No cóż… zaspałem. Plan był prosty: w niedzielę od świtu ruszyć, tym razem na własnych nogach. Start przy zalewie w Kamionce, potem przez las w stronę Cierpisza. Wszystko się udało… tylko ten świt trochę mi nie wyszedł. Zanim się dobudziłem i ogarnąłem wyjście, było już grubo po siódmej.
Słońce zdążyło wspiąć się wysoko, ale nad wodą panował jeszcze spokój. Zero spacerowiczów, tylko kilka wędkarzy. W lesie podobnie, pustka i przyjemny chłód między drzewami, bo po wyjściu z cienia okazywało się, że już całkiem solidnie grzeje.
Na początek kilka kadrów znad zalewu.












































