Jak mówiłem, że tam wrócę, to nie trzeba mi co tydzień przypominać. Wróciłem już w sobotę! Tym razem bez roweru, na własnych nogach, a dzięki temu mogłem nieco dokładniej eksplorować te dzikie stawy. Jak się domyślacie, skoro piszę te słowa, nie utopiłem się, choć kilka razy niewiele brakowało…
Poranek był mglisty i tylko czasami przez tę mgłę przedostawało się nieco światła. I bardzo dobrze! Dzięki temu zdjęcia wyszły niezwykle malowniczo, w takim miękkim, rozproszonym świetle. Bez ostrych kontrastów, za to z klimatem, który lubię. Jest malowniczo i epicko, a przynajmniej ja odnoszę takie nieobiektywne wrażenie.
Przyznam, że już dawno nie przywiozłem tylu zdjęć z jednej wyprawy, a trzynaście kilometrów i cztery cudownie spędzone godziny musi mi teraz wystarczyć na cały tydzień. Nie wiadomo, czy takie warunki jeszcze tej jesieni się powtórzą.


















































