Daniele mama i dziecko

Październik ubiegłego roku. Jadę sobie rowerem serwisówką wzdłuż autostrady. Wtem coś podejrzanego miga mi po mojej prawej stronie w wąskiej przecince pomiędzy chaszczami. Zatrzymuję się, wyciągam aparat i skradam za uschniętymi nawłociami. Są tak daleko, że jeszcze nie wiem, że to nie sarny a daniele. I to mama z dzieckiem! Widzę to dopiero na ekranie aparatu.

Wobec tego nie próbuję podejść bliżej, aby ich nie niepokoić, choć one pewnie zauważyły mnie przejeżdżającego rowerem i teraz czają, czy nie stanowię dla nich zagorżenia. Powoli odwracają się i odchodzą, choć mały danielek robi to niechętnie.

Strach doinwestowany

Miałem na oku ten, jak mi się wydawało mocno doiwestowany (porządny kask i kurtka motocyklowa niczego sobie) strach. Nie sądzę, aby był zrobiony na przysłowiowe wróble, ale prędzej właśnie na sarny, czy dziki.

Coś musiało jednak spowodować, że sarna nie dała się nabrać na ten numer. Najprawdopodobniej był to brak spodni, bo do tej pory nie widziała człowieka o jednej drewnianej nodze. Być może brak butów, no bo przecież jest zima i na bosaka to raczej nikt (poza niektórymi wyjątkami) nie lata. Może w końcu były to puste butelki z wodą, bo kto o zdrowych zmysłach idzie w pole z zakupami…

Suma sumarum – strach na sarny jest jednak do poprawy. Moje zdjęcie jest na to dowodem, a ta uciekająca na zdjęciu numer trzy, ucieka przede mną, nie przed motostrachocyklistą.

Kilka tygodni

Mamy pierwszy śnieg tej jesieni, ale nowych zdjęć nie będzie, bo wczoraj okolicę opanowała gołoledź i kiedy po zmroku pojechałem zrobić jakoweś zdjęcia musiałem w te pędy zawracać do domu, aby nie wylądować w przydrożnym rowie lub utknąc pod jakowąś górką 😦

Będzie za to kilka zdjęć z jesieni w rozkwicie, kiedy to lasy były pełne kolorów i magii. Zdjęcia z jednego z poranków, kiedy beztrosko przemierzałem rowerem leśne szutry oddając się kontemplacji najpiękniejszej pory roku. Pory, która w kalendarzu trwa trzy miesiące, a w rzeczywistości jej najpiękniejsze chwile – zaledwie kilka tygodni.

FOT. WITOLD OCHAŁ POWIAT ROPCZYCKO-SĘDZISZOWSKI JESIENNY LAS CZARNA SĘDZISZOWSKA KOLORY JESIENI

Rozpłynęła się w powietrzu

To było rano, jeszcze z na wpół zamkniętymi oczyma wysiadłem z auta i leniwie rozglądalem się za kadrami. Czułem się dziwnie, jakby mnie ktoś obserwował, czułem czyjś wzrok na sobie. Nerwowo zacząłem się rozglądać dookoła i zauważyłem ją. To sarna lustrowala mnie wzrokiem. Musiała być zdziwiona tak samo jak ja, bo stała w bezruchu udając, że jej nie ma.

Ja zdążyłem rozstawić statyw, zmienić obiektyw i zrobić zdjęcie, a ona tak stała jak posąg. Naprawdę szacun dla niej, ponieważ zdjęcie naświetlałem dokładnie jedną sekundę, bo było jeszcze nieco ciemno, a ona ani drgnęła. Pozwoliła powtórzyć zdjęcie kolejny i kolejny raz i dopiero po tym w ułamku sekundy wręcz rozpłynęła się w powietrzu.

Widok nie częsty

Dawno nie było deszczu, więc mogłem swoje dwa kółka zabrać na polne drogi, gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Tu, w swojej najbliższej okolicy. I udało mi się odkryć całkiem urocze miejsce z przebarwionym drzewem i pasącymi się krowami. Dwie krowy uwiązane na łańcuchu, a nie w stadzie to momo wszystko dość rzadki widok w naszych czasach.

Zdawać by się mogło patrząc na minę krowy ze zdjęcia numer jeden, że i widok samotnego rowerzysty z zaczepionymi sakwami i dziwnym urządzeniem przy oku nie jest zbyt częsty w tej okolicy.

Oczarował ją dżajant

Kontuzja kolana. Zbliżał się weekend, a we wrześniowe weekendy przecież ja łażę po lasach w nadziei na spotkanie z jeleniami albo jakowąś inną dziką zwierzyną. Tymczasem nie mogłem przejść bez bólu więcej niż kilkadziesiąt metrów. Na szczęście w piątek po południu zaczęło się trochę poprawiać, ale ja chcę do lasu na kilka godzin co najmniej!

Może na rowerze kolano nie będzie bolało… Nie pozostało nic innego, jak zawieść do lasu rower, zabrać aparat i liczyć na spotkanie z jeleniami. Pierwszy trafił się już na samym początku drogi, ale zanim ogarnąłem technikę szybkiego zatrzymywania, zeskakiwania i odpalania aparatu, jelenia dawno nie było. Nauczony doświadczeniem resztę drogi jechałem z włączonym, dyndającym u szyi aparatem. Tylko wtedy to już jakoś żadna zwierzyna się nie pokazywała.

Ale… w końcu trafiła się dostojna łania. Stała na skraju lasu i spoglądała na mnie z zainteresowaniem. Jestem pewien, że oczarował ją mój żółty dżajant 😀

Zrobił mi poranek

Sarny. Kiedy nie ma pogody, na niebie nimbo, one zawsze uratują sytuację. Jest sfotografowana sarna, wyjazd udany 😉 To taki nasz żarcik z kolegą, kiedy wymieniamy się wrażeniami po wyjazdach w plenery.

Tutaj jednak sarny przeszły same siebie dosłownie i w przenośni. No bo żeby aż takie fikołki prezentować przed obiektywem, to trzeba nie tylko chcieć, ale i umieć. Spisały sie na medal i zrobiły mi ten poranek 😉

Kawałek wykrojony

Jakie miłe zaskoczenie. Spacerując mglistym rankiem po polach trafiłem na parę koni. Ktoś musiał naprawdę bardzo wcześnie wstać, aby je wypuścić na pastwisko, bo słońce wstało kilkadziesiąt minut wcześniej. Zakradłem się z daleka, nie chcąc ich niepokoić i wykroiłem ten cudowny kawałek łąki, na którym się pasły.

Lubi to co ja

Idę ja spacerkiem polną drogą, a tu z naprzeciwka taki oto piesek sobie biegnie. Ja przykucnąłem z aparatem gotowym do zdjęcia, a on przystanął. Ja zrobiłem fotkę, a on odbił w bok. Wołałem, gwizdałem, kiciałem, ale nie zaufał mi na tyle, aby podejść.

Nikogo w pobliżu nie było, piesek pewnie tak jak ja lubi samotne spacery po polnych drogach…