Chmury

Ciężko w to uwierzyć, ale owszem, był jeden dzień z chmurami. I to akurat wtedy, gdy zaplanowałem rower. Wtorek był i pochmurny, i dość chłodny. Wiatr nie rozpieszczał i jak na złość zawsze wiał w stronę przeciwną niż jechałem.

Ale skoro już zwolniłem się z pracy, to trzeba było jechać. Mimo niesprzyjających okoliczności jeszcze nigdy nie wróciłem z roweru niezadowolony, więc tak też było i tym razem. 

Zdziwiony

Nie ukrywam, że trochę się zdziwiłem. Pogoda ostatnio tak nas rozpieszcza, że widok chmur o poranku wydawał mi się jakąś pomyłką. A jednak chmury były i choć wysokie, to całkiem gęste.

Skoro jednak już wstałem o świcie, nie odpuściłem i poszedłem spacerem upatrzoną drogą. Słońce znalazło sobie kilka szpar w chmurach i niebo nieco się zakolorowało. Nie było szałowo w intensywnych barwach, ale przecież nie jest powiedziane, że można fotografować tylko spektakularne wschody słońca.

Natura jest jaka jest i bywa też zwyczajna, bez fajerwerków. I może właśnie w tej zwyczajności kryje się jej największy urok.

Ładne w nieładnym

Jak pisałem, przeprosiłem się z lustrzanką i zabrałem ją ostatnio kilka razy w plener. Postanowiłem skorzystać z niskiego, porannego światła słonecznego i poszukać piękna w tej raczej mało urodziwej porze roku, jaką jest przedwiośnie.

Wiadomo, w dobrym świetle nawet ponure pola i krzaki nabierają wyrazu. Kilka kilometrów po polnych, miejscami jeszcze błotnistych drogach zaowocowało między innymi poniższymi kadrami.

Sarny

Na spacerach i rowerowych przejażdżkach coraz częściej trafiam ostatnio na sarny. Mam wrażenie, że jest ich teraz zdecydowanie więcej niż jeszcze kilka tygodni temu. Co ciekawe, zimą prawie ich nie widywałem, a przecież gdzieś musiały być.

Teraz jest ich naprawę sporo. Podejrzewam, że to kwestia końca zimy i większej aktywności zwierząt. Coraz częściej wychodzą na pola i łąki w poszukiwaniu jedzenia, a przy okazji łatwiej je zauważyć, bo roślinność jest jeszcze niska. Tak czy inaczej, takie spotkania zawsze są miłym dodatkiem do spaceru czy wycieczki rowerowej.

A skoro aparat miałem pod ręką, to kilka kadrów z tych spotkań udało się oczywiście przywieźć do domu.

Zachęcony

Tak się rozochociłem po udanych zdjęciach Księżyca, że ponownie chwyciłem za lustrzankę, wstałem przed świtem i ruszyłem na pieszą wędrówkę o wschodzie słońca. Na dzień dobry czekał na mnie ciepły, wręcz rażący po oczach wschód słońca.

Od pierwszych chwil wydawało się, że świeci całą swoją mocą. Szedłem więc w tym oślepiającym blasku i cieszyłem się przebywaniem sam na sam z naturą. I mimo że to przedwiośnie, raczej mało ciekawa pora roku, to jednak i ta potrafi zaskakiwać swoim pięknem. Wystarczy, jak widać, odrobina słońca.

One i ja w szoku

Na początku uciekały jak szalone. Przebiegły niedaleko mnie tak, że przez chwilę myślałem, że mnie staranują. A one co? Zatrzymały się kilkadziesiąt metrów dalej i zaczęły mi się badawczo przyglądać.

Ja cały czas w szoku aparat trzymałem zawieszony na szyi pod kurtką. Bałem się drgnąć, żeby ich nie wystraszyć. W końcu sięgnąłem po aparat, pozwoliły sobie zrobić kilka zdjęć i dopiero wtedy niespiesznie się poodwracały i potruchtały dalej.

Wschód Księżyca | 05.03.2026 – II

Widzieliście mój wczorajszy post ze wschodzącym Księżycem? Wiecie, co wydarzyło się chwilę później? W miarę jak schodziłem z górki, okazało się, że krzyż na sąsiednim wzniesieniu jest wciąż widoczny. Nawet nigdy jakoś specjalnie nie zwróciłem uwagi, że widać go dosłownie z miejscówki oddalonej może o 100 metrów od mojego domu.

Schodząc coraz niżej, perspektywa się zmieniała i Księżyc, mimo że wznosił się nad horyzont, wciąż był z mojego punktu widzenia na linii krzyża. Było już mocno ciemno. Po omacku rozstawiłem statyw, wycelowałem…. i właśnie wtedy powstało zdjęcie, z którego tego wieczora byłem najbardziej zadowolony.

Wschód Księżyca | 03.05.2026

Zrobiłem to. Wyciągnąłem zakurzoną lustrzankę, założyłem teleobiektyw i poszedłem sfotografować wschodzący Księżyc. Nie dzisiaj. We wtorek. Kilka godzin po pełni.

Jest tu nieopodal na wzniesieniu duży żelazny krzyż i z mojej miejscówki to właśnie za nim miał wzejść Księżyc. A że oddalony byłem od krzyża sporo, Księżyc miał się wydawać na zdjęciu mega duży. Przy takich ujęciach najbardziej fascynuje mnie kompresja perspektywy. Długa ogniskowa robi z odległych planów jedną zwartą historię.

Nie był to długi rytuał planowania, raczej szybkie spojrzenie na aplikację, szybka decyzja i szybki marsz na górkę. Zasapany, ale z zapasem czasu stanąłem i czekałem. A kiedy się wyłonił, jeszcze kilka korekt mojego położenia. Było to możliwe tylko do pewnego stopnia ze względu na rosnące drzewa.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że takie chwile trwają bardzo krótko. Są ulotne. Mało kto zwraca na nie uwagę. Kilka minut i Księżyc przesuwa się, światło się zmienia. Bez pośpiechu, ale bez zwłoki.

Lubię takie fotograficzne polowania. Krótkie, konkretne, zakończone satysfakcją. Wracasz do domu, zgrywasz pliki i już wiesz, że to był dobry wieczór. I że warto było wyjść z domu, nawet jeśli to miała być tylko szybka akcja.

Co innego…?

Co ja mogę Wam innego pokazać, niż kilka kolejnych fotek, które zrobiłem w drodze. Wczoraj właśnie legalnie w południe oddaliłem się ze stanowiska pracy, udałem się do domu, wsiadłem na rower i pojechałem przed siebie. Te 11 stopni na termometrze to trochę złuda. Jadąc, odczucie temperatury jest zupełnie inne, ale dobry ubiór zapewnił komfort termiczny i mogłem bez żadnych rozpraszaczy w postaci chłodu cieszyć się jazdą.

No, może wiatr nieco przeszkadzał, ale tylko w jedną stronę. A kiedy zjeżdżałem z asfaltu na leśne ścieżki, zapomniałem o wszystkim. W lasach jest już w miarę sucho, ale wciąż sporo połamanych drzew po listopadowych opadach śniegu. Pamiętacie, co u nas na Podkarpaciu się wtedy działo? Wszystko było oblepione mokrym śniegiem i teraz widać tego skutki, zwłaszcza w lasach.

Fotogeniczne błoto

Miejscami ciężko było nawet przejść. Ale każda pora roku ma swoje uroki, a po zimie musi być błoto, nie ma innego wyjścia.

Jak widać, nawet błoto może być fotogeniczne, gdy nic innego nie ma pod ręką do fotografowania.