Oczarował ją dżajant

Kontuzja kolana. Zbliżał się weekend, a we wrześniowe weekendy przecież ja łażę po lasach w nadziei na spotkanie z jeleniami albo jakowąś inną dziką zwierzyną. Tymczasem nie mogłem przejść bez bólu więcej niż kilkadziesiąt metrów. Na szczęście w piątek po południu zaczęło się trochę poprawiać, ale ja chcę do lasu na kilka godzin co najmniej!

Może na rowerze kolano nie będzie bolało… Nie pozostało nic innego, jak zawieść do lasu rower, zabrać aparat i liczyć na spotkanie z jeleniami. Pierwszy trafił się już na samym początku drogi, ale zanim ogarnąłem technikę szybkiego zatrzymywania, zeskakiwania i odpalania aparatu, jelenia dawno nie było. Nauczony doświadczeniem resztę drogi jechałem z włączonym, dyndającym u szyi aparatem. Tylko wtedy to już jakoś żadna zwierzyna się nie pokazywała.

Ale… w końcu trafiła się dostojna łania. Stała na skraju lasu i spoglądała na mnie z zainteresowaniem. Jestem pewien, że oczarował ją mój żółty dżajant 😀

Nutka tajemniczości

Szósta rano to nie jest już tak żle. Bo w lecie wstawanie za często o wschodzie słońca nie wchodziło w grę. Teraz, kiedy słońce wstaje coraz później, można sie i wyspać i zdązyć na te najpiekniejsze chwile do lasu. Chwile, kiedy słońce ledwo przedziera się przez konary drzew, a zamglone powietrze dodaje nutki tajemniczości.

Nie usiedzę

Weekend był u mnie deszczowy. Ale po tym jak całą sobotę przesiedziałem w domu, w niedzielę stwierdziłem, że dłużej nie dam rady usiedzieć na dupie i wybywam do lasu. Ubrałem się tak, aby w razie deszczu nie przemoknąć do suchej nitki i dobrze, bo podczas trzygodzinnego spaceru na przemian padał deszcz i przebijało się słońce.

Najlepszy dowodem, że nawet poczas takiej aury warto wyjść w plener, niech będą poniższe zdjęcia, bo kiedy się przejaśniało, światło było tak cudowne, że fotki same się robiły. Byłem tak zaaferowany klimatem, że oddaliłem się w nieznane zakątki lasu i w pewnej chwili nie wiedziałem co dalej, a w telefonie nie było zasiągu aby obadać gdzie jestem.

Jak widać w lasach robi się już miejscami jesiennie. Dość wcześnie w tym roku, pewnie ze względu na suche lato. Trzeba się spieszyć ze spacerami, żeby nie przegapić tej najbardziej kolorowej pory roku.

Tylko ja i wrzosy

Mimo, że to dziś zaczyna sie meteorologiczna jesień, mamy nadzieję na piękną pogodę przez co najmniej jeszcze dwa miesiące. Niech ciepłe i słoneczne dni trwają jak najdłużej, a te deszczowe i zimne mijają jak najszybciej.

Na miejscówkę z wrzosami trafiłem, jak to bywa zupełnie przypadkiem, jakieś dwa, może trzy tygodnie temu. Spacerując po lesie, który mam schodzony wszerz i wzdłuż, udało się trafić w nieznane mi jeszcze miejsca i oto trafiłem na cudowną drogę porośniętą wrzosami. Wtedy jeszcze ledwo kwitły, ale wróciłem tam kilka dni temu.

W tym roku wrzosy nie są tak okazałe jak w ubiegłym, co jest zapewne skutkiem panującej suszy, ale sam fakt przebywania w takim miejscu sprawił mi wiele przyjemności. W lesie żywego ducha (brak grzybów i bardzo wczesna pora), tylko ja i fiolet wrzosów.

Kawał drogi

Ubiegły weekend był pochmurny i deszczowy. Na dwa dni porzuciłem rower na poczet pieszych wycieczek po lesie. Tęskniłem za tymi moimi leśnymi wędrówkami. W ciągu dwóch dni przemierzyłem około dwudziestu pięciu kilometrów. Poza spotkaniem z jeleniem (pokazywałem go tu kilka dni temu), zrobiłem kilka zdjęć. Co prawda światło nie było najlepsze do fotografowania, ale przez taki kawał drogi wynalazłem kilka kadrów.

Kilka makrofotek

Dawno nie pokazywałem nic z makrofotografii i już to nadrabiam. Dziś cztery fotografie, które powstały w ostatnim czasie w moim ogródku, na łące i w lesie.

Dla mnie wszystko co skacze to konik polny, ale oczywiście tak nie jest 😉 Ten tu wskoczył mi na dłoń, kiedy odgarniałem trawę, aby zrobić mu zdjęcie. Miłe stworzenie, wie jak sie zachować w obecności fotografa 🙂

Tego malutkiego niemowlaka ledwo dostrzegłem na jednej trawce. Był tak malutki, że pozwoliłem sobie zerwać trawę, aby zrobić mu zdjęcie w dogodniejszych warunkach, bo u mnie z kładzeniem się na trawie to już ciężko jest 🙂 Po wszystim oczywiście odniosłem maluszka w to samo miejsce, żeby jego mama się nie niepokoiła 😉

Zagdka, co to może być…

Kiedy zbieracze grzybów chodzili po lesie z pustymi koszykami, ja znalazłem kontaktowego grzyba. Szkoda, że nie jadalny. Ale za to w fajnych okolicznościach przyrody 😉

Spotkanie na bezdechu

Sobota. Pogoda niepewna, w każdej chwili możliwe są opady deszczu. Postanowiłem jednak nie siedzieć w domu, tylko tym razem wybrałem się na spacer do lasu. Ostatnio tylko rower i rower, brakowało mi przechadzki, ciszy i obcowania sam na sam z przyrodą.

Wchodząc do lasu, zawsze mam malutką nadzieję na bliskie spotkanie z dziką zwierzyną. Od dawna marzył mi się jeleń, ale taki z porożem pokrytym scypułem, czyli ochronną warstwą skóry porośniętą drobną sierścią.

To zapewne zwykły zbieg okoliczności, ale kilka kilometrów później taki własnie jeleń wyszedł mi na drogę kilkadziesiąt metrów przede mną. Najpierw spacerkiem, bez pośpiechu, nie miał pojęcia o mojej obecności. Potem zatrzymał się i spojrzał w moją stronę. Zrobiłem fotkę i chwilę patrzyliśmy na siebie, po czym pocwałował w ostępy leśne. Dopiero wtedy nabrałem powietrza w płuca, bo przypomniało mi się, że przez te kilkadziesiąt sekund w ogóle nie oddychałem 😉

Zmora w lesie

Czy spacer po lesie w lipcu może być przyjemny? Odpowiedź jest jednoznaczna – jeśli nie ma bąków i gzów, to jak najbardziej tak. W niedzielny rzeźki i chłodny poranek, w ramach regeneracji po długiej trasie rowerowej postanowiłem pospacerować po lesie. Dopóki w pewnym miejscu nie dopadły mnie wspomniane „drapiezniki”, było fajnie. Ale i na to znalazłem sposób, zerwałem kawałek gałązki i nieustannie musiałem nią machać nią wokół siebie. Sposób dobry, ale ręka bolała.

Miałem odrobinę szczęścia, bo spotkałem sarenkę, która zechciała mi zapozować między drzewami, zanim zwiała w gęste leśne ostępy. Aaaa… później też odpuściły bąki, tylko wyszedłem na bardziej przewiewny las 😉

Las prawie tropikalny

Dawno nie byłem w lesie i postanowiłem to naprawić. Powietrze było rzeźkie jak na maj, ale już za kilka dni prognozowane są cieplejsze dni. Ptaki dawały przepiękne koncerty, a komary skutecznie nie pozwalały zatrzymać się bez ruchu na dłużej niż kilkanaście sekund. Ale takie uroki majowego lasu i brałem je z „dobrodziejstwem inwentarza”, bez wyjątków 🙂

Na zdjęcia wybrałem cudowny kawałek lasu porośnięty wysokimi paprociami, które pięknie mi się mieniły do porannego słońca. Chodząc między nimi i oganiając się nieustannie od komarów można było się poczuć jak w tropikalnym lesie. Tylko chłód przypominał, że to nasze Podkarpacie.

W jednym kadrze

Wyszedłem z niewielkiego lasu, a tam czekał na mnie widok jak z bajki. Zupełnie inny świat. W gęstym lesie mroczno i ciemno, a tu taki piękny zachód słońca. Wiosną podczas spacerów po lasach, polach, drogach i bezdrożach wiele rzeczy może nas zaskoczyć. Takie niepozorne miejsce, a dostarczyło mi pozytywnych emocji. Jest to króciutka chwila, która na długo pozostaje w pamięci. Ja zamknąłem ją w tym jednym kadrze.

FOT. WITOLD OCHAŁ POWIAT RZESZOWSKI ŚWILCZA