Taki maj

Słońca nie było. Ciepła też nie. Sucho tym bardziej. Ale jak ktoś naprawdę coś lubi, to nic nie zatrzyma go w domu, niezależnie od pory roku i pogody. No serio, nie ściemniam.

Taka właśnie była ta sobota. Niby maj, a momentami można było pomyśleć, że to jakiś październik. Mokro, wietrznie i chłodno, ale majowa paleta barw nie pozwalała pomylić pory roku z żadną inną.

Wiatrak w Różance pieszo

Po piątkowej stówie na dwóch kółkach sobota musiała być już spokojniejsza, więc tym razem ruszyłem na własnych nogach, ale już bez roweru. Wybrałem piętnastokilometrową trasę polnymi drogami do wiatraka w Różance.

Miałem pewne obawy, jak będzie się maszerowało po polnych drogach, które po ostatnich opadach zrobiły się dość błotniste, ale wcale nie było tak źle. Mimo braku słońca i niezbyt ciepłej aury widoki wynagrodziły wszystko z nawiązką.

Na razie wrzucam sam wiatrak i dwa widoczki ze stojącej obok niego wieży widokowej, ale to, co było po drodze, zrobiło na mnie największe wrażenie. O tym jednak będzie już w kolejnych wpisach.

Ulubione

W najbliższej okolicy to są chyba moje ulubione kapliczki i krzyże. Wszystkie stoją gdzieś na uboczu, z dala od zabudowań. Tam, gdzie rzadko ktoś przejeżdża, więc można znaleźć ciszę i spokój.

Każde z tych miejsc ma swój niepowtarzalny urok. Zazwyczaj zatrzymuję się tam na kilka chwil, żeby zrobić zdjęcie, albo po prostu chwilę odpocząć w drodze.

Pokręciłem po polnych drogach

Spadło trochę deszczu. Niektórzy pewnie czekali na niego jak na zbawienie. U mnie spadło nie więcej niż 2 centymetry na metr kwadratowy, ale dla roślin dobre i to.

Szkoda tylko, że akurat na weekend trafiła się taka pogoda. Nie zrażony jednak tą pogodą wsiadłem rano na rower i ruszyłem w drogę. Wpadło 100 kilometrów i aż 8 razy po drodze padał deszcz. Jeśli udało się nieco podeschnąć, to już byłem cały mokry…

Poniższe zdjęcia są jeszcze ze środy, kiedy to pokręciłem się trochę po polnych drogach, bo właśnie tam najczęściej trafiam na najciekawsze widoki. Dużo zieleni, żółty rzepak, niebieskie niebo i wszechobecna cisza.

Perełki kapliczkowe

Dzisiaj moje nowe odkrycia. Kolejne kapliczki, na które trafiłem przypadkowo, wybierając trasę rowerową, której jeszcze do tej pory nie jechałem.

Wydaje się to niemożliwe, ale czasem odkrywam jeszcze odcinki dróg w moim zasięgu dwóch kółek, po których jeszcze nie jechałem.

I w niedzielę właśnie trafiłem na te perełki kapliczkowe.

Taki początek

Zielono zrobiło się już dosłownie wszędzie. A jeśli jeszcze prognozy z deszczem się sprawdzą, to będzie już pełna wersja wiosny bez żadnych półśrodków. Wszystko dostanie dodatkowego kopa, zapachy zrobią się intensywniejsze, a zieleń jeszcze głębsza. Taki początek maja to chyba dokładnie to, na co wielu z nas czekało.

Spróbowałem znowu

Intensywny to był weekend. Po dziesięciu miesiącach przerwy postanowiłem wsiąść na rower i przejechać sto kilometrów. Z powodów zdrowotnych nie robiłem tego przez ten czas. Dwie, trzy godzinki to był max. Powiedziałem jednak: koniec, albo się organizm przyzwyczai, albo będę cierpiał.

I co? Cierpiałem po piątkowym wyjeździe, ale w sobotę było już OK. W niedzielę spróbowałem znowu, tym razem po górkach. Nie ukrywam, że te 5 – 6 godzin na rowerze to jest to, co zawsze najbardziej lubiłem, całkowite zapomnienie o wszystkim.

Przez ten czas liczy się tylko tu i teraz. Plany są ambitne na lato, a jak będzie,  zdrowie pokaże.

PS. Zdjęcia z zupełnie innego wyjazdu.

Mam widok

Nie, to nie jesień, to maj i ciepłe poranne światełko. Ta krótka chwila, kiedy słońce dopiero co wyjrzało zza horyzontu. Po okolicy snuje się jeszcze delikatna mgiełka. Jest spokojnie, zimno i cicho.

Moja miejscówka to szczyt jednego ze wzniesień Pogórza Strzyżowskiego. Mam tu widok praktycznie we wszystkich kierunkach. Nic, tylko wyszukiwać teleobiektywem coraz to nowych kadrów.

Zapach oszałamiający

Szybciutko minął drugi dzień majówki. Pogoda jak najbardziej taka, jak powinna być w maju. Czyli ciepło i słonecznie. Najlepszy czas na robienie tego co się lubi, bo nie wierzę, że ktoś nie potrafi na to wygospodarować choćby kilku godzin w ciągu tych trzech dni. W moim przypadku to niezmiennie włóczęga po okolicy i wdychanie oszałamiającego zapachu rzepaku 🙂