Podążałem sobie niespiesznym spacerkiem dróżką biegnącą przez rozległą polanę, porośniętą tu i ówdzie pojedynczymi drzewkami. Tak sobie wędruję, aż zza zakrętu wyłoniły się jakieś uszy.
To musi być sarna! Pomyślałem. Ale kiedy podszedłem bliżej, już wiedziałem, że to daniele. I to nie jeden, a całe stadko.
Pochylony w pas, pociągając noga za nogą i najciszej, jak umiałem, zacząłem się do nich skradać. Oczywiście długo to nie potrwało. Bardzo szybko mnie zauważyły. Wtedy pozostało mi już tylko się ujawnić, wyprostować i spróbować zrobić zdjęcie.




































