Startujemy z czerwcem

Pierwszy czerwca. Czerwiec to już chyba taki całkiem letni miesiąc, jak mi się zdaje.Przynajmniej w kalendarzu, bo ostatnie rowerowe wypady bardziej przypominały wczesną wiosnę. Temperatury poniżej 20 stopni, wiatr, chmury, a wczoraj to i drobny kapuśniaczek mnie nie oszczędził.

Przed nami przyjemnie krótki tydzień, tylko cztery dni pracy, a potem trzydniowy fajrant. Zbieram siły, bo w nadchodzący weekend nie zamierzam oszczędzać nóg. Jeśli pogoda dopisze, będę z pewnością zbierał kolejne kilometry do kolekcji.

Nie mniej pięknie

Ubiegłośrodowy wyjazd zostanie ze mną na długo. Na takie warunki nie trafia się przecież zbyt często. Trochę miałem przeczucie, trochę szczęścia, a trochę po prostu samozaparcia, żeby ruszyć w drogę jeszcze przed wschodem słońca.

Dzięki temu mogłem spędzić pierwsze dwie godziny jazdy w naprawdę wyjątkowych okolicznościach. Światło i klimat, którego nie da się zaplanować. A później… wcale nie zrobiło się dużo mniej pięknie 🙂

Przeczucie nie zawiodło

Kto lubi takie poranki? Pewnie dziewięćdziesiąt dziewięć procent osób woli spędzić ten czas w łóżku i na spokojnie pooglądać zdjęcia u Witka. I bardzo dobrze, bo inaczej byłbym tu niepotrzebny.

Tego ranka nie mogłem dospać. Wstałem już po trzeciej, choć do wyjazdu została jeszcze przynajmniej godzina. Przeczuwałem te mgły, bo w poprzednich dniach padało i było pochmurno, a ten poranek zapowiadał się bardzo chłodno, zaledwie dwa stopnie na plusie i bez jednej chmury na niebie. To mogło oznaczać tylko jedno, piękne zjawiska optyczne.

I tym razem przeczucie mnie nie zawiodło.

Mam widok

Nie, to nie jesień, to maj i ciepłe poranne światełko. Ta krótka chwila, kiedy słońce dopiero co wyjrzało zza horyzontu. Po okolicy snuje się jeszcze delikatna mgiełka. Jest spokojnie, zimno i cicho.

Moja miejscówka to szczyt jednego ze wzniesień Pogórza Strzyżowskiego. Mam tu widok praktycznie we wszystkich kierunkach. Nic, tylko wyszukiwać teleobiektywem coraz to nowych kadrów.

Wrócą?

Kiedy wrócą bezchmurne poranki? Te, które tak często były w marcu? Pewnie całkiem niedługo. Jak dla mnie każda pogoda ma swoje uroki i jeśli tylko nie pada zbyt mocno, zawsze znajdę coś, przy czym można spędzać czas na zewnątrz.

Rower, spacery, bieganie. Niezależnie od warunków da się coś wykombinować, trzeba tylko chcieć. A w najbliższych dniach z pogodą może być już tylko lepiej, bo przecież wiosna dopiero się rozkręca.

Najpiękniejszy czas w pierwszej połowie roku!

Nie żałowałem

Wyszedłem bardzo rano. Liczyłem na słoneczny wschód słońca. Okazało się, że było zachmurzone.

Byłem nieco zawiedziony, ale kiedy w pewnym momencie niebo zaczęło przybierać ten niezwykły różowy odcień, natychmiast się ożywiłem. Kolory co prawda, jak nagle się pojawiły, tak szybko znikły. Dokończyłem spacer już przy ponurym, szarym niebie.

Ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się żałować wyjścia w teren. Jaka by pogoda nie była, to zawsze zyskuję. Jak nie przynosząc zdjęcia, to na swoim zdrowiu, dla którego ruch to podstawa.

Świadek

A o poranku też lubisz chodzić?

Tak, i to jeszcze bardziej niż wieczorem.

O tak wczesnej porze jest jeszcze ciszej i jeszcze spokojniej. A kiedy zaczynasz spacer jeszcze przed wschodem słońca, to jesteś świadkiem budzenia się dnia.

Widzisz, jak robi się coraz jaśniej, jak chmury malują się kolorami (jeśli są). A jak nie ma, to patrzysz, jak słońce wznosi się coraz wyżej, a cienie stają się coraz krótsze. Jak światło z ciepłego robi się coraz bardziej chłodne.

Kościół i „drapacz chmur”

Chmur na niebie nie widziałem dawno. Więc spektakularne wschody czy zachody słońca z kolorowym niebem nie były tematem moich zdjęć, bo ich po prostu nie było. Ale przez jeden wieczór i jeden poranek skupiłem się na samym słońcu.

Dwa zdjęcia przedstawiają zachodzące słońce za kościołem w Górze Ropczyckiej, a dwa kolejne wschodzące, w okolicy naszego rzeszowskiego „drapacza chmur”.

Sarna życia i dom w którym nikt nie mniszka

Czy to najlepsze zdjęcie sarny, jakie udało mi się zrobić? Nie wiem, ale bardzo mi się podoba. Powstało w sumie przypadkiem, bo na aparacie miałem ustawiony zbyt długi czas. Gdy sarna puściła się pędem, musiałem za nią podążać obiektywem, czyli zrobić tzw. panoramowanie. Ku mojemu zdziwieniu udało się i powstało całkiem fajne, dynamiczne ujęcie.

Dodam, że na drugim zdjęciu jest ta sama sarna chwilę wcześniej, zanim postanowiła się jednak ewakuować. Na kolejnym widać klimat miejsca, gdzie ją spotkałem, a ostatnie zdjęcie to opuszczony dom w tej samej okolicy. Odkryłem go rok temu i wróciłem tam o poranku, żeby złapać to piękne światło.

Zdziwiony

Nie ukrywam, że trochę się zdziwiłem. Pogoda ostatnio tak nas rozpieszcza, że widok chmur o poranku wydawał mi się jakąś pomyłką. A jednak chmury były i choć wysokie, to całkiem gęste.

Skoro jednak już wstałem o świcie, nie odpuściłem i poszedłem spacerem upatrzoną drogą. Słońce znalazło sobie kilka szpar w chmurach i niebo nieco się zakolorowało. Nie było szałowo w intensywnych barwach, ale przecież nie jest powiedziane, że można fotografować tylko spektakularne wschody słońca.

Natura jest jaka jest i bywa też zwyczajna, bez fajerwerków. I może właśnie w tej zwyczajności kryje się jej największy urok.