A nawet kilka lisków! Wczoraj spotkałem co najmniej cztery. Pierwszy zwiał, zanim zdążyłem go porządnie zauważyć. Kolejny napatoczył się na mojej drodze i najwyraźniej niewiele sobie robił z mojej obecności, by po chwili pogonić w swoją stronę. Ale następne dwa to już był prawdziwy hardkor.
Udało mi się je podejść na kilkadziesiąt metrów i zza kukurydzy podglądać ich zabawy. Patrząc przez teleobiektyw, miałem wrażenie, jakbym sam hasał tam razem z nimi. Tyle że w rzeczywistości musiałem być absolutnie cicho i najlepiej w ogóle się nie ruszać.
Lisy zachowywały się zupełnie swobodnie, a kiedy przyszedł czas na odwrót, tyle samo uwagi poświęciłem na oddalenie się, żeby przypadkiem nie zepsuć im zabawy.







































