Kanapa

Jedna z najsłynniejszych kapliczek w okolicy. Dlaczego? Nie przez swoją historię, a przez… kanapę domowej roboty, na której można usiąść i odpocząć.

Swoją drogą zawsze zastanawiam się, kto i kiedy na niej przesiaduje. Jeszcze nigdy nikogo tam nie spotkałem. Ale z drugiej strony, najczęściej zaglądam tu o świcie, więc żebyśmy się nie minęli, ktoś musiałby chyba na tej kanapie nocować.

Sama kapliczka stoi pośrodku pól, na niewielkim wzniesieniu, pod okazałym drzewem. Dzięki temu widać ją z daleka i łatwo wypatrzyć z okolicznych pagórków. Nie mam do niej blisko, ale gdy tylko jestem w okolicy, prawie zawsze zbaczam tu na chwilę.

Spontanicznie

Jak zwykle, spontaniczne spotkanie ze słonecznikami. Planując trasę, wplotłem dwie znane mi miejscówki, w których chciałem zrobić zdjęcia. Poza tym tradycyjnie zdałem się na los i to, co spotka mnie po drodze.

I właśnie dzięki temu trafiłem na pole słoneczników. Już z daleka przyciągało wzrok, dosłownie emanowało swoją żółcią. Na miejscu kilka zdjęć, ze dwa krótkie klipy i można było ruszać dalej.

Rowerem przez Rezerwat Herby

Rezerwat Herby chciałem odwiedzić już dawno. Tydzień temu przejeżdżałem w okolicy i zupełnie spontanicznie skręciłem na jego szlak. Tak, rowerem. Takim zwykłym turystycznym.

Szybko okazało się, że to nie była zwykła leśna ścieżka. Korzenie, kamienie i miejscami całkiem wymagający teren. Kilka podjazdów i zjazdów było ponad moje możliwości, więc nie zostało nic innego, jak prowadzić rower.

Ale wiecie co? Właśnie takie niespodziewane skręty często okazują się najlepszymi. Gdybym wcześniej wiedział, co mnie tam czeka, pewnie wybrałbym się tam raczej piechotą niż rowerem.

Dawkowanie

Rzadko bywam na innych pogórzach, a najczęściej jeżdżę po Pogórzu Strzyżowskim, więc mam prawo uważać, że jest ono najpiękniejsze. Ma swój niepowtarzalny urok i ogromną różnorodność krajobrazów. Kryje tyle najprzeróżniejszych zakątków, że nieraz odnoszę wrażenie, iż odkryłem dopiero niewielką ich część. I bardzo dobrze, bo wszystko jeszcze przede mną.

Najczęściej poruszam się tymi samymi asfaltowymi drogami i dawkuję sobie zjeżdżanie na polne ścieżki. Tak samo dawkuję odkrywanie tego, co mniej oczywiste, czasem trudniej dostępne i ukryte z dala od głównych dróg.

Co jakiś czas wplatam takie odcinki do swoich tras i niemal zawsze trafiam na kolejne ciekawe miejsca. A Pogórze Strzyżowskie potrafi się odwdzięczyć. Pokazuje mi swoje najpiękniejsze zakątki, których być może wielu ludzi nigdy nie miało okazji zobaczyć.

Ona się odwdzięczy

Poprawcie mnie, jeśli nie mam racji, ale czy może być coś piękniejszego niż mglisty, a jednocześnie słoneczny wschód słońca? Taki z kolorowymi obłokami na niebie i promieniami światła przebijającymi się przez mgłę?

Do tego wcale nie trzeba daleko wyjeżdżać ani specjalnie się męczyć. Wystarczy wstać odpowiednio wcześnie, podejść albo podjechać na jakąś łąkę i cierpliwie czekać. No dobrze… jest jeszcze jeden problem. Trzeba trafić na dzień, kiedy natura przygotuje takie warunki.

Tego jednak nie da się przewidzieć w stu procentach, więc sprawa trochę się komplikuje. Ale jeśli będzie się próbowało regularnie, obserwowało pogodę i nie odpuszczało kolejnych poranków, to prędzej czy później natura się odwdzięczy. Choćby właśnie takimi widokami.

Te poranki

Wyjeżdżam rowerem, kiedy do wschodu zostało jeszcze pół godziny. Jest już dość jasno, a ja spoglądam w niebo, próbując odgadnąć, jakie będą warunki. Wydaje się, że nad wschodnim horyzontem jest tylko kilka chmurek. Dobre i to, myślę.

Wszystko zaczyna się dopiero w okolicach wschodu słońca. Na niebie pojawiają się kolejne obłoki i lodowe wstęgi pozostawione przez samoloty. Dociera do nich światło słońca, które z mojego punktu widzenia wciąż jest jeszcze schowane za horyzontem, ale już oświetla wszystko wysoko nad ziemią.

Z minuty na minutę robi się coraz piękniej. Ten właśnie moment poranka lubię najbardziej. Najpierw jest niepewność, czy natura przygotuje jakiś spektakl, a później pozostaje już tylko czekać i obserwować, jak wszystko powoli się zmienia.

Blask oślepiający

Aż mnie oślepił ten blask. Jeszcze chwilę wcześniej słońce chowało się za chmurami, a gdy nagle wyszło, mgła unosząca się nad zalewem dosłownie się zapaliła. W jednej chwili rozbłysła ciepłym, złotym kolorem.

To niesamowite, co potrafi zrobić odrobina wilgoci unoszącej się w powietrzu i poranne światło. Uwielbiam obserwować takie chwile i mieć szczęście być ich świadkiem. Gdyby tylko można było przeżywać takie poranki za każdym razem, kiedy wstaję przed świtem…

Chłop czuje

Kiedy wyjeżdżam o świcie i na termometrze jest zaledwie 7 stopni, to wiem, że żyję. Takie temperatury są dla mnie idealne. Te wysokie w ciągu dnia, jak choćby wczoraj, jakoś do mnie nie przemawiają.

Gdy rano jest chłodno, pojawiają się mgły, a powietrze, mimo dużej wilgotności, jest czyste i rześkie mimo wilgotności.

No i te zapachy… Drzewa, trawy, pola. Nagle okazuje się, że to wszystko ma swój własny aromat. Nawet dla takiego chłopa jak ja, który nigdy nie może pochwalić się szczególnie dobrym węchem.

Niedzielna eskapada

Ta miejscówka mnie nie zawodzi. Zwykły most nad Wisłokiem, a często trafiam tam na ciekawe sytuacje. Zazwyczaj są to piękne wschody słońca i mgły, ale raz udało mi się sfilmować przebiegające przez wodę stadko danieli, w tym jednego czarnego.

Niepozorne drzewko z drugiego zdjęcia również jest położone w takim miejscu, że jadąc obok niego o poranku, świetnie prezentuje się na tle sąsiednich wzgórz. Dziś pasły się pod nim dwie sarny.

Urokliwa dróżka biegnąca szczytem wzniesienia na granicy m. Grodzisko i Tułkowice. Czasami, mimo że to górka, bywa spowita mgłą. Dziś poranek był wietrzny, więc zamiast mgły było tylko słońce i czyste niebo.

No i ślimak. Od czasu do czasu spotykam je o porankach na drodze. Wtedy obowiązkowa sesja zdjęciowa, a potem ewakuacja na pobocze.

Raj

Ja sobie tego nie wymyśliłem. Tak było dziś rano, a to tylko kilka ze zdjęć, które udało mi się zrobić. Wyjeżdżając z domu o czwartej, niebo wydawało się czyściutkie i nie byłem pewien, czy na równinach będą mgły. Powinny być, bo wczoraj padało, a dziś rano było raptem 7 stopni na plusie.

Nie zawiodłem się. Z czasem, gdy słońce zza horyzontu oświetlało coraz to nowe połacie nieba, zaczęły pokazywać się kolejne kolorowe chmury, a na równinach faktycznie leżały mgły.

Trafiłem do raju.