Pięćdziesiątka nr 2

Miejscami 15 stopni na termometrze. W lutym! Naprawdę przyjemne ciepełko i mimo lekkiego zmęczenia po wczoraj, dziś pojechałem na kolejną pięćdziesiątkę. Tym razem trochę po górkach, żeby sprawdzić, jak mają się polne drogi i leśne ścieżki. Myślę, że jeśli pogoda się utrzyma, to za kilka dni błoto wyschnie i będzie można śmigać poza asfaltem bez obawy o ubłocenie roweru i siebie.

Dziś sobota, więc na trasie spotkałem już kilku rowerzystów. Jedni wydawali się być w całkiem dobrej formie po zimie, ale byli też tacy jak ja, którzy brak formy nadrabiali miną i dobrym humorem. Jutro znowu będzie kusiło, żeby jechać… tylko czy nogi dadzą radę? Kto to wie.

Nie, nie zmieniłem roweru

Nie, nie zmieniłem roweru. To mój stary Giant, który wrócił do łask, kiedy czerwony jest w serwisie. Żółtego Gianta użytkuję już 24 lata. Jak dziś pamiętam dzień, w którym go kupiłem. Trafiła się okazja i decyzję podjąłem natychmiast. Mimo że był używany, stan miał prawie idealny, a przesiadka ze starego budżetowego górala na Gianta była jak przesiąść się z malucha do mercedesa. Jak widać, służy mi do dziś jako rower zastępczy.

Dzisiejsza pogoda nie pozwalała siedzieć w domu. Nie czekałem nawet, aż się ociepli. Gdy wyjeżdżałem, było raptem 3 stopnie na plusie, a dopiero później, w trakcie jazdy, zrobiło się 11. Zaplanowałem 50-kilometrową, lajtową pętelkę, mało uczęszczanymi drogami, sporo przez las. Bez zajeżdżania się. Spokojnie, turystycznie. Od czasu do czasu zatrzymując się, żeby pstryknąć zdjęcie albo nagrać ujęcie do filmu.

Sarny i widoki

Śniegu już co prawda prawie nie ma, ale ja wracam do ubiegłotygodniowego piątku z pięknym zachodem słońca i stadami saren, które wtedy spotykałem kilkukrotnie.

Przemieszczały się w bezpiecznej odległości ode mnie, z wdziękiem i gracją. Jakby spacerowały razem ze mną, podziwiając ze mną niebo.

Halo słoneczne – kwiecień 2022

Tak było, nie zmyślam. Data to kwiecień. Tak, to nie pomyłka — kwiecień 2022 roku. Leżał wtedy śnieg. Dokładnie nie pamiętam, ale to pewnie był krótki, zimowy epizod tamtej wiosny.

Ale ja nie o tym. Ja o halo słonecznym, które wtedy od rana „wisiało” na niebie. Wyraźne i całkiem okazałe. Towarzyszyło mi podczas porannego, niedzielnego spaceru i robiło takie wrażenie, że trudno było oderwać wzrok.

Wierzby po raz 232

Dawno nie było wierzb, które tu nieopodal sobie rosną. Mają się dobrze, choć z każdym rokiem coraz starsze i bardziej nadgryzione zębem czasu.

W piątek zapowiadał się ciekawy zachód słońca, więc postanowiłem tam podejść i sprawdzić, czy dalej trzymają fason. Stały jak zawsze, a niebo postanowiło dorzucić im całkiem przyzwoite tło w odcieniach pomarańczu i różu.

Fajnie tam wracać co jakiś czas. Patrzeć, jak powoli się zmieniają. I choć niezauważalnie z dnia na dzień, to o każdej porze roku inne.

To koniec, prawda?

Ależ mi się trafiło na sam koniec zimy. Bo to już koniec zimy, prawda? Od niedzieli temperatury wyłącznie na plusie?

Dzień jest już wyraźnie dłuższy i po powrocie z pracy jestem w stanie jeszcze wyskoczyć na zdjęcia. Dzisiaj oczywiście z tej opcji skorzystałem i trafiłem na naprawdę widowiskowy zachód słońca.

Co najlepsze, najpiękniejsze kolory pojawiły się wtedy, gdy byłem już w drodze do domu.

Jedno

Jedno zdjęcie z ubiegłotygodniowej przejażdżki rowerowej. Z resztkami śniegu, ale suchą drogą, I kolorowym niebem, które o zachodzie postanowiło przybrać pomarańczowo‑granatowe barwy, malując okolice na delikatny fiolet.

Nierealne? Otóż realne,  tylko że te momenty trwają naprawdę krótko. Trzeba bacznie obserwować i pstryknąć zdjęcie w odpowiednim momencie.

Jak żywe

Wpadły mi fotki z października 2021 roku, czyli sprzed czterech i pół roku. Sympatyczny poranek opodal żwirowni, konkretna mgiełka, mocne słońce już od samego wschodu i chwilowy klimat, który zapada w pamięć na długo.

Do tego stopnia, że po zerknięciu na zdjęcia wspomnienia wróciły jak żywe, jakby to miejsce odwiedziło mnie zaledwie kilka dni temu.