Miejscami ciężko było nawet przejść. Ale każda pora roku ma swoje uroki, a po zimie musi być błoto, nie ma innego wyjścia.
Jak widać, nawet błoto może być fotogeniczne, gdy nic innego nie ma pod ręką do fotografowania.




Miejscami ciężko było nawet przejść. Ale każda pora roku ma swoje uroki, a po zimie musi być błoto, nie ma innego wyjścia.
Jak widać, nawet błoto może być fotogeniczne, gdy nic innego nie ma pod ręką do fotografowania.




Czasami przeglądam moje zdjęcia z czasów, kiedy specjalnie jeździłem na plenery. Wyczekiwałem odpowiedniej pory, śledziłem prognozy pogody i wpatrywałem się w niebo. Trochę mi z jednej strony żal tamtej intensywności, ale ta pasja przecież wciąż trwa. Tyle że teraz jest produktem ubocznym wypraw rowerowych i pieszych. Fotografuję jakby przy okazji i rzadko zdarza mi się jechać stricte na zdjęcia z aparatem. Smartfon zastąpił go w jakichś 90 procentach.
Dziś kolejna partia kadrów z niedzielnej przejażdżki. Na drogach jeszcze błoto i rower z żółtego zmienił kolor na brązowy, ale wody w domu nie brakuje, a z polnych dróg świat wygląda zdecydowanie korzystniej.




W niedzielę po południu było mi mało ruchu po rowerowych eskapadach, więc postanowiłem jeszcze wybrać się na mały spacer. Jazda jazdą, ale to właśnie podczas wędrówek po moich polnych ścieżkach czuję prawdziwy spokój. A dodatkowo wieczorowa pora sprzyjała fotografowaniu.
Co prawda o tej porze roku fotograficznie nie dzieje się nic spektakularnego, ale zawsze coś znajdzie się do pstryknięcia. Takie zwykłe, wiejsko-polne widoki.




To był udany, przedłużony weekend. Trzy przyjemne trasy rowerowe po około pięćdziesiąt kilometrów, a zdecydowanie najpiękniejsza w niedzielę. Dlaczego? Dlatego, że tego dnia wyruszyłem w drogę punktualnie o świcie, w porze, którą najbardziej lubię na takie eskapady.
Nie było jeszcze upału, tylko przyjemne 2 – 4 stopnie. Bo potem słońce już jarało i zrobiło się chyba z piętnaście. Upał pierwszomarcowy 🙂
A na poważnie, to rano przede wszystkim bywa piękne światło i nie ma ruchu na drogach. No i po powrocie jest jeszcze czas, żeby odpocząć i ewentualnie wybrać się na zachód słońca. Ale o tym jutro.




Miejscami 15 stopni na termometrze. W lutym! Naprawdę przyjemne ciepełko i mimo lekkiego zmęczenia po wczoraj, dziś pojechałem na kolejną pięćdziesiątkę. Tym razem trochę po górkach, żeby sprawdzić, jak mają się polne drogi i leśne ścieżki. Myślę, że jeśli pogoda się utrzyma, to za kilka dni błoto wyschnie i będzie można śmigać poza asfaltem bez obawy o ubłocenie roweru i siebie.
Dziś sobota, więc na trasie spotkałem już kilku rowerzystów. Jedni wydawali się być w całkiem dobrej formie po zimie, ale byli też tacy jak ja, którzy brak formy nadrabiali miną i dobrym humorem. Jutro znowu będzie kusiło, żeby jechać… tylko czy nogi dadzą radę? Kto to wie.





Nie, nie zmieniłem roweru. To mój stary Giant, który wrócił do łask, kiedy czerwony jest w serwisie. Żółtego Gianta użytkuję już 24 lata. Jak dziś pamiętam dzień, w którym go kupiłem. Trafiła się okazja i decyzję podjąłem natychmiast. Mimo że był używany, stan miał prawie idealny, a przesiadka ze starego budżetowego górala na Gianta była jak przesiąść się z malucha do mercedesa. Jak widać, służy mi do dziś jako rower zastępczy.
Dzisiejsza pogoda nie pozwalała siedzieć w domu. Nie czekałem nawet, aż się ociepli. Gdy wyjeżdżałem, było raptem 3 stopnie na plusie, a dopiero później, w trakcie jazdy, zrobiło się 11. Zaplanowałem 50-kilometrową, lajtową pętelkę, mało uczęszczanymi drogami, sporo przez las. Bez zajeżdżania się. Spokojnie, turystycznie. Od czasu do czasu zatrzymując się, żeby pstryknąć zdjęcie albo nagrać ujęcie do filmu.







Ja mam nadzieję, że to ostatnie tej zimy zdjęcia ze śniegiem, jakie zrobiłem. Teraz czekam już tylko na pierwsze zielone listki na drzewach.




Na dzisiaj mam zestaw wiosennych saren. Niekoniecznie z tego roku, ale były czasy, że chętniej mi one pozowały niż obecnie.



Śniegu już co prawda prawie nie ma, ale ja wracam do ubiegłotygodniowego piątku z pięknym zachodem słońca i stadami saren, które wtedy spotykałem kilkukrotnie.
Przemieszczały się w bezpiecznej odległości ode mnie, z wdziękiem i gracją. Jakby spacerowały razem ze mną, podziwiając ze mną niebo.



Tak było, nie zmyślam. Data to kwiecień. Tak, to nie pomyłka — kwiecień 2022 roku. Leżał wtedy śnieg. Dokładnie nie pamiętam, ale to pewnie był krótki, zimowy epizod tamtej wiosny.
Ale ja nie o tym. Ja o halo słonecznym, które wtedy od rana „wisiało” na niebie. Wyraźne i całkiem okazałe. Towarzyszyło mi podczas porannego, niedzielnego spaceru i robiło takie wrażenie, że trudno było oderwać wzrok.
