Staw w okolicy Kolbuszowej

Środek lasu. Lasu jesiennego, gdzieś w okolicach Kolbuszowej.

Kilka razy przemierzałem te okolice na rowerze, ale tym razem postanowiłem wybrać się tam na własnych nogach. Bez pośpiechu, żeby spokojnie pospacerować i poprzyglądać się temu, co o tej porze roku ma do zaoferowania las.

Jest tam wyznaczona ścieżka turystyczna i wygodny parking, więc można bez problemu zostawić samochód i ruszyć na spacer. A jesienią naprawdę jest tam kilka miejscówek wartych uwagi. Szczególnie tam, gdzie rosną drzewa liściaste. Kolorowe buki mają teraz taką barwę, że trudno przejść obok nich obojętnie.

Mnie najbardziej zaintrygował jednak staw. Już podczas pierwszej wizyty wiedziałem, że muszę tu wrócić właśnie jesienią. I udało się! Jakby na zamówienie trafiło się jeszcze krótkie okienko pogodowe. Trochę słońca, ładne światło i od razu wszystko nabrało kolorów. Można powiedzieć, że miałem sporo szczęścia.

Cały las może nie wygląda o tej porze spektakularnie, ale wystarczy trafić w odpowiednie miejsce. Tam, gdzie królują buki i inne drzewa liściaste, jesień pokazuje się z naprawdę pięknej strony. A ja miałem okazję nacieszyć się tym wszystkim bez rowerowego pośpiechu, z aparatem w ręku.

Zachód w Cierpiszu

Na dobry początek listopada i trochę na przekór listopadowej pogodzie, która najprawdopodobniej nas czeka, dziś kilka zdjęć z wczorajszego zachodu słońca.

Przez cały dzień było ponuro, chwilami padała mżawka, a niebo przykrywały gęste chmury. I nagle, po południu, ni stąd, ni zowąd, akurat nad środkowym Podkarpaciem chmury zaczęły się rozstępować. Wyszło słońce i postanowiło jeszcze na sam koniec dnia trochę namieszać.

Miałem akurat szczęście znaleźć się nad zalewem w Cierpiszu, więc nie zastanawiałem się długo. Światło zrobiło się naprawdę ciekawe, a chmury zaczęły przybierać coraz cieplejsze barwy. Przez kilka chwil niebo wyglądało zupełnie inaczej niż przez cały wcześniejszy dzień.

Nie trwało to długo, dlatego trzeba było szybko łapać za aparat i korzystać z okazji.

Końcówka października w Pstrągówce

Jakimi by tu zdjęciami zakończyć październik? Wybór padł na Pogórze i jego mgły. To był jeden z bardziej udanych plenerów w tym miesiącu, a tych było wyjątkowo dużo. Złota polska jesień zachęcała do spacerów, więc szkoda było nie wykorzystać każdej wolnej chwili.

Tym razem zabieram Was w okolice Pstrągówki, gdzie poranne mgły stworzyły naprawdę wyjątkowy klimat.

A że poranki potrafią teraz wyglądać naprawdę bajkowo, to i okazji do fotografowania nie brakowało. Wystarczyło wstać nieco wcześniej i ruszyć w teren. Odrobina mgły, kilka promieni słońca i znajome pagórki, a zwykły poranek zamieniał się w całkiem niezwykły plener.

Październik fotograficznie zdecydowanie mnie nie zawiódł. Było sporo chodzenia, szukania ciekawych miejsc i polowania na odpowiednie światło. A skoro jesień powoli ustępuje miejsca listopadowi, pozostaje mieć nadzieję, że i on od czasu do czasu uraczy nas jakimś ładnym porankiem.

Mleczna zasłona

Mgła właśnie zaczęła się podnosić. Jeszcze chwilę wcześniej zalegała tylko w dolinach, ale z każdą minutą coraz śmielej wypływała również na wzgórza. Słońce próbowało się przez nią przedrzeć, ale udawało mu się to tylko od czasu do czasu.

I właśnie na te krótkie chwile czekałem. Kiedy promienie przebijały się przez mgłę, chwytałem za aparat, żeby uchwycić ten niezwykły klimat, bo za moment wszystko znów spowijała mleczna zasłona.

Polana

Rozległa polana, trochę wysokich drzew, obok młode sosenki, a pomiędzy nimi świeżo zaorane połacie ziemi z małymi sadzonkami. Przez środek przyjemna dróżka.

Do tego miłe dla oka poranne światło, jesienne barwy i cisza, której nie zakłóca żaden niepotrzebny dźwięk. Właściwie niczego więcej nie potrzeba.

To jedno z tych miejsc, gdzie można po prostu iść przed siebie, rozglądać się na boki i co chwilę dostrzegać coś wartego uwagi. Bez konkretnego celu.

Absencja

Absencja od roweru chyba dobrze mi robi, bo zamiast tego wszystkie wolne poranki spędzam na fotografowaniu. A tak się złożyło, że od piątku do niedzieli pogoda była pierwszorzędna, więc nic nie stało na przeszkodzie.

Na dzisiaj mam kilka fotek z niedzielnego poranka. Takich dosłownie zrobionych kilka minut po wschodzie słońca, kiedy pierwsze pagórki Pogórza Strzyżowskiego są już skąpane w pierwszych promieniach, a te dalsze pozostają jeszcze nieoświetlone.

Ta różnica w świetle jest wręcz porażająca. Bliżej ciepłe barwy poranka, dalej chłodne, niebieskawe odcienie kolejnych wzgórz. Do tego te jesienne drzewa, których barwy w porannym słońcu stają się wyjątkowo intensywne.

Śpisz czasem?

„Jak ty to robisz, że wypatrujesz takie piękne wschody słońca? Pewnie w ogóle nie śpisz”.

Śpię, śpię. Jak pokazuje Garmin, w październiku średnio osiem i pół godziny na dobę! 🙂

A te zdjęcia powstały całkiem przypadkiem. Plan na poranek był zupełnie inny, ale że ociągałem z wyjściem z domu, świt zastał mnie jeszcze w drodze. Kiedy zobaczyłem, co dzieje się na niebie, odbiłem na jedną ze znanych mi miejscówek, zrobiłem kilka szybkich ujęć i ruszyłem dalej.

I całe szczęście, że nie trzymałem się kurczowo pierwotnego planu. Niebo płonęło, a krwista czerwień utrzymywała się przez kilkanaście minut. Do tego delikatne mgły w oddali, jesienne drzewa i ta wijąca się między nimi droga.

Nie pod światło!

Pamiętam, jak kilka dobrych lat temu, kiedy zaczynałem przygodę z fotografią, często trafiałem na rady w stylu: „Pamiętaj, nigdy nie fotografuj pod słońce!”. W sumie wtedy może miało to jeszcze jakieś uzasadnienie, bo matryce aparatów miały znacznie mniejszy zakres tonalny niż dzisiaj. Ale mnie od zawsze fascynowały kadry pod słońce, więc od samego początku niespecjalnie przejmowałem się takimi radami.

Fotografowałem na czuja, kombinowałem z kadrowaniem, szukałem odpowiedniego kąta i sprawdzałem, co z tego wyjdzie. Czasem wychodziło, czasem nie, ale właśnie na tym polegała cała zabawa. Zresztą do dzisiaj lubię takie eksperymenty.

Wspominam o tym, bo w sobotę słońce tak pięknie malowało las, że właściwie w którą stronę by się nie fotografowało, kadry wychodziły zacne. Światło wpadało między drzewa, podkreślało kolory i tworzyło fantastyczny klimat.

To nie tragedia

Dwudziesty piąty dzień bez roweru i biegania. Nie traktuję tego jak tragedii, bo wróciłem do spacerów z aparatem. Tak jak wcześniej planowałem sobie trasy rowerowe, tak teraz wybieram jakąś miejscówkę. Wędruję po kilka, częściej po kilkanaście kilometrów.

Czatuję na ładną pogodę. Najlepiej o poranku, choć i wieczorem nie pogardzę. Wybieram miejsce, idę przed siebie i czekam. Czekam, aż jakieś kadry mnie znajdą. Kadry, które być może jeszcze nigdy nie zostały uwiecznione. Nie dlatego, że są jakieś niezwykłe czy spektakularne, ale dlatego, że nie są to miejscówki oczywiste. Nie ma tu turystów, tłumów fotografów ani straganów z pamiątkami. Są za to rozległe pola, pagórki, drzewa, polne drogi i zakątki, do których ciężko trafić.

Z dala od zabudowań i cywilizacji, gdzie można iść przed siebie, słuchać ciszy, nie sprawdzać powiadomień w telefonie. Rower i bieganie muszą na razie poczekać. Ja natomiast odkrywam swoje okolice na nowo na własnych nogach. Zawsze powtarzam, że wcale nie trzeba wyjeżdżać daleko, żeby znaleźć coś, co potrafi zatrzymać człowieka na dłużej.

Każdy krok

Każdy kolejny krok odsłaniał przede mną nowe widoki. Rozległe doliny i pagórki, a to wszystko pomalowane porannym światłem. Było już około godziny po wschodzie słońca. Wcześniej niestety dominowały chmury, ale akurat miałem czas, żeby dotrzeć do najlepszej miejscówki. Cierpliwie wyczekałem ten moment, kiedy chmury zaczęły się rozpraszać, a natura odsłoniła przede mną to, co najpiękniejsze.