeden poranek skupiłem się na samym słońcu.

Dwa zdjęcia przedstawiają zachodzące słońce za kościołem w Górze Ropczyckiej, a dwa kolejne wschodzące, w okolicy naszego rzeszowskiego „drapacza chmur”.

Sarna życia i dom w którym nikt nie mniszka

Czy to najlepsze zdjęcie sarny, jakie udało mi się zrobić? Nie wiem, ale bardzo mi się podoba. Powstało w sumie przypadkiem, bo na aparacie miałem ustawiony zbyt długi czas. Gdy sarna puściła się pędem, musiałem za nią podążać obiektywem, czyli zrobić tzw. panoramowanie. Ku mojemu zdziwieniu udało się i powstało całkiem fajne, dynamiczne ujęcie.

Dodam, że na drugim zdjęciu jest ta sama sarna chwilę wcześniej, zanim postanowiła się jednak ewakuować. Na kolejnym widać klimat miejsca, gdzie ją spotkałem, a ostatnie zdjęcie to opuszczony dom w tej samej okolicy. Odkryłem go rok temu i wróciłem tam o poranku, żeby złapać to piękne światło.

Jeszcze tam wrócę

Niedzielna przejażdżka rowerowa to nowe tereny, które choć oddalone zaledwie o 20–30 kilometrów od domu, nigdy nie zostały przeze mnie zeksplorowane rowerem. Po tej jeździe dotarło do mnie dlaczego – sporo tam stromych podjazdów, a drogi prowadzą głównie terenami zabudowanymi.

Niemniej oczywiście nie żałuję, tym bardziej że trafiłem na dwie klimatyczne kapliczki oraz kilka kilometrów tras prowadzących przez las. Do tych leśnych odcinków mam plan wrócić, gdy kondycja będzie w szczycie, a do kapliczek też chcę jeszcze zajrzeć, ale o poranku lub, jeszcze lepiej, wieczorem, kiedy światło będzie zdecydowanie zacniejsze.