Absencja

Absencja od roweru chyba dobrze mi robi, bo zamiast tego wszystkie wolne poranki spędzam na fotografowaniu. A tak się złożyło, że od piątku do niedzieli pogoda była pierwszorzędna, więc nic nie stało na przeszkodzie.

Na dzisiaj mam kilka fotek z niedzielnego poranka. Takich dosłownie zrobionych kilka minut po wschodzie słońca, kiedy pierwsze pagórki Pogórza Strzyżowskiego są już skąpane w pierwszych promieniach, a te dalsze pozostają jeszcze nieoświetlone.

Ta różnica w świetle jest wręcz porażająca. Bliżej ciepłe barwy poranka, dalej chłodne, niebieskawe odcienie kolejnych wzgórz. Do tego te jesienne drzewa, których barwy w porannym słońcu stają się wyjątkowo intensywne.

Śpisz czasem?

„Jak ty to robisz, że wypatrujesz takie piękne wschody słońca? Pewnie w ogóle nie śpisz”.

Śpię, śpię. Jak pokazuje Garmin, w październiku średnio osiem i pół godziny na dobę! 🙂

A te zdjęcia powstały całkiem przypadkiem. Plan na poranek był zupełnie inny, ale że ociągałem z wyjściem z domu, świt zastał mnie jeszcze w drodze. Kiedy zobaczyłem, co dzieje się na niebie, odbiłem na jedną ze znanych mi miejscówek, zrobiłem kilka szybkich ujęć i ruszyłem dalej.

I całe szczęście, że nie trzymałem się kurczowo pierwotnego planu. Niebo płonęło, a krwista czerwień utrzymywała się przez kilkanaście minut. Do tego delikatne mgły w oddali, jesienne drzewa i ta wijąca się między nimi droga.

Nie pod światło!

Pamiętam, jak kilka dobrych lat temu, kiedy zaczynałem przygodę z fotografią, często trafiałem na rady w stylu: „Pamiętaj, nigdy nie fotografuj pod słońce!”. W sumie wtedy może miało to jeszcze jakieś uzasadnienie, bo matryce aparatów miały znacznie mniejszy zakres tonalny niż dzisiaj. Ale mnie od zawsze fascynowały kadry pod słońce, więc od samego początku niespecjalnie przejmowałem się takimi radami.

Fotografowałem na czuja, kombinowałem z kadrowaniem, szukałem odpowiedniego kąta i sprawdzałem, co z tego wyjdzie. Czasem wychodziło, czasem nie, ale właśnie na tym polegała cała zabawa. Zresztą do dzisiaj lubię takie eksperymenty.

Wspominam o tym, bo w sobotę słońce tak pięknie malowało las, że właściwie w którą stronę by się nie fotografowało, kadry wychodziły zacne. Światło wpadało między drzewa, podkreślało kolory i tworzyło fantastyczny klimat.

Każdy krok

Każdy kolejny krok odsłaniał przede mną nowe widoki. Rozległe doliny i pagórki, a to wszystko pomalowane porannym światłem. Było już około godziny po wschodzie słońca. Wcześniej niestety dominowały chmury, ale akurat miałem czas, żeby dotrzeć do najlepszej miejscówki. Cierpliwie wyczekałem ten moment, kiedy chmury zaczęły się rozpraszać, a natura odsłoniła przede mną to, co najpiękniejsze.

Trzynaście i cztery

Jak mówiłem, że tam wrócę, to nie trzeba mi co tydzień przypominać. Wróciłem już w sobotę! Tym razem bez roweru, na własnych nogach, a dzięki temu mogłem nieco dokładniej eksplorować te dzikie stawy. Jak się domyślacie, skoro piszę te słowa, nie utopiłem się, choć kilka razy niewiele brakowało…

Poranek był mglisty i tylko czasami przez tę mgłę przedostawało się nieco światła. I bardzo dobrze! Dzięki temu zdjęcia wyszły niezwykle malowniczo, w takim miękkim, rozproszonym świetle. Bez ostrych kontrastów, za to z klimatem, który lubię. Jest malowniczo i epicko, a przynajmniej ja odnoszę takie nieobiektywne wrażenie.

Przyznam, że już dawno nie przywiozłem tylu zdjęć z jednej wyprawy, a trzynaście kilometrów i cztery cudownie spędzone godziny musi mi teraz wystarczyć na cały tydzień. Nie wiadomo, czy takie warunki jeszcze tej jesieni się powtórzą.

Kościół i sarna

Trafiłem w to miejsce po raz pierwszy, wcześniej nigdy tu nie byłem. I od razu spodobał mi się ten kadr z kościołem w tle. Ale to, co zrobiło z nim poranne światło, przeszło moje oczekiwania.

Niesamowita mgiełka, delikatnie przedzierające się promienie słońca i ta cała miękkość obrazu sprawiły, że krajobraz nabrał wyjątkowego charakteru. Niby wszystko nieco niewyraźne, rozmyte, jakby schowane za delikatną zasłoną, a jednocześnie tak malownicze, że trudno było oderwać wzrok.

A do tego jeszcze ta sarenka, która pojawiła się dokładnie tam, gdzie trzeba. Można by pomyśleć, że doskonale wiedziała, kiedy i gdzie się ustawić, żeby dopełnić moje kadry.

Fajne to włóczenie się bez celu nie wiedząc, co mnie spotka. Czasem trafiam na miejsce, które w odpowiednim świetle pokazuje coś naprawdę wyjątkowego. Tego nie da się zaplanować. Trzeba po prostu być we właściwym miejscu o właściwej porze.

Światło o poranku

Ależ to światło potrafi się zmieniać o poranku! Poniżej kilka zdjęć, a na każdym, w zależności od czasu, jaki upłynął od wschodu słońca, i kierunku, w którym patrzymy, światło wygląda zupełnie inaczej.

Te pierwsze kilkadziesiąt minut po wschodzie słońca to spektakl natury, jakiego nikt inny by nie wymyślił. Światło wędruje po krajobrazie, wydobywa z cienia kolejne szczegóły, zmienia kolory i sprawia, że okolica nabieraja zupełnie innego charakteru.

Oczywiście trzeba być na miejscu odpowiednio wcześnie, trochę się pokręcić, poobserwować i poczekać na właściwy moment, no a  czasem wystarczy odwrócić się w drugą stronę, żeby zobaczyć coś zupełnie innego.

Nie da się tego zaplanować co do minuty ani powtórzyć na zawołanie. Można tylko wyjść z domu, trafić na odpowiednie warunki i cieszyć się tym, co akurat przygotowała nam natura.

Kaplica św. Bartłomieja na Brzeziu w Pstrągowej

Poranek od samego początku pogodny i słoneczny, choć momentami dawał się we znaki wiatr. Za to światło było naprawdę zacne, więc podczas porannej przechadzki mogłem obserwować i fotografować z różnych miejsc kaplicę św. Bartłomieja na Brzeziu w Pstrągowej.

To nie jest zwykła przydrożna kapliczka. Wzniesiona w 1878 roku z inicjatywy miejscowego gospodarza Bartłomieja Fortuny, dziś jest zabytkiem wpisanym do rejestru zabytków. W jej wnętrzu zachowały się oryginalne wyposażenie i ludowe malowidła ścienne, a sama kaplica od blisko 150 lat stanowi charakterystyczny element krajobrazu tej okolicy.

A na zdjęciach aż pięć ujęć tej samej kaplicy, oglądanej z różnych perspektyw. Choć spacerowałem tędy już kilka razy, wciąż z ciekawością wypatruję jej z kolejnych miejscówek. Pośród rozległych pól stanowi taki naturalny punkt przyciągający wzrok, który z każdej strony wygląda nieco inaczej. Zwłaszcza kiedy rano z każdą chwilą zmienia się również światło.

Pochodzić

Jak to słońce potrafi całkowicie zmienić klimat. Rano było pochmurno, mgliście, a powietrze mało przejrzyste. Fakt, kolory były ciekawe, ale ten brak światła sprawiał, że wszystko wydawało się jakieś bardziej przytłaczające. No cóż, nie każdy ranek rozpoczyna się tak, jak byśmy chcieli.

Ale wystarczyła godzina. Kiedy słońce w końcu pokonało chmury, świat zaczął nabierać zupełnie innego wymiaru. Pojawiło się światło, ciepło i kolory, których wcześniej prawie nie było widać.

Między innymi dlatego lubię te moje spacery. W pierwszej kolejności wychodzę po prostu pochodzić i pobyć trochę w terenie. Na kadry nie poluję za wszelką cenę. Czekam, co przyniesie los, pogoda i kolejne chwile.

Tam, gdzie dociera światło

Niedziela była kolejnym dniem z pięknym słońcem od samego rana. Temperatura już nieco wyższa niż w sobotę, więc od samego rana spacerowało się całkiem komfortowo.

Las nieznany, więc wcześniej wyznaczyłem sobie trasę, coby nie pobłądzić. I szedłem tak sobie, czekając, aż natknę się na miejsca, do których dociera światło.

A tam… no sami zobaczcie…