Cerkiew św. Paraskewy w Rzepniku

Muszę się na bieżąco podzielić tym, co mnie dziś spotkało. Otóż skoro świt wybrałem się na kolejną rowerową setkę. Między innymi przejeżdżałem przez Rzepnik, żeby odwiedzić cerkiew św. Paraskewy. Zawsze, gdy tamtędy jechałem, trafiałem na wycieczki zwiedzających, a dziś byłem tam zupełnie sam. Mogłem spokojnie podejść od drugiej strony i zrobić zdjęcia w ciszy, spokoju i bez pośpiechu.

Kiedy wszedłem na polanę za cerkwią i odwróciłem głowę, zobaczyłem coś niesamowitego. Na niebie widniało okazałe i bardzo wyraźne halo słoneczne. Lepszego warunu do fotografowania nie mogłem sobie wymarzyć. Od razu chwyciłem za smartfon, żeby uwiecznić ten niecodzienny widok.

Słońce było już bardzo wysoko, bo zbliżało się południe, więc obiektyw nie obejmował całej sceny. Ale od czego jest tryb „panorama”. Może zdjęcie wyszło lekko zniekształcone, ale udało się uchwycić i halo, i cerkiew, i całe jej klimatyczne otoczenie.

Biała tęcza i to światło…

Czy nie dawniej jak wczoraj pisałem, że rano to ja nie jeżdżę? Otóż jednak wybrałem się o poranku i to był strzał w dziesiątkę. Mimo że od wschodu słońca minęły już dobre dwie i pół godziny, w pobliskiej dolince nadal utrzymywała się gęsta mgła. Już wtedy wiedziałem, co mnie tam czeka.

Nie pomyliłem się. Była przede wszystkim biała tęcza, co prawda już bardzo niska, ale nadal świetnie widoczna. Do tego doszło fantastyczne światło słońca przebijającego się przez mgłę. Sami zobaczcie.

Zmiany

Czy mi się wydaje, czy ten blog z typowo fotograficznego powoli zmienił się w blog… włóczęgi? Chyba właśnie za takiego zaczynam się uważać. Jak nie rower, to własne nogi, a w ostateczności biegiem. Jeszcze tylko brakuje, żebym zaczął pływać rzekami.

Zdjęcia oczywiście przy okazji powstają, ale zauważyłem, że prawie całkowicie przestałem fotografować o wschodzie i zachodzie słońca. Wtedy albo jeszcze śpię, albo odpoczywam już po swoich wojażach. Odpuściłem też polowania na wschodzące i zachodzące księżyce. Kiedyś nie pomyślałbym, że może do tego dojść.

To chyba po prostu dowód na to, że zainteresowania z czasem się zmieniają. I wcale nie wykluczam, że jeszcze wrócę do typowego fotografowania. Takiego z prawdziwym aparatem, a nie smartfonem. A przynajmniej chciałbym.

Taki maj

Słońca nie było. Ciepła też nie. Sucho tym bardziej. Ale jak ktoś naprawdę coś lubi, to nic nie zatrzyma go w domu, niezależnie od pory roku i pogody. No serio, nie ściemniam.

Taka właśnie była ta sobota. Niby maj, a momentami można było pomyśleć, że to jakiś październik. Mokro, wietrznie i chłodno, ale majowa paleta barw nie pozwalała pomylić pory roku z żadną inną.

Wiatrak w Różance pieszo

Po piątkowej stówie na dwóch kółkach sobota musiała być już spokojniejsza, więc tym razem ruszyłem na własnych nogach, ale już bez roweru. Wybrałem piętnastokilometrową trasę polnymi drogami do wiatraka w Różance.

Miałem pewne obawy, jak będzie się maszerowało po polnych drogach, które po ostatnich opadach zrobiły się dość błotniste, ale wcale nie było tak źle. Mimo braku słońca i niezbyt ciepłej aury widoki wynagrodziły wszystko z nawiązką.

Na razie wrzucam sam wiatrak i dwa widoczki ze stojącej obok niego wieży widokowej, ale to, co było po drodze, zrobiło na mnie największe wrażenie. O tym jednak będzie już w kolejnych wpisach.

Ulubione

W najbliższej okolicy to są chyba moje ulubione kapliczki i krzyże. Wszystkie stoją gdzieś na uboczu, z dala od zabudowań. Tam, gdzie rzadko ktoś przejeżdża, więc można znaleźć ciszę i spokój.

Każde z tych miejsc ma swój niepowtarzalny urok. Zazwyczaj zatrzymuję się tam na kilka chwil, żeby zrobić zdjęcie, albo po prostu chwilę odpocząć w drodze.

Pokręciłem po polnych drogach

Spadło trochę deszczu. Niektórzy pewnie czekali na niego jak na zbawienie. U mnie spadło nie więcej niż 2 centymetry na metr kwadratowy, ale dla roślin dobre i to.

Szkoda tylko, że akurat na weekend trafiła się taka pogoda. Nie zrażony jednak tą pogodą wsiadłem rano na rower i ruszyłem w drogę. Wpadło 100 kilometrów i aż 8 razy po drodze padał deszcz. Jeśli udało się nieco podeschnąć, to już byłem cały mokry…

Poniższe zdjęcia są jeszcze ze środy, kiedy to pokręciłem się trochę po polnych drogach, bo właśnie tam najczęściej trafiam na najciekawsze widoki. Dużo zieleni, żółty rzepak, niebieskie niebo i wszechobecna cisza.

Perełki kapliczkowe

Dzisiaj moje nowe odkrycia. Kolejne kapliczki, na które trafiłem przypadkowo, wybierając trasę rowerową, której jeszcze do tej pory nie jechałem.

Wydaje się to niemożliwe, ale czasem odkrywam jeszcze odcinki dróg w moim zasięgu dwóch kółek, po których jeszcze nie jechałem.

I w niedzielę właśnie trafiłem na te perełki kapliczkowe.

Taki początek

Zielono zrobiło się już dosłownie wszędzie. A jeśli jeszcze prognozy z deszczem się sprawdzą, to będzie już pełna wersja wiosny bez żadnych półśrodków. Wszystko dostanie dodatkowego kopa, zapachy zrobią się intensywniejsze, a zieleń jeszcze głębsza. Taki początek maja to chyba dokładnie to, na co wielu z nas czekało.