Drogi i dróżki

Te drogi i dróżki. Leśne asfalty, szutry czy polne ścieżki. Najbardziej lubię te, którymi jeździ niewiele osób albo prawie nikt. Jest tam cicho, spokojnie i można zapomnieć o całym świecie.

W takich miejscach jazda przestaje być tylko nabijaniem kolejnych kilometrów. Mogę zwolnić, rozejrzeć się dookoła i po prostu czerpać przyjemność z samej drogi. Bez pośpiechu, bez planu, mając w głowie tylko to, co tu i teraz. Przyrodę, dźwięki i zapachy. Widoki zmieniające się z każdym kilometrem…

Bilans dodatni

Słoneczniki na trasie to zawsze miła niespodzianka. Nieważne, czy jest poranek, wieczór, czy jak tym razem, środek dnia. A tu trafiło się nie jedno pole, tylko chyba ze trzy położone obok siebie. Poprzestałem jednak na kilku zdjęciach z drogi, bo bąki i jusznice deszczowe były tego dnia wyjątkowo natrętne. Nawet krótki postój kończył się rojem owadów krążących wokół mnie.

Podczas powolnej jazdy polnymi drogami dorobiłem się kilku solidnych ukąszeń, które teraz skutecznie przypominają o tej wycieczce uporczywym swędzeniem. Fotografowanie w takich warunkach do najprzyjemniejszych nie należy, ale czasem trzeba pogodzić się z tym, że natura ma swoje prawa.

Czy żałuję wyjazdu? Oczywiście, że nie. Kilka ukąszeń prędzej czy później przestanie swędzieć, a zdjęcia słoneczników i wspomnienia z letniej włóczęgi zostaną na długo. I to jest bilans, który zdecydowanie mi odpowiada.

W głąb

W niedzielę wybrałem się na rower mniej więcej godzinę po wschodzie słońca. Wcześniej nie było sensu ruszać, bo niebo przykrywały chmury, a później wcale nie wyglądało to wiele lepiej. Słońce pokazywało się tylko od czasu do czasu, ale przynajmniej poranek był jeszcze przyjemnie rześki i bez upału.

Kiedy zapuściłem się w głąb Pogórza Strzyżowskiego, okazało się, że tu i tam unoszą się delikatne mgiełki. Natomiast gdy zza chmur na chwilę wychodziło słońce, odległe pagórki wyglądały naprawdę zjawiskowo, skąpane w miękkim porannym świetle.

Nie był to poranek z idealną pogodą, ale to takie warunki często dają najbardziej klimatyczne kadry. Wystarczy kilka minut słońca, odrobina mgły i odpowiedni widok, żeby cała rowerowa wycieczka okazała się warta wczesnego wstawania.

Nieoczekiwanie

Weekend udany, jeśli chodzi o rowerowe przejażdżki. Ze względu na trochę słabszą formę i chyba lekkie przemęczenie odpuściłem stukilometrowe trasy. Zamiast tego wybrałem dystanse mniej więcej o połowę krótsze, przeplatając asfalt z odrobiną szutrowych i polnych dróg.

W sobotę trafiłem na fajną scenkę pod akacjami. Mimo że fotografuję je od dziesięciu lat, nigdy nie przyszło mi do głowy powiedzieć, że sfotografowałem już je we wszystkich możliwych konfiguracjach. Natura potrafi zaskoczyć, wystarczy znaleźć się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze.

Tym razem pod akacjami trwały żniwa. Złote zboże i pracujący kombajn stworzyły kadr, którego wcześniej jeszcze nie miałem. Właśnie dlatego staram się niczego nie oczekiwać od swoich wyjazdów, bo najciekawsze fotografie zazwyczaj pojawiają się wtedy, gdy zupełnie się ich nie spodziewam.

Na dalszy plan

Ah, te lipcowe zachody słońca… Gdyby tylko nie te jusznice deszczowe, które teraz są dosłownie wszędzie i skutecznie uprzykrzają wędrówki po polach i lasach. Ale gdy niebo zaczyna płonąć od pomarańczy i czerwieni, nawet one schodzą na dalszy plan.

Jedna czwarta

Chyba właśnie mija już jedna czwarta wakacji. Co prawda mnie ten okres bezpośrednio nie dotyczy, bo wakacji nie mam, ale to tylko uświadamia mi, jak szybko płynie czas. Dlatego zawsze staram się wykorzystywać każdą wolną chwilę na realizowanie swoich pasji i zainteresowań.

Czekam na każdy dzień, w którym mogę wsiąść na rower albo ruszyć na pieszą wędrówkę. To moje paliwo do życia. Oczywiście poza ogromnymi ilościami jedzenia, które muszę pochłaniać, żeby uzupełnić kalorie spalone podczas tych wszystkich aktywności.

Każde wyjście w teren przynosi jednak coś więcej niż tylko kolejne kilometry. Odkrywam nowe widoki i dostrzegam rzeczy, których wcześniej nie zauważyłem. Choć wydaje mi się, że byłem już niemal w każdym miejscu w promieniu kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu kilometrów od domu, za każdym razem te same zakątki potrafią mnie czymś zaskoczyć. Innym światłem, inną pogodą, nowymi detalami czy kadrami, które wcześniej po prostu umknęły mojej uwadze.

Im nie przeszkadza

Pogoda ostatnio nie rozpieszcza, ale wytrzymajmy jeszcze jutro. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że czeka nas poprawa i stabilizacja pogody. Głęboki niż, który od kilku dni przemieszcza się znad południowej Skandynawii przez Bałtyk w kierunku Litwy i Białorusi, wreszcie odpuści.

I bardzo dobrze, bo ja już kilka razy porządnie przemokłem, zarówno podczas rowerowych wypraw, jak i pieszych wędrówek. Mam nadzieję, że teraz będzie okazja trochę przesuszyć buty i nacieszyć się letnią pogodą.

Tymczasem kilka zdjęć akacji, które, jak gdyby nigdy nic, nadal stoją w swoim miejscu zupełnie nie przejmując się pogodowymi zawirowaniami.

Wysiadywanie jajek i zjedzona wierzba

Czy owady wysiadują jajka? Najprawdopodobniej nie. Knieżyca szara (Elasmucha grisea) z pewnością jednak ich pilnuje, przesiadując nad nimi aż do momentu wyklucia się młodych. To właśnie ją możecie zobaczyć na pierwszym zdjęciu.

Na drugim zdjęciu najprawdopodobniej znajduje się brzęczak porzeczkowy (Nematus ribesii) – gatunek błonkoskrzydłego z rodziny pilarzowatych. Jego larwy żywią się liśćmi, często żerując w dużych grupach, co potrafi w krótkim czasie ogołocić całą roślinę. U mnie praktycznie co roku pojawiają się na wierzbie.

Trzecie zdjęcie przedstawia biedronkę siedmiokropkę (Coccinella septempunctata), która najwyraźniej szykuje się do odlotu.

Niespodzianka nad drzewami

Tęcza nie o poranku, nie wieczorem, a w środku letniego popołudnia? Jak najbardziej!

W piątek tyłek dostał wolne od siodełka, a nogi od biegania. Wybór mógł być tylko jeden – spokojny spacer, i to wyasfaltowaną leśną drogą. Całkowity luz oraz regeneracja ciała i umysłu. No i jak to zwykle u mnie ostatnimi czasy bywa… długo spokojnie nie było. Złapał mnie deszcz. Na szczęście tylko delikatny kapuśniaczek.

Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że chwilę wcześniej świeciło słońce… i wcale nie przestało świecić, gdy zaczął padać deszcz. „O co tu chodzi?” przemknęło mi przez głowę, ale odpowiedź przyszła błyskawicznie. Przecież to może oznaczać tylko jedno – tęczę! Musiałem jednak nieco podbiec, aby mieć na nią widok ponad drzewami. Kilkadziesiąt szybszych kroków, może nawet lekki trucht… i nagle zza drzew wyłonił się taki oto bajkowy widok.

Przygoda

Nie, nie. To nie zdjęcia z wczoraj. Wczoraj było zimno i… mokro. Bardzo mokro…

W tym roku już dwa razy porządnie zmokłem na rowerze, ale wczoraj chyba najbardziej.

Stwierdziłem, że dłużej nie ma co czekać na poprawę pogody i po prostu jadę na rower. Na dzień dobry, po kilku kilometrach zaczęło padać. Chwilę przeczekałem pod wiaduktem, ale stwierdziłem: jadę dalej, a co! Po kilkunastu minutach deszcz ustał, a ja zdążyłem nawet wyschnąć.

Pod koniec trasy nie było już jednak tak kolorowo. Rozpadało się na dobre. Byłem tak przemoczony, że miałem wrażenie, iż woda przesiąkła nawet przez skórę. 😅 Do tego zrobiło się zimno, więc nie należało to do najprzyjemniejszych przeżyć.

Ale dzisiaj wspominam to już z uśmiechem. W końcu każda taka sytuacja to jakaś przygoda i kolejne wspomnienie z rowerowych wypraw. 🚴🌧️