Kolejne pogodne popołudnie i kolejny dzień szwendania się po okolicy. Zanim minie wiosna muszę się nią nasycić ile tylko mogę. Ile mam czasu, chęci i siły.




Kolejne pogodne popołudnie i kolejny dzień szwendania się po okolicy. Zanim minie wiosna muszę się nią nasycić ile tylko mogę. Ile mam czasu, chęci i siły.




Wczoraj od rana było pochmurno i mgliście i zimno – niespełna 6 ° C. Nie byłbym sobą, gdybym nie wyskoczył choćby na dwie godzinki na rower, oczywiście z aparatem w sakwie. Mimo pozornie niesprzyjających warunków światło było dosyć ciekawe i udało się wypatrzeć kilka kadrów.
Te wiosenne kolory są niepowtarzalne, a ja nieustannie zachwycam się moją najbliższą okolicą. To tu pragnę odkrywać coraz to nowsze miejscówki, z dala od zabudowań, samochodów, tłumów ludzi. Jestem pewien, że mino ograniczonego obszaru jest tu jeszcze bardzo dużo do odkrycia.





Ten rowerowy plener zapamiętam na długo. Nie tylko ze zwględu na cudowne światło i widoki oraz kilka spotkań z dziką zwierzyną, ale też ze względu na temperaturę, którą zastałem rano w lesie. Kiedy krótko po świcie wsiadałem na rower było -3° C. A co gorsze, ujemna temperatura utrzymywała się jeszcze prawie dwie godziny.
Moim słabym ogniwem są marznące dłonie, a trzeba było trzymać kierownicę i robić foty! Ale powiem szczerze, dla takiego klimatu, jaki panuje o tej porze jestem gotów zmarznąć jeszcze dużo kolejnych razów. Na pierwszej fotce za firanką z promieni spora grupka jeleni, które zauważyłem dopiero na monitorze komputera!




Rózowe chmury. Takie widoki jak najbardziej są możliwe. Zdarza się to pewnie nie często, ale duża szansa na takie warunki jest gdy nad nami są chmury, a tylko wąski pas nad horyzontem jest bezchmuryny. Wtedy słońce będąc jeszcze za horyzontem oświetla owe chmury własnie tym nierzeczywistym kolorem.
Ja gdy tylko widzę taki układ chmur na radarze i mam taką możliwość nastawiam budzik i jadę w plener. Rzeczywistość jednak jest taka, że nie zawsze tak jest… Wniosek z tego jest jeden – im częściej próujemy, tym większa szansa to zobaczyć. Wy jesteście w tej dobrej sytuacji, że robię to z przyjemnością za Was i to zupełnie bezinteresownie 🙂




Życzyłbym sobie, żebym do późnej jesieni publikował tu tylko zdjęcia zrobione podczas rowerowych eskapad. Żebym ciągle trafiał w takie miejsca, gdzie warto wyciągnąć aparat i odpalić migawkę.
Tak sobie jechać i czekać, aż gotowe kadry pojawią się przed oczyma. Wtedy zatrzymać się, wyciągnąć sprzęt i uwiecznić. Może zatrzymać się na dłużej, rozglądnąć dookoła czy czegoś nie ominąłem wzrokiem. Zdaję sobie sprawę, że przejeżdżając tędy następnym razem znajdę nowe kadry w zupełnie innym świetle.




Wschodzące nad pobliskim miasteczkiem słońce. Motyw fotografowany przeze mnie wiele razy, a jednak za każdym razem inne warunki, inne kolory, inne dźwięki, inne zapachy… inne słońce. Tym razem uchwycone na cudownie pomarańczowym niebie. Niezbyt mocne, na początku nieco zniekształcone na skutek refrakcji atmosferycznej.
To zdecydowanie najpiękniejsza chwila dnia – na sam jego początek. Wszyscy chyba jeszcze śpią, zwłaszcza w dzień wolny od pracy. 5:13 to pora, kiedy normalny człowiek przewraca się na drugi bok… Sam bym to chętnie robił, ale coś mnie gna na te bazludne tereny, aby stamtąd w spokoju podziwiać ten spektakl natury.




Mała luka w chmurach nad samym horyzontem kusiała, aby wstać przed świtem i pojechać w teren. Na miejscu zastałem bajkowe kolory niebieskej godziny. Chłodne, mogłoby się wydawać nieprzyjemne. Jednak ten widok potrafi zahipnotyzować. Nieważne widoki i miejsce, to te kolory robią ten niesamwity klimat wczensego ranka.




Co mogę napisać… U mnie po staremu. Gdy tylko jest pogodnie staram się wygospodarować nieco czasu, aby powłóczyć się rowerem po okolicy. W tym tygodniu same krótkie, do trzydziestu kilometrów przejażdżki po pracy. Na więcej nie bardzo pozwala czas.
Jeżdżę sobie i obserwuję. Napawam się widokiem budzącej się przyrody i od czasu do czasu robię zdjęcia. Czasem wyjadę tak, aby załapać się na zachód słońca, czasem wcześniej. Zawsze coś tam się nawinie przed obiektyw.




Jeden z wczesno wiosennych zachodów słońca. Ten czas, kiedy ptaki dopiero zaczynają doppiero swoje trele. Pola dopiero powoli zaczynają się zielenić. Jest nieco cieplej i chce się spacerować po moich bezdrożach w nadziei na piękny zachód słońca.
Tego wieczoru się nei zawiodłem. Słońce usiłujące się wydostać zza chmur rzucało swoje ciepłe promienie na okolice. Takie chwile nie trwają długo, są ulotne i trzeba być w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. I mieć jeszcze trochę szczęścia…



Tylko zacząłem jechać, miałem za sobą kilometr, może dwa. Było niewiele po świcie, a na termometrze 2 ° C na plusie. Zatrzymałem się, aby ubrać rękawiczki. Zerknąłem przed siebie, a tam jelonek przebiega przez dorgę. Za nim kolejny, później łania. Szybko wyciągnąłem obiektyw, a tam jeszcze kilkanaście powoli, dostojnie i niespiesznie przechodzących jelonków.
Już mogłem ten wyjazd uznac za udany, a przede mną było jeszcze sporo kilometrów. Ptaki, sarny, zwykłe i niezwykłe widoki. Na codzień nie zwracamy na nie uwagi, ja staram się je wyłuskać z przestrzeni i uwiecznić na zdjęćiach. A to wszystko w cudownej ciszy niedzielnego poranka.




