Różowa, potem żółta

To miał być jeden z tych naprawdę upalnych dni. I rzeczywiście taki był. Ciekawostka, wyjeżdżając z domu o czwartej nad ranem, termometr pokazywał 21 stopni. Kilkanaście kilometrów dalej, gdzie zrobiłem te zdjęcia, było zaledwie 15. Zaskakująca różnica, ale trzy godziny poźniej już wszędzie było 30.

Dzięki temu udało się choć przez chwilę pojeździć w przyjemnym chłodzie. Najpierw obserwować, jak z mroku powoli wyłania się poranek, a chwilę później, jak nad horyzontem pojawia się najpierw różowa, a po chwili zmieniająca kolor na żółty, kula wschodzącego słońca.

Coś ze mną nie tak

Wiem, pewnie nie jest to nic szczególnie ciekawego, ale od czasu do czasu lubię przystanąć przy torach i pofotografować pociągi. Tak było też podczas jednej z rowerowych przejażdżek. Zatrzymałem się akurat na wiadukcie i pomyślałem, że zerknę w rozkład jazdy.

Pokazywał dwa pociągi, które miały pojawić się dosłownie za chwilę. I co? I trafił się idealny moment. Jeden nadjeżdżał z jednej strony, drugi z drugiej. Latałem więc po wiadukcie jak opętany, żeby zdążyć sfotografować oba.

Na szczęście wiadukt był pusty, bo ktoś z boku mógłby pomyśleć, że coś ze mną nie tak.

Kanapa

Jedna z najsłynniejszych kapliczek w okolicy. Dlaczego? Nie przez swoją historię, a przez… kanapę domowej roboty, na której można usiąść i odpocząć.

Swoją drogą zawsze zastanawiam się, kto i kiedy na niej przesiaduje. Jeszcze nigdy nikogo tam nie spotkałem. Ale z drugiej strony, najczęściej zaglądam tu o świcie, więc żebyśmy się nie minęli, ktoś musiałby chyba na tej kanapie nocować.

Sama kapliczka stoi pośrodku pól, na niewielkim wzniesieniu, pod okazałym drzewem. Dzięki temu widać ją z daleka i łatwo wypatrzyć z okolicznych pagórków. Nie mam do niej blisko, ale gdy tylko jestem w okolicy, prawie zawsze zbaczam tu na chwilę.

Spontanicznie

Jak zwykle, spontaniczne spotkanie ze słonecznikami. Planując trasę, wplotłem dwie znane mi miejscówki, w których chciałem zrobić zdjęcia. Poza tym tradycyjnie zdałem się na los i to, co spotka mnie po drodze.

I właśnie dzięki temu trafiłem na pole słoneczników. Już z daleka przyciągało wzrok, dosłownie emanowało swoją żółcią. Na miejscu kilka zdjęć, ze dwa krótkie klipy i można było ruszać dalej.

Rowerem przez Rezerwat Herby

Rezerwat Herby chciałem odwiedzić już dawno. Tydzień temu przejeżdżałem w okolicy i zupełnie spontanicznie skręciłem na jego szlak. Tak, rowerem. Takim zwykłym turystycznym.

Szybko okazało się, że to nie była zwykła leśna ścieżka. Korzenie, kamienie i miejscami całkiem wymagający teren. Kilka podjazdów i zjazdów było ponad moje możliwości, więc nie zostało nic innego, jak prowadzić rower.

Ale wiecie co? Właśnie takie niespodziewane skręty często okazują się najlepszymi. Gdybym wcześniej wiedział, co mnie tam czeka, pewnie wybrałbym się tam raczej piechotą niż rowerem.

Dawkowanie

Rzadko bywam na innych pogórzach, a najczęściej jeżdżę po Pogórzu Strzyżowskim, więc mam prawo uważać, że jest ono najpiękniejsze. Ma swój niepowtarzalny urok i ogromną różnorodność krajobrazów. Kryje tyle najprzeróżniejszych zakątków, że nieraz odnoszę wrażenie, iż odkryłem dopiero niewielką ich część. I bardzo dobrze, bo wszystko jeszcze przede mną.

Najczęściej poruszam się tymi samymi asfaltowymi drogami i dawkuję sobie zjeżdżanie na polne ścieżki. Tak samo dawkuję odkrywanie tego, co mniej oczywiste, czasem trudniej dostępne i ukryte z dala od głównych dróg.

Co jakiś czas wplatam takie odcinki do swoich tras i niemal zawsze trafiam na kolejne ciekawe miejsca. A Pogórze Strzyżowskie potrafi się odwdzięczyć. Pokazuje mi swoje najpiękniejsze zakątki, których być może wielu ludzi nigdy nie miało okazji zobaczyć.

Ona się odwdzięczy

Poprawcie mnie, jeśli nie mam racji, ale czy może być coś piękniejszego niż mglisty, a jednocześnie słoneczny wschód słońca? Taki z kolorowymi obłokami na niebie i promieniami światła przebijającymi się przez mgłę?

Do tego wcale nie trzeba daleko wyjeżdżać ani specjalnie się męczyć. Wystarczy wstać odpowiednio wcześnie, podejść albo podjechać na jakąś łąkę i cierpliwie czekać. No dobrze… jest jeszcze jeden problem. Trzeba trafić na dzień, kiedy natura przygotuje takie warunki.

Tego jednak nie da się przewidzieć w stu procentach, więc sprawa trochę się komplikuje. Ale jeśli będzie się próbowało regularnie, obserwowało pogodę i nie odpuszczało kolejnych poranków, to prędzej czy później natura się odwdzięczy. Choćby właśnie takimi widokami.

Te poranki

Wyjeżdżam rowerem, kiedy do wschodu zostało jeszcze pół godziny. Jest już dość jasno, a ja spoglądam w niebo, próbując odgadnąć, jakie będą warunki. Wydaje się, że nad wschodnim horyzontem jest tylko kilka chmurek. Dobre i to, myślę.

Wszystko zaczyna się dopiero w okolicach wschodu słońca. Na niebie pojawiają się kolejne obłoki i lodowe wstęgi pozostawione przez samoloty. Dociera do nich światło słońca, które z mojego punktu widzenia wciąż jest jeszcze schowane za horyzontem, ale już oświetla wszystko wysoko nad ziemią.

Z minuty na minutę robi się coraz piękniej. Ten właśnie moment poranka lubię najbardziej. Najpierw jest niepewność, czy natura przygotuje jakiś spektakl, a później pozostaje już tylko czekać i obserwować, jak wszystko powoli się zmienia.

Blask oślepiający

Aż mnie oślepił ten blask. Jeszcze chwilę wcześniej słońce chowało się za chmurami, a gdy nagle wyszło, mgła unosząca się nad zalewem dosłownie się zapaliła. W jednej chwili rozbłysła ciepłym, złotym kolorem.

To niesamowite, co potrafi zrobić odrobina wilgoci unoszącej się w powietrzu i poranne światło. Uwielbiam obserwować takie chwile i mieć szczęście być ich świadkiem. Gdyby tylko można było przeżywać takie poranki za każdym razem, kiedy wstaję przed świtem…

Chłop czuje

Kiedy wyjeżdżam o świcie i na termometrze jest zaledwie 7 stopni, to wiem, że żyję. Takie temperatury są dla mnie idealne. Te wysokie w ciągu dnia, jak choćby wczoraj, jakoś do mnie nie przemawiają.

Gdy rano jest chłodno, pojawiają się mgły, a powietrze, mimo dużej wilgotności, jest czyste i rześkie mimo wilgotności.

No i te zapachy… Drzewa, trawy, pola. Nagle okazuje się, że to wszystko ma swój własny aromat. Nawet dla takiego chłopa jak ja, który nigdy nie może pochwalić się szczególnie dobrym węchem.