Nie do znudzenia

Każdy wieczór niesie ze sobą coś innego. Niby jeden do drugiego podobny, ale wcale tak nie jest. Spędzając często wieczory w plenerze zauważa się subtelne różnice. Światło jest za każdym razem nieco inne. Za każdym rozem ujęcia, nawet w tych samych miejscach różnią się od siebie. Zauważy się inny kadr, albo zrobi zdjęcie pod innym kątem do słońca i już mamy inną fotkę. To jest nie do znudzenia. Nigdy.

Zwykłe miejsce

Nieraz bardzo niewiele trzeba, aby zrobić zdjęcie, które przykuwa uwagę. Niekoniecznie musi na nim być jakieś super niezwykłe popularne miejsce, gdzie spotkać można w gratisie tłumy turystów. Ja właśnie piękna uwielbiam szukać w zwykłych miejscach, gdzie mało kto bywa, gdzie inni nie widzą nic niezwykłego.

Na moich zdjęciach przeważają miejsca ogólnodostępne, ale nie zaznaczone w przewodnikach. Odkrywam je sam i to sprawia mi największą frajdę. Czasami spotykam nawet w tych odległych od cywilizacji miejscach innych podobnych do mnie wariatów. Którzy porzucają samochód i idą przed siebie polnymi ścieżkami, miedzami, przez lasy, czasem nieużytki.

Znad Czorsztyna

Kiedy jest mało czasu na fotografowanie, co jakiś czas wracam do starszych fotek, które jeszcze nie ujrzały światła dziennego. Miło wrócić do starszych zdjęć, wracają wtedy wspomnienia. Na podstawie zdjęcia jestem w stanie odtworzyć prawie każdy szczegół okoliczności powstania zdjęcia.

Poniższe powstały pod koniec lipca, trzy lata temu ze wgórza nad Czorsztynem, skąd rozciąga się nie tylko cudowna panorama na Tatry, ale również na północny zachód.

Zmiana krajobrazu

To kwestia góra kilkunastu dni, kiedy zboża staną się dojrzałe i gotowe do żniw. Są miejsca, gdzie kłosy już się zaczynają złocić, ale sa też takie, gdzie są jeszcze całkiem zielone. Ja już niecierpliwie czekam na te zmiany w krajobrazie. Może w tym roku w końcu uda mi się znależć w mojej okolicy prawdziwe snopki skoszonego tradycyjnie zboża…. To takie jedno z marzeń fotograficznych, na którego zrealizowanie cierpliwie czekam.

Tymczasem dziś zdjęcie kościoła w Górze Ropczyckiej, który stale gości na moim blogu. Jednak w takim ujęciu jeszcze go tu nie było.

Klimat zachowany

Jest jeszcze ciemno, choć noce na początku lipca są tak na prawdę dość jasne. W każdym razie nawet ptaki jeszcze śpią, na drogach pusto, więc niespiesznie jadę na miejsce – w kierunku nieco wyższych wzniesień w mojej okolicy. Mam nadzieję, że prognozy się sprawdzą i zastanę tam nieco mgieł.

Widok, który zastaję na miejscu przebija moje skromne oczekiwania. Wychodzące słońce i zalegające nisko, podświetlone mgły tworzą klimat, dla którego opłaciło się jechać kawał drogi. I to nic, że spektakl trwał kilkanaście minut, udało się go zachować na zdjęciach.

Połowa roku za nami

Zawsze uważam, że czekanie na coś jest najfajniejsze. Bo kiedy to coś już nadchodzi, to zaraz jest już po. Ale z drugiej strony wtedy zaczynamy czekać na coś innego i znów jest fajnie. Najpierw czekamy z utęsknieniem na wiosnę. Kiedy już nadejdzie, to szybko przemija, ani się obejrzymy. Póżniej na lato i upalne dni bez deszczu, wiatru. Jednak i lato szybko minie, no to czekamy na piękne kolory jesieni. Ani się obejrzymy, a jesień mija i nadchodzą zimne, wietrzne i mokre dni. No to czekamy na zimę i śnieg. I tu już tak fajnie nie jest. Zima zawsze ciągnie się w nieskończoność. No przynajmniej mnie.

Dopiero co wyczekiwaliśmy z utęsnieniem wiosny, a tu już końcówka czerwca. I pół roku za nami. Trzeba łapczywie chwytać każdy jeden dzień życia, wykorzystać każda wolną minutę na robienie tego co się lubi, bo czas płynie zdecydowanie za szybko.

Droga do bajkowego świata

Ostre słońce świeciło aż do samego horyzontu. Na niebie nie było żadnych chmur, a mimo późnej pory żar nadal lał się z nieba. Na polach, w oddali słychać było pracujące maszyny rolnicze. W wiosce znajdującej się w dolinie uparcie ujadał pies. Echo niosło się na okoliczne wzgórze. To wszystko było akompaniamentem dla cykających w trawach świerszczy.

Wyczekałem na moment zrównainia słońca z horyzontem, bo wtedy światło było najfajniejsze. Wijąca się droga asfaltowa, taka jaką najbardziej lubię do przejażdżek rowerowych – pośród pól i mało uczęszczana. Podczas schyłku dnia niczym droga prowadząca do bajkowego świata.