Dziś kolejna porcja kapliczek spotkanych po drodze. Większość z nich pewnie już kiedyś tutaj pokazywałem, ale jak wiadomo, za każdym razem wszystko wygląda trochę inaczej. Inna pogoda, inne światło i zupełnie inne okoliczności.
Nie ma dwóch takich samych kadrów, nawet jeśli powstają dokładnie w tym samym miejscu.
Szczęściara z niej, nie? Takie widoki podczas śniadania. I to śniadania połączonego z drugim śniadaniem, obiadem i pewnie jeszcze kolacją. Co za życie. Cały dzień jeść i podziwiać przyrodę.
A tak już całkiem serio, sam miałem przez chwilę okazję podziwiać te same widoki ze wzgórza Gogołowskiego. Można tam naprawdę poczuć przestrzeń wszystkimi zmysłami.
Ubiegłośrodowy wyjazd zostanie ze mną na długo. Na takie warunki nie trafia się przecież zbyt często. Trochę miałem przeczucie, trochę szczęścia, a trochę po prostu samozaparcia, żeby ruszyć w drogę jeszcze przed wschodem słońca.
Dzięki temu mogłem spędzić pierwsze dwie godziny jazdy w naprawdę wyjątkowych okolicznościach. Światło i klimat, którego nie da się zaplanować. A później… wcale nie zrobiło się dużo mniej pięknie 🙂
No cóż… zaspałem. Plan był prosty: w niedzielę od świtu ruszyć, tym razem na własnych nogach. Start przy zalewie w Kamionce, potem przez las w stronę Cierpisza. Wszystko się udało… tylko ten świt trochę mi nie wyszedł. Zanim się dobudziłem i ogarnąłem wyjście, było już grubo po siódmej.
Słońce zdążyło wspiąć się wysoko, ale nad wodą panował jeszcze spokój. Zero spacerowiczów, tylko kilka wędkarzy. W lesie podobnie, pustka i przyjemny chłód między drzewami, bo po wyjściu z cienia okazywało się, że już całkiem solidnie grzeje.
Sięgnąłem do archiwów i policzyłem, że to najprawdopodobniej moje szóste widmo Brockenu. Czwarte na Pogórzu Strzyżowskim, jedno miałem w Przemyślu i jedno na zupełnych równinach!
Tym razem mocno mnie zaskoczyło, bo jechałem sobie spokojnie rowerem, zerknąłem w bok, a tam wokół mojej głowy przesuwała się kolorowa aureola! Oczywiście od razu się zatrzymałem, żeby uwiecznić to ciekawe, zwłaszcza w naszym regionie, zjawisko optyczne.
Kilkanaście kilometrów później udało mi się po raz kolejny uchwycić białą tęczę, ale tej to już nawet nie zliczę. Obawiam się tylko, że widuję ją częściej niż kolorową!
Tak, sięgnąłem w końcu na chwilę po mojego bezlusterkowca. Tak, założyłem obiektyw do makrofotografii. Tak, polazłem na dziką część ogrodu poszukać owadów.
Raz – ręka już nie ta co kilka lat temu. Konieczne byłoby trochę poćwiczyć, żeby mnie aż tak nie trzęsło. Dwa – wzrok już nie ten i coraz trudniej coś wypatrzyć. Niemniej udało się wyłowić z gąszczu trawy kilka ciekawych okazów i scenek.
Kto lubi takie poranki? Pewnie dziewięćdziesiąt dziewięć procent osób woli spędzić ten czas w łóżku i na spokojnie pooglądać zdjęcia u Witka. I bardzo dobrze, bo inaczej byłbym tu niepotrzebny.
Tego ranka nie mogłem dospać. Wstałem już po trzeciej, choć do wyjazdu została jeszcze przynajmniej godzina. Przeczuwałem te mgły, bo w poprzednich dniach padało i było pochmurno, a ten poranek zapowiadał się bardzo chłodno, zaledwie dwa stopnie na plusie i bez jednej chmury na niebie. To mogło oznaczać tylko jedno, piękne zjawiska optyczne.
Ależ dawno nie byłem tam rowerem. Mowa o Alei Grabowejw Wiśniowej. Cóż, nic się tam nie zmieniło. Nadal jest przepięknie.
Ogólnie bardzo lubię tamte tereny do jazdy rowerem. Pagórków nie brakuje i momentami potrafią dać w kość, ale widoki zdecydowanie wynagradzają cały trud jazdy.
Podczas ostatnich przejażdżek rowerowych sfotografowałem kolejne kapliczki. Może nie są tak urokliwe jak te z poprzednich postów, ale również przyciągnęły moją uwagę. Jedne niepozorne, ukryte gdzieś w lesie albo pod drzewem, inne wręcz przeciwnie, nie do niezauważenia.
Najbardziej zafrapowała mnie kapliczka ze zdjęcia nr 2. A właściwie sam już nie wiem, czy to na pewno kapliczka. Być może zmylił mnie stojący obok tej budki krzyż. Im dłużej się jej przyglądałem, tym więcej miałem wątpliwości…
Miejsce idealne do spacerów. Bez kostki brukowej, bez asfaltu, bez wysypanych żwirem alejek. Naturalne ścieżki, drzewa, spokój i sama natura.
Park Pałacowy w Dukli ma właśnie taki klimat. Trzy urokliwe stawy, po których pływają kaczki, a pewnie czasem i łabędzie. Do tego naprawdę niewielki ruch ludzi, szczególnie w tygodniu albo podczas gorszej pogody.
Teraz cały park pachnie czosnkiem niedźwiedzim i wygląda świetnie, ale mam przeczucie, że jesienią może być tam jeszcze piękniej. Szkoda tylko, że to kawał drogi ode mnie i rowerem raczej nie ma szans tam dojechać. Ale coś czuję, że w październiku albo listopadzie znowu tam wrócę.