Mam widok

Nie, to nie jesień, to maj i ciepłe poranne światełko. Ta krótka chwila, kiedy słońce dopiero co wyjrzało zza horyzontu. Po okolicy snuje się jeszcze delikatna mgiełka. Jest spokojnie, zimno i cicho.

Moja miejscówka to szczyt jednego ze wzniesień Pogórza Strzyżowskiego. Mam tu widok praktycznie we wszystkich kierunkach. Nic, tylko wyszukiwać teleobiektywem coraz to nowych kadrów.

Wrócą?

Kiedy wrócą bezchmurne poranki? Te, które tak często były w marcu? Pewnie całkiem niedługo. Jak dla mnie każda pogoda ma swoje uroki i jeśli tylko nie pada zbyt mocno, zawsze znajdę coś, przy czym można spędzać czas na zewnątrz.

Rower, spacery, bieganie. Niezależnie od warunków da się coś wykombinować, trzeba tylko chcieć. A w najbliższych dniach z pogodą może być już tylko lepiej, bo przecież wiosna dopiero się rozkręca.

Najpiękniejszy czas w pierwszej połowie roku!

Nie żałowałem

Wyszedłem bardzo rano. Liczyłem na słoneczny wschód słońca. Okazało się, że było zachmurzone.

Byłem nieco zawiedziony, ale kiedy w pewnym momencie niebo zaczęło przybierać ten niezwykły różowy odcień, natychmiast się ożywiłem. Kolory co prawda, jak nagle się pojawiły, tak szybko znikły. Dokończyłem spacer już przy ponurym, szarym niebie.

Ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się żałować wyjścia w teren. Jaka by pogoda nie była, to zawsze zyskuję. Jak nie przynosząc zdjęcia, to na swoim zdrowiu, dla którego ruch to podstawa.

Świadek

A o poranku też lubisz chodzić?

Tak, i to jeszcze bardziej niż wieczorem.

O tak wczesnej porze jest jeszcze ciszej i jeszcze spokojniej. A kiedy zaczynasz spacer jeszcze przed wschodem słońca, to jesteś świadkiem budzenia się dnia.

Widzisz, jak robi się coraz jaśniej, jak chmury malują się kolorami (jeśli są). A jak nie ma, to patrzysz, jak słońce wznosi się coraz wyżej, a cienie stają się coraz krótsze. Jak światło z ciepłego robi się coraz bardziej chłodne.

Kościół i „drapacz chmur”

Chmur na niebie nie widziałem dawno. Więc spektakularne wschody czy zachody słońca z kolorowym niebem nie były tematem moich zdjęć, bo ich po prostu nie było. Ale przez jeden wieczór i jeden poranek skupiłem się na samym słońcu.

Dwa zdjęcia przedstawiają zachodzące słońce za kościołem w Górze Ropczyckiej, a dwa kolejne wschodzące, w okolicy naszego rzeszowskiego „drapacza chmur”.

Sarna życia i dom w którym nikt nie mniszka

Czy to najlepsze zdjęcie sarny, jakie udało mi się zrobić? Nie wiem, ale bardzo mi się podoba. Powstało w sumie przypadkiem, bo na aparacie miałem ustawiony zbyt długi czas. Gdy sarna puściła się pędem, musiałem za nią podążać obiektywem, czyli zrobić tzw. panoramowanie. Ku mojemu zdziwieniu udało się i powstało całkiem fajne, dynamiczne ujęcie.

Dodam, że na drugim zdjęciu jest ta sama sarna chwilę wcześniej, zanim postanowiła się jednak ewakuować. Na kolejnym widać klimat miejsca, gdzie ją spotkałem, a ostatnie zdjęcie to opuszczony dom w tej samej okolicy. Odkryłem go rok temu i wróciłem tam o poranku, żeby złapać to piękne światło.

Zdziwiony

Nie ukrywam, że trochę się zdziwiłem. Pogoda ostatnio tak nas rozpieszcza, że widok chmur o poranku wydawał mi się jakąś pomyłką. A jednak chmury były i choć wysokie, to całkiem gęste.

Skoro jednak już wstałem o świcie, nie odpuściłem i poszedłem spacerem upatrzoną drogą. Słońce znalazło sobie kilka szpar w chmurach i niebo nieco się zakolorowało. Nie było szałowo w intensywnych barwach, ale przecież nie jest powiedziane, że można fotografować tylko spektakularne wschody słońca.

Natura jest jaka jest i bywa też zwyczajna, bez fajerwerków. I może właśnie w tej zwyczajności kryje się jej największy urok.

Ładne w nieładnym

Jak pisałem, przeprosiłem się z lustrzanką i zabrałem ją ostatnio kilka razy w plener. Postanowiłem skorzystać z niskiego, porannego światła słonecznego i poszukać piękna w tej raczej mało urodziwej porze roku, jaką jest przedwiośnie.

Wiadomo, w dobrym świetle nawet ponure pola i krzaki nabierają wyrazu. Kilka kilometrów po polnych, miejscami jeszcze błotnistych drogach zaowocowało między innymi poniższymi kadrami.

Zachęcony

Tak się rozochociłem po udanych zdjęciach Księżyca, że ponownie chwyciłem za lustrzankę, wstałem przed świtem i ruszyłem na pieszą wędrówkę o wschodzie słońca. Na dzień dobry czekał na mnie ciepły, wręcz rażący po oczach wschód słońca.

Od pierwszych chwil wydawało się, że świeci całą swoją mocą. Szedłem więc w tym oślepiającym blasku i cieszyłem się przebywaniem sam na sam z naturą. I mimo że to przedwiośnie, raczej mało ciekawa pora roku, to jednak i ta potrafi zaskakiwać swoim pięknem. Wystarczy, jak widać, odrobina słońca.

Wody nie brakuje

Czasami przeglądam moje zdjęcia z czasów, kiedy specjalnie jeździłem na plenery. Wyczekiwałem odpowiedniej pory, śledziłem prognozy pogody i wpatrywałem się w niebo. Trochę mi z jednej strony żal tamtej intensywności, ale ta pasja przecież wciąż trwa. Tyle że teraz jest produktem ubocznym wypraw rowerowych i pieszych. Fotografuję jakby przy okazji i rzadko zdarza mi się jechać stricte na zdjęcia z aparatem. Smartfon zastąpił go w jakichś 90 procentach.

Dziś kolejna partia kadrów z niedzielnej przejażdżki. Na drogach jeszcze błoto i rower z żółtego zmienił kolor na brązowy, ale wody w domu nie brakuje, a z polnych dróg świat wygląda zdecydowanie korzystniej.