Półtora kilo mniej

Ubiegły wtorek był z pewnością jednym z najgorętszych dni w tym roku. Mój termometr na rowerze pokazał maksymalnie 38°C podczas trasy, a średnia temperatura wyniosła aż 32°C. Mimo pędu powietrza i wypicia 3 litrów wody podczas 100-kilometrowej wycieczki, po powrocie było mnie o półtora kilograma mniej.

Był środek dnia, więc warunki do fotografowania były takie sobie, ale trzy miejscówki szczególnie mnie zauroczyły. Dwie pierwsze to park z dworkiem w Dzikowcu oraz fajnie pomalowane przystanki autobusowe.

Kolejnym odkryciem było niewielkie jeziorko ukryte w środku lasu. Tu koniecznie muszę jeszcze wrócić. 

Trzecim miejscem był zalew w Cierpiszu, gdzie bywam dość często. Aktualnie wyjątkowo pięknie prezentuje się tam grążel żółty, który dodaje temu miejscu jeszcze więcej uroku.

Magiczne akacje

Pojawiłem się tam znowu. Ze względu na inne niż fotografowanie priorytety nie bywam tam już tak często jak kiedyś. Ale w niedzielę, przejeżdżając niedaleko, postanowiłem, że muszę na własne oczy zobaczyć, jak kwitną.

Co prawda kwiatów nie ma na nich zbyt wiele, ale biorąc pod uwagę, że jeszcze dobrych kilka lat temu nie kwitły w ogóle, teraz jest naprawdę super. Przy okazji na niebie zauważyłem halo słoneczne i tak sobie pomyślałem, że nic się nie zmieniło – one nadal są magiczne, albo przynajmniej przyciągają magiczne zjawiska, wschody i zachody słońca. Coś w tym musi być…

Chmury, ale nie odpuściłem

Do tej pory chce mi się ziewać na samą myśl. W sobotę plan był na czwartą, ale nie dałem rady, wstałem przed piątą. Jak na zewnątrz jest zachmurzone, to nie chce się wstawać i ruszać na rower tak bardzo, jak podczas ładnej pogody.

Jednak skoro był plan na jazdę, to nie mogłem odpuścić. Źle bym się z tym czuł przez cały dzień. I faktycznie przez 90 procent czasu miałem nad sobą zachmurzone niebo, ale chwilami trafiały się takie widoki, że zapominałem nawet o tych wyciskających siódme poty wspinaczkach pod niby płaskie pagórki Pogórza Strzyżowskiego.

Jeden staw

Jeden staw, na nim wyspa. Obok drogi, ale jakby w środku lasu. Jeszcze trochę dziewiczy, bo powstał zaledwie trzy lata temu. Z każdym rokiem robi się tam coraz piękniej.

Ścieżka do spacerowania o łącznej długości około dwóch kilometrów, obok rozległa łąka oraz rezerwatowa hodowla konika polskiego. A to wszystko w Nadleśnictwie Tuszyma.

Ja oczywiście polecam wizyty w mgliste poranki, choć i w środku dnia, jak widzicie, jest tam pięknie.

Startujemy z czerwcem

Pierwszy czerwca. Czerwiec to już chyba taki całkiem letni miesiąc, jak mi się zdaje.Przynajmniej w kalendarzu, bo ostatnie rowerowe wypady bardziej przypominały wczesną wiosnę. Temperatury poniżej 20 stopni, wiatr, chmury, a wczoraj to i drobny kapuśniaczek mnie nie oszczędził.

Przed nami przyjemnie krótki tydzień, tylko cztery dni pracy, a potem trzydniowy fajrant. Zbieram siły, bo w nadchodzący weekend nie zamierzam oszczędzać nóg. Jeśli pogoda dopisze, będę z pewnością zbierał kolejne kilometry do kolekcji.

Mimo braku pogody

Jak ten maj szybko minął… Kto by się spodziewał.

Pogoda na weekend niestety się popsuła. Od rana było pochmurno, a na dodatek nadal mocno wieje. Ale żeby nie było, przebudziłem się o świcie, żeby upewnić się, że nie jest pogodnie. Gdy okazało się, że niebo całe w chmurach, poszedłem dalej spać i dzisiaj jazdę odpuściłem.

Za to mam dla Was kilka fotek z czwartkowej setki. Tamtego dnia pogoda również nie rozpieszczała, bo nie dość, że wietrznie i pochmurno, to jeszcze zimno. Mimo wszystko udało się przejechać swoje i przywieźć kilka kadrów, które przypominają, że nawet przy niezbyt zachęcającej aurze można znaleźć coś wartego zatrzymania w obiektywie.

Weekend obowiązkowo

Pogoda naprawdę dopisuje, trzeba to przyznać. Kwiecień i maj pokazują się z najlepszej strony. To idealny czas na wszelką aktywność na świeżym powietrzu, choćby zwykły spacer czy kilkanaście kilometrów na rowerze.

W moim przypadku spacer i rower potrafią trwać godzinami, ale nawet krótkie wyprawy są jak najbardziej wskazane. Warto wygospodarować sobie kilka godzin w tygodniu na ruch i trochę oddechu od codzienności. A w weekendy… to już obowiązkowo.