Dawkowanie

Rzadko bywam na innych pogórzach, a najczęściej jeżdżę po Pogórzu Strzyżowskim, więc mam prawo uważać, że jest ono najpiękniejsze. Ma swój niepowtarzalny urok i ogromną różnorodność krajobrazów. Kryje tyle najprzeróżniejszych zakątków, że nieraz odnoszę wrażenie, iż odkryłem dopiero niewielką ich część. I bardzo dobrze, bo wszystko jeszcze przede mną.

Najczęściej poruszam się tymi samymi asfaltowymi drogami i dawkuję sobie zjeżdżanie na polne ścieżki. Tak samo dawkuję odkrywanie tego, co mniej oczywiste, czasem trudniej dostępne i ukryte z dala od głównych dróg.

Co jakiś czas wplatam takie odcinki do swoich tras i niemal zawsze trafiam na kolejne ciekawe miejsca. A Pogórze Strzyżowskie potrafi się odwdzięczyć. Pokazuje mi swoje najpiękniejsze zakątki, których być może wielu ludzi nigdy nie miało okazji zobaczyć.

Ona się odwdzięczy

Poprawcie mnie, jeśli nie mam racji, ale czy może być coś piękniejszego niż mglisty, a jednocześnie słoneczny wschód słońca? Taki z kolorowymi obłokami na niebie i promieniami światła przebijającymi się przez mgłę?

Do tego wcale nie trzeba daleko wyjeżdżać ani specjalnie się męczyć. Wystarczy wstać odpowiednio wcześnie, podejść albo podjechać na jakąś łąkę i cierpliwie czekać. No dobrze… jest jeszcze jeden problem. Trzeba trafić na dzień, kiedy natura przygotuje takie warunki.

Tego jednak nie da się przewidzieć w stu procentach, więc sprawa trochę się komplikuje. Ale jeśli będzie się próbowało regularnie, obserwowało pogodę i nie odpuszczało kolejnych poranków, to prędzej czy później natura się odwdzięczy. Choćby właśnie takimi widokami.

Te poranki

Wyjeżdżam rowerem, kiedy do wschodu zostało jeszcze pół godziny. Jest już dość jasno, a ja spoglądam w niebo, próbując odgadnąć, jakie będą warunki. Wydaje się, że nad wschodnim horyzontem jest tylko kilka chmurek. Dobre i to, myślę.

Wszystko zaczyna się dopiero w okolicach wschodu słońca. Na niebie pojawiają się kolejne obłoki i lodowe wstęgi pozostawione przez samoloty. Dociera do nich światło słońca, które z mojego punktu widzenia wciąż jest jeszcze schowane za horyzontem, ale już oświetla wszystko wysoko nad ziemią.

Z minuty na minutę robi się coraz piękniej. Ten właśnie moment poranka lubię najbardziej. Najpierw jest niepewność, czy natura przygotuje jakiś spektakl, a później pozostaje już tylko czekać i obserwować, jak wszystko powoli się zmienia.

Blask oślepiający

Aż mnie oślepił ten blask. Jeszcze chwilę wcześniej słońce chowało się za chmurami, a gdy nagle wyszło, mgła unosząca się nad zalewem dosłownie się zapaliła. W jednej chwili rozbłysła ciepłym, złotym kolorem.

To niesamowite, co potrafi zrobić odrobina wilgoci unoszącej się w powietrzu i poranne światło. Uwielbiam obserwować takie chwile i mieć szczęście być ich świadkiem. Gdyby tylko można było przeżywać takie poranki za każdym razem, kiedy wstaję przed świtem…

Chłop czuje

Kiedy wyjeżdżam o świcie i na termometrze jest zaledwie 7 stopni, to wiem, że żyję. Takie temperatury są dla mnie idealne. Te wysokie w ciągu dnia, jak choćby wczoraj, jakoś do mnie nie przemawiają.

Gdy rano jest chłodno, pojawiają się mgły, a powietrze, mimo dużej wilgotności, jest czyste i rześkie mimo wilgotności.

No i te zapachy… Drzewa, trawy, pola. Nagle okazuje się, że to wszystko ma swój własny aromat. Nawet dla takiego chłopa jak ja, który nigdy nie może pochwalić się szczególnie dobrym węchem.

Niedzielna eskapada

Ta miejscówka mnie nie zawodzi. Zwykły most nad Wisłokiem, a często trafiam tam na ciekawe sytuacje. Zazwyczaj są to piękne wschody słońca i mgły, ale raz udało mi się sfilmować przebiegające przez wodę stadko danieli, w tym jednego czarnego.

Niepozorne drzewko z drugiego zdjęcia również jest położone w takim miejscu, że jadąc obok niego o poranku, świetnie prezentuje się na tle sąsiednich wzgórz. Dziś pasły się pod nim dwie sarny.

Urokliwa dróżka biegnąca szczytem wzniesienia na granicy m. Grodzisko i Tułkowice. Czasami, mimo że to górka, bywa spowita mgłą. Dziś poranek był wietrzny, więc zamiast mgły było tylko słońce i czyste niebo.

No i ślimak. Od czasu do czasu spotykam je o porankach na drodze. Wtedy obowiązkowa sesja zdjęciowa, a potem ewakuacja na pobocze.

Raj

Ja sobie tego nie wymyśliłem. Tak było dziś rano, a to tylko kilka ze zdjęć, które udało mi się zrobić. Wyjeżdżając z domu o czwartej, niebo wydawało się czyściutkie i nie byłem pewien, czy na równinach będą mgły. Powinny być, bo wczoraj padało, a dziś rano było raptem 7 stopni na plusie.

Nie zawiodłem się. Z czasem, gdy słońce zza horyzontu oświetlało coraz to nowe połacie nieba, zaczęły pokazywać się kolejne kolorowe chmury, a na równinach faktycznie leżały mgły.

Trafiłem do raju.

Drogi i dróżki

Te drogi i dróżki. Leśne asfalty, szutry czy polne ścieżki. Najbardziej lubię te, którymi jeździ niewiele osób albo prawie nikt. Jest tam cicho, spokojnie i można zapomnieć o całym świecie.

W takich miejscach jazda przestaje być tylko nabijaniem kolejnych kilometrów. Mogę zwolnić, rozejrzeć się dookoła i po prostu czerpać przyjemność z samej drogi. Bez pośpiechu, bez planu, mając w głowie tylko to, co tu i teraz. Przyrodę, dźwięki i zapachy. Widoki zmieniające się z każdym kilometrem…

Bilans dodatni

Słoneczniki na trasie to zawsze miła niespodzianka. Nieważne, czy jest poranek, wieczór, czy jak tym razem, środek dnia. A tu trafiło się nie jedno pole, tylko chyba ze trzy położone obok siebie. Poprzestałem jednak na kilku zdjęciach z drogi, bo bąki i jusznice deszczowe były tego dnia wyjątkowo natrętne. Nawet krótki postój kończył się rojem owadów krążących wokół mnie.

Podczas powolnej jazdy polnymi drogami dorobiłem się kilku solidnych ukąszeń, które teraz skutecznie przypominają o tej wycieczce uporczywym swędzeniem. Fotografowanie w takich warunkach do najprzyjemniejszych nie należy, ale czasem trzeba pogodzić się z tym, że natura ma swoje prawa.

Czy żałuję wyjazdu? Oczywiście, że nie. Kilka ukąszeń prędzej czy później przestanie swędzieć, a zdjęcia słoneczników i wspomnienia z letniej włóczęgi zostaną na długo. I to jest bilans, który zdecydowanie mi odpowiada.

W głąb

W niedzielę wybrałem się na rower mniej więcej godzinę po wschodzie słońca. Wcześniej nie było sensu ruszać, bo niebo przykrywały chmury, a później wcale nie wyglądało to wiele lepiej. Słońce pokazywało się tylko od czasu do czasu, ale przynajmniej poranek był jeszcze przyjemnie rześki i bez upału.

Kiedy zapuściłem się w głąb Pogórza Strzyżowskiego, okazało się, że tu i tam unoszą się delikatne mgiełki. Natomiast gdy zza chmur na chwilę wychodziło słońce, odległe pagórki wyglądały naprawdę zjawiskowo, skąpane w miękkim porannym świetle.

Nie był to poranek z idealną pogodą, ale to takie warunki często dają najbardziej klimatyczne kadry. Wystarczy kilka minut słońca, odrobina mgły i odpowiedni widok, żeby cała rowerowa wycieczka okazała się warta wczesnego wstawania.