Ah, te lipcowe zachody słońca… Gdyby tylko nie te jusznice deszczowe, które teraz są dosłownie wszędzie i skutecznie uprzykrzają wędrówki po polach i lasach. Ale gdy niebo zaczyna płonąć od pomarańczy i czerwieni, nawet one schodzą na dalszy plan.



Ah, te lipcowe zachody słońca… Gdyby tylko nie te jusznice deszczowe, które teraz są dosłownie wszędzie i skutecznie uprzykrzają wędrówki po polach i lasach. Ale gdy niebo zaczyna płonąć od pomarańczy i czerwieni, nawet one schodzą na dalszy plan.



Chyba właśnie mija już jedna czwarta wakacji. Co prawda mnie ten okres bezpośrednio nie dotyczy, bo wakacji nie mam, ale to tylko uświadamia mi, jak szybko płynie czas. Dlatego zawsze staram się wykorzystywać każdą wolną chwilę na realizowanie swoich pasji i zainteresowań.
Czekam na każdy dzień, w którym mogę wsiąść na rower albo ruszyć na pieszą wędrówkę. To moje paliwo do życia. Oczywiście poza ogromnymi ilościami jedzenia, które muszę pochłaniać, żeby uzupełnić kalorie spalone podczas tych wszystkich aktywności.
Każde wyjście w teren przynosi jednak coś więcej niż tylko kolejne kilometry. Odkrywam nowe widoki i dostrzegam rzeczy, których wcześniej nie zauważyłem. Choć wydaje mi się, że byłem już niemal w każdym miejscu w promieniu kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu kilometrów od domu, za każdym razem te same zakątki potrafią mnie czymś zaskoczyć. Innym światłem, inną pogodą, nowymi detalami czy kadrami, które wcześniej po prostu umknęły mojej uwadze.




Pogoda ostatnio nie rozpieszcza, ale wytrzymajmy jeszcze jutro. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że czeka nas poprawa i stabilizacja pogody. Głęboki niż, który od kilku dni przemieszcza się znad południowej Skandynawii przez Bałtyk w kierunku Litwy i Białorusi, wreszcie odpuści.
I bardzo dobrze, bo ja już kilka razy porządnie przemokłem, zarówno podczas rowerowych wypraw, jak i pieszych wędrówek. Mam nadzieję, że teraz będzie okazja trochę przesuszyć buty i nacieszyć się letnią pogodą.
Tymczasem kilka zdjęć akacji, które, jak gdyby nigdy nic, nadal stoją w swoim miejscu zupełnie nie przejmując się pogodowymi zawirowaniami.



Czy owady wysiadują jajka? Najprawdopodobniej nie. Knieżyca szara (Elasmucha grisea) z pewnością jednak ich pilnuje, przesiadując nad nimi aż do momentu wyklucia się młodych. To właśnie ją możecie zobaczyć na pierwszym zdjęciu.
Na drugim zdjęciu najprawdopodobniej znajduje się brzęczak porzeczkowy (Nematus ribesii) – gatunek błonkoskrzydłego z rodziny pilarzowatych. Jego larwy żywią się liśćmi, często żerując w dużych grupach, co potrafi w krótkim czasie ogołocić całą roślinę. U mnie praktycznie co roku pojawiają się na wierzbie.
Trzecie zdjęcie przedstawia biedronkę siedmiokropkę (Coccinella septempunctata), która najwyraźniej szykuje się do odlotu.



Tęcza nie o poranku, nie wieczorem, a w środku letniego popołudnia? Jak najbardziej!
W piątek tyłek dostał wolne od siodełka, a nogi od biegania. Wybór mógł być tylko jeden – spokojny spacer, i to wyasfaltowaną leśną drogą. Całkowity luz oraz regeneracja ciała i umysłu. No i jak to zwykle u mnie ostatnimi czasy bywa… długo spokojnie nie było. Złapał mnie deszcz. Na szczęście tylko delikatny kapuśniaczek.
Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że chwilę wcześniej świeciło słońce… i wcale nie przestało świecić, gdy zaczął padać deszcz. „O co tu chodzi?” przemknęło mi przez głowę, ale odpowiedź przyszła błyskawicznie. Przecież to może oznaczać tylko jedno – tęczę! Musiałem jednak nieco podbiec, aby mieć na nią widok ponad drzewami. Kilkadziesiąt szybszych kroków, może nawet lekki trucht… i nagle zza drzew wyłonił się taki oto bajkowy widok.

Nie, nie. To nie zdjęcia z wczoraj. Wczoraj było zimno i… mokro. Bardzo mokro…
W tym roku już dwa razy porządnie zmokłem na rowerze, ale wczoraj chyba najbardziej.
Stwierdziłem, że dłużej nie ma co czekać na poprawę pogody i po prostu jadę na rower. Na dzień dobry, po kilku kilometrach zaczęło padać. Chwilę przeczekałem pod wiaduktem, ale stwierdziłem: jadę dalej, a co! Po kilkunastu minutach deszcz ustał, a ja zdążyłem nawet wyschnąć.
Pod koniec trasy nie było już jednak tak kolorowo. Rozpadało się na dobre. Byłem tak przemoczony, że miałem wrażenie, iż woda przesiąkła nawet przez skórę. 😅 Do tego zrobiło się zimno, więc nie należało to do najprzyjemniejszych przeżyć.
Ale dzisiaj wspominam to już z uśmiechem. W końcu każda taka sytuacja to jakaś przygoda i kolejne wspomnienie z rowerowych wypraw. 🚴🌧️




Ostatnimi czasy zdarzyło mi się kilka razy zboczyć z dobrze znanych tras i to właśnie podczas takich wyjazdów moją uwagę zwróciły poniższe kapliczki.
Każda z nich jest inna, ale wszystkie stały przy głównych drogach. Skromne i niepozorne, być może przez wielu mijane bez choćby krótkiego spojrzenia. A przecież każda z nich ma swój urok i zdecydowanie zasługuje na chwilę uwagi.
Lubię zatrzymać się przy takich miejscach. Są częścią lokalnego krajobrazu i historii, a przy okazji stanowią bardzo ciekawy motyw fotograficzny. Dzięki odkrywaniu nowych tras wciąż trafiam na miejsca, których wcześniej zupełnie nie znałem.



Ostatnio sporo jeździłem na rowerze. Nie każda wyprawa kończyła się dużą liczbą zdjęć, czasem po drodze powstawał tylko jeden czy dwa lub kilka kadrów. Dziś zebrałem je w jednym wpisie.
Pierwsze zdjęcie powstało o poranku nad wodą. Kolejne pokazuje jedne z pierwszych chwil po wschodzie słońca, gdy jego tarcza dopiero wyłaniała się znad horyzontu. Podczas jednej z tras zahaczyłem też o zamek w Przecławiu, który zawsze świetnie prezentuje się na zdjęciach.
Na końcu zostawiłem urokliwą asfaltową dróżkę prowadzącą przez kilka kilometrów pośród pól uprawnych. Te spokojne i ciche i niepozorne miejsca często najbardziej zapadają mi w pamięć i sprawiają, że chce się ciągle to robić – jeździć, jeździć i jeszcze raz jeździć.




Wyruszyłem bez większych nadziei na mgliste krajobrazy. Co prawda była wczesna pora, ale poranek był wyjątkowo ciepły, z temperaturą około 17 stopni, więc wydawało się, że na mgły nie ma już szans.
Tym większe było moje zaskoczenie, gdy trafiłem na te delikatne mgiełki, a nad horyzontem właśnie wschodziło słońce. Taki widok musi robić wrażenie, zwłaszcza gdy pojawia się zupełnie niespodziewanie.
To musiał być naprawdę szczęśliwy zbieg okoliczności. Podczas blisko 100-kilometrowej trasy znalazłem się dokładnie w tym miejscu i o tej porze, kiedy natura przygotowała taki spektakl.



Podczas jednej z rowerowych wypraw zahaczyłem o zalew w Kamionce. Co prawda było już jakiś czas po wschodzie słońca, ale ku mojemu zdziwieniu nie było tam żywej duszy, mimo to czas wakacyjny.
Zrobiłem spokojną rundkę aby uwiecznić kilka słonecznych widoków. Pogoda dopisywała, a cisza i spokój sprawiły, że miejsce miało swój wyjątkowy klimat.
Po krótkim postoju wskoczyłem z powrotem na rower i ruszyłem dalej przed siebie. To te nieplanowane przystanki okazują się jednymi z najprzyjemniejszych momentów całej wycieczki.


