Wszystko działo się powoli

Tup, tup, krok za krokiem. Żeby tylko czegoś nie przegapić. Głowa w prawo, w lewo… co by tu sfotografować?

Główne skrzypce z pewnością grało niebo. Słońce niziutko nad horyzontem dosięgało jeszcze tu i ówdzie pól. Było gorąco jak na porę zachodu słońca. 30 stopni jak nic. Przyjemny wiaterek próbował rozgonić to gęste powietrze, aparat rwał się do pstrykania zdjęć, a bąki próbowały dobrać się do mojej skóry.

Cóż… niby dużo się działo, a jednak było spokojnie i cicho. Wszystko działo się powoli.

Dnia następnego

Wypatrzyłem sobie to miejsce dzień wcześniej, ale wtedy pogoda była zupełnie inna. Zachmurzenie, mgła, ogólnie klimat bardziej do siedzenia w domu niż do robienia zdjęć.

Następnego dnia prognozy zapowiadały bezchmurne niebo od rana i niską temperaturę. Zostawiłem tym razem rower w domu i poszedłemna własnych nogach. Pospacerować, pooglądać i oczywiście coś sfotografować.

Warunki nie zawiodły. Udało mi się złapać te pierwsze chwile po wschodzie słońca, z delikatnymi mgiełkami i od samego początku ostrym, porannym światłem. Brodząc w rosie, wdychając intensywne zapachy wilgotnego poranka i słuchając dobiegającego z oddali klangoru żurawi.

Chodzi lisek koło drogi…

A nawet kilka lisków! Wczoraj spotkałem co najmniej cztery. Pierwszy zwiał, zanim zdążyłem go porządnie zauważyć. Kolejny napatoczył się na mojej drodze i najwyraźniej niewiele sobie robił z mojej obecności, by po chwili pogonić w swoją stronę. Ale następne dwa to już był prawdziwy hardkor.

Udało mi się je podejść na kilkadziesiąt metrów i zza kukurydzy podglądać ich zabawy. Patrząc przez teleobiektyw, miałem wrażenie, jakbym sam hasał tam razem z nimi. Tyle że w rzeczywistości musiałem być absolutnie cicho i najlepiej w ogóle się nie ruszać.

Lisy zachowywały się zupełnie swobodnie, a kiedy przyszedł czas na odwrót, tyle samo uwagi poświęciłem na oddalenie się, żeby przypadkiem nie zepsuć im zabawy.

Mleko, czyli mgła

A co powiecie na takie mgliste klimaty? Otóż tak, to sierpień. Tyle że dokładnie dwa lata temu. Jakoś tak wpadły mi w oko te zdjęcia podczas przeglądania archiwalnych, jeszcze niepublikowanych kadrów.

Pamiętam ten poranek jak dziś. Od samego rana mgły, a od czasu do czasu słońcu udawało się przebić przez mleko i chmury. Bodajże była to również niedziela, skoro mogłem wyruszyć na rower skoro świt.

Pamiętam ten niesamowity klimat i to, że praktycznie nie odrywałem aparatu od oka. Tak, wtedy jeszcze na rowerowe wycieczki zabierałem aparat. Nie tylko smartfon.

Drugi lub trzeci

To był bodajże drugi albo trzeci dłuższy plener w tym roku. Taki prawdziwy plener, co to jedzie się gdzieś specjalnie samochodem tylko po to, żeby pofotografować. Głównym celem jest fotografowanie, a nie spacerowanie, maszerowanie czy jazda na rowerze.

I co? Tęskno mi za takimi plenerami, nie będę ukrywał. Ale silniejsza ode mnie jest chęć skupienia się przede wszystkim na rowerze i bieganiu, a zdjęcia zeszły na drugi plan i są raczej tym, co robię przy okazji.

Wracając jednak do poniższego wieczoru. Warun naprawdę dopisał, więc spędziłem miłą godzinkę, skupiając się tylko i wyłącznie na tym, co dzieje się wokół mnie. Na krajobrazie, świetle i przede wszystkim na niebie.

Ile jeszcze upałów

Dobrze jest wyjechać o świcie. Ostatnio poniekąd zmuszała mnie do tego pogoda. W ponad trzydziestostopniowym upale oczywiście da się jeździć, ale czy to jeszcze przyjemność? Ja zdecydowanie wolę nawet deszczowe dni. Zawsze trafi się jakieś okienko pogodowe, a podczas takiego skwaru często jedynym rozsądnym wyjściem jest zostać w domu. Bo inaczej pot leje się strumieniami.

Dlatego coraz częściej wybieram poranki. Chłód, cisza, puste drogi i czyste niebo. To zdecydowanie bardziej moje klimaty.

Poniżej kilka zdjęć właśnie z takiego poranka.

Różowa, potem żółta

To miał być jeden z tych naprawdę upalnych dni. I rzeczywiście taki był. Ciekawostka, wyjeżdżając z domu o czwartej nad ranem, termometr pokazywał 21 stopni. Kilkanaście kilometrów dalej, gdzie zrobiłem te zdjęcia, było zaledwie 15. Zaskakująca różnica, ale trzy godziny poźniej już wszędzie było 30.

Dzięki temu udało się choć przez chwilę pojeździć w przyjemnym chłodzie. Najpierw obserwować, jak z mroku powoli wyłania się poranek, a chwilę później, jak nad horyzontem pojawia się najpierw różowa, a po chwili zmieniająca kolor na żółty, kula wschodzącego słońca.

Coś ze mną nie tak

Wiem, pewnie nie jest to nic szczególnie ciekawego, ale od czasu do czasu lubię przystanąć przy torach i pofotografować pociągi. Tak było też podczas jednej z rowerowych przejażdżek. Zatrzymałem się akurat na wiadukcie i pomyślałem, że zerknę w rozkład jazdy.

Pokazywał dwa pociągi, które miały pojawić się dosłownie za chwilę. I co? I trafił się idealny moment. Jeden nadjeżdżał z jednej strony, drugi z drugiej. Latałem więc po wiadukcie jak opętany, żeby zdążyć sfotografować oba.

Na szczęście wiadukt był pusty, bo ktoś z boku mógłby pomyśleć, że coś ze mną nie tak.

Kanapa

Jedna z najsłynniejszych kapliczek w okolicy. Dlaczego? Nie przez swoją historię, a przez… kanapę domowej roboty, na której można usiąść i odpocząć.

Swoją drogą zawsze zastanawiam się, kto i kiedy na niej przesiaduje. Jeszcze nigdy nikogo tam nie spotkałem. Ale z drugiej strony, najczęściej zaglądam tu o świcie, więc żebyśmy się nie minęli, ktoś musiałby chyba na tej kanapie nocować.

Sama kapliczka stoi pośrodku pól, na niewielkim wzniesieniu, pod okazałym drzewem. Dzięki temu widać ją z daleka i łatwo wypatrzyć z okolicznych pagórków. Nie mam do niej blisko, ale gdy tylko jestem w okolicy, prawie zawsze zbaczam tu na chwilę.

Spontanicznie

Jak zwykle, spontaniczne spotkanie ze słonecznikami. Planując trasę, wplotłem dwie znane mi miejscówki, w których chciałem zrobić zdjęcia. Poza tym tradycyjnie zdałem się na los i to, co spotka mnie po drodze.

I właśnie dzięki temu trafiłem na pole słoneczników. Już z daleka przyciągało wzrok, dosłownie emanowało swoją żółcią. Na miejscu kilka zdjęć, ze dwa krótkie klipy i można było ruszać dalej.