Do tej pory chce mi się ziewać na samą myśl. W sobotę plan był na czwartą, ale nie dałem rady, wstałem przed piątą. Jak na zewnątrz jest zachmurzone, to nie chce się wstawać i ruszać na rower tak bardzo, jak podczas ładnej pogody.
Jednak skoro był plan na jazdę, to nie mogłem odpuścić. Źle bym się z tym czuł przez cały dzień. I faktycznie przez 90 procent czasu miałem nad sobą zachmurzone niebo, ale chwilami trafiały się takie widoki, że zapominałem nawet o tych wyciskających siódme poty wspinaczkach pod niby płaskie pagórki Pogórza Strzyżowskiego.











































