Doznania estetyczne

Takie mam ostatnio hobby połączone, że biorę rower na dach auta, wiozę do lasu i tam sobie niespiesznie przemierzam leśne szutry z aparatem na szyi. Ostatnio poszedłem nawet krok dalej i startuję już o świcie, no bo wiadomo, że wtedy bywa najpiękniej. I żałuję tylko, że wczesniej nie wpadłem na ten prosty pomysł, bo zwiedzanie jesiennego lasu na rowerze to jest to!

Jest tam teraz tak pieknie, że głowa lata dookoła i nie chce się wracać do domu. Ostatnio spędziłem tam osiem godzin, a minęło mi to jak godzina. Nawet nie czułem, albo nie zwracałem na ból tyłka od siodełka. Dziś nie jest inaczej, kiedy czytacie post, ja pomykam już leśnymi dróżkami w poszukiwaniu nowych doznań estetycznych 🙂

Cierpliwe oczekiwanie

Jesienne kolory drzew w połączeniu z cudownym zachodem słońca. Mój ulubiony układ chmur, czyli większość nieba w chmurach, a nad samym horyzontem luka, sprawił ten niesamowity klimat wieczoru.

Tylko dlaczego to wszystko trwa tak krótko? Ale z drugiej strony, gdyby tak było cały dzień, czy nawet przez kilka godzin, to szybko byśmy do tego przywykli. Wyczekiwanie na wspaniałe warunki, cudowne wschody i zachody, to jest to co mnie kręci w fotografii. Jestem cieprliwy, i wiem, że wcześniej czy później znajdę się w odpowiednim miejscu i czasie. A nawet jeśli coś przegapię, to natura powtórzy to za jakiś czas.

Lipa, droga i chmura

Urlop. Normalny człowiek jak ma urlop to śpi długo. Jest 6:08 – zrywam sie na równe nogi. Stoję tak i nie wiem jak to się stało. Czy coś mi się przyśniło, czy coś innego mnie obudziło. Skoro już jestem na prostych nogach wyglądam przez okno. Już wiem. To zbudził mnie nadchodzący warun. W kilka minut siedzę w aucie i jadę w pierwsze lepsze miejsce, które przychodzi mi do głowy. To dziesięc kilometrów, muszę się spieszyć.

Docieram dokłądnie na czas, ani za wcześnie, ani za późno. Porzucam samochód na poboczu i biegnąc na miejsce rozkładam nogi statywu. Po kolejnych kilku minutach mam swoje trzy ujęcia. Niepozorna chmurka w kolorze czerwonego wina. Niewielka, niziutka, a pod nią wstążka drogi. I ta lipa, która od kiedy pamiętam jest taka sama. Coś musi być z nią nie tak, że więcej nie rośnie. Niech nie rośnie, byle nikt jej nie wyciął, bo ta miejscówka jest napradę przepiękna.

Jak najwięcej kolorów

Mamy to na co tak długo czekaliśmy. Prawdziwą polską złotą jesień. Od czwartku temperatury wysokie jak na tę porę roku i dużo słońca. Udało się poświęcić jeden dzień na stukilometrową trasę rowerem po lesie. Możecie sobie wybrazić, co to za uczta dla zmysłów? Przepiękne kolory opanowały podkarpackie lasy. O tym jednak innym razem, bo zdjęcia grzecznie czekają na postprodukcję, a kiedy to czytacie ja znów mykam, tym razem po resztkach puszczy sandomierskiej.

A poniższy kadr zrobiłem jednego z ostatnich wieczorów. Starałem się zmieścić w nim jak najwięcej jesiennych kolorów. Zachodzące słońce pomogło tylko w ich wydobyciu i nasyceniu. Od tych kilku dni jestem nieustannie w szale bojowym, aby każdą wolną chwilę wykorzystać na podziwianie i uwiecznianie tych cudnych kolorów jesieni.

Efekt rozmycia

To nie jest tak, że zawsze trafiam na super warunki i najidealniejsze światło do fotografowania. Na zdjęcie składa się wiele składowych. Pierwsze i najważniejsze – bardzo często analizuję prognozy pogody, aby na tej podstawie wywnioskować, czy warto wychodzić w teren. To zajmuje sporo czasu, a i tak nieraz się nie sprawdzają, albo sam świadomie wychodzę podczas gorszej (do zdjęć) aury.

Po drugie wychodzę, wyjeżdżam w teren i oglądam się nieustannie w poszukiwaniu miejscówek, choć tu już mam małe miejsce do popisu, bo całą okolicę znam jak własną kieszeń. Później znajdując się już na miejscu poszukuję ciekawych kadrów. A ukoronowaniem i wisienką jest już postprodukcja kadrów w programie graficznym.

Wtorkowy wieczór – to wtedy natura wynagrodziła moje starania do jak najpiękniejszego jej uwiecznienia. Po zachodzie słońca delikatne chmurki nabrały malinowego koloru, a ja postanowiłem użyć filtru szarego umożliwiającego rozmycie wędrujących poniebie chmur. Myślę, że powstał całkiem fajny efekt, a zdjęcie nabrało dynamiki.

Po i przed deszczem

Takie całkiem zwykłe widoki. Po prostu jechałem samochodem, przyświeciło ładnie słońce, zatrzymałem się, przeszedłem parę paręset kroków i zrobiłem te kilka zdjęć. Spontanicznie, bez zastanowienia. Spodobala mi się ta jedna chwila i chciałem uwiecznić miejsce, w pobliżu którego w owej chwili się znalazłem.

Było po deszczu, a przed następnym. Na niebie z jednej strony wisiały pozostałości ciemnych chmur, jakies resztki kowadła komórki opadowej, a słońce na niedługą chwilę znalazło sobie sobie kawałek miejsca dla siebie i oświeciło okolicę.

Krok w bok

We wczorajszym poście pisałem o tym, że wystarczy nieraz poczekać kilka minut, a już mamy zupełnie inne światło. A dziś przykład, że nie warto robić ujęć tylko z jednego miejsca, bo czasem wystaczy jeden, czy kilka kroków do przodu, do tyłu, w bok i mamy zupełnie inny kadr.

Wczorajszy poranek zapowiadał się mgliście. Co z tego, że obudziłem się na czas, jak zacząłem się zastanawiać, czy jechać w teren i ponownie zasnąłem. Na szczęście mgła utrzymywała się długo i zdążyłem odwiedzić kilka miejsc i nacieszyć się cudownymi jesiennymi widokami. Poniższe zdjęcia z widokiem na górę Bardo na Pogórzu Strzyżowskim, a pozostałe mam nadzieję pokażę wkrótce 🙂

Pogoda i światło

Dwa zdjęcia zrobione w odstępie dziewięciu minut. Wprawne oko zauważy, że co prawda na jednym i drugim światło niesamowicie dopisało, ale jeden od drugiego się różni. Barwy są inne, a dzieli je tylko tych kilka minut. Tą samą miejscówkę można sfotografować w różnych porach dnia, różnych porach roku i podczas róznej pogody i każde zdjęcie będzie inne.

To nie jest kwestia postprodukcji, ani przypadku. Systematyczność, upór i cierpliwość. Dla mnie mniej ważne jest w jakim miejscu się znajdę, a bardziej ważne jakie będą warunki pogodowe i światło. Liczy sie ta krótka chwila, którą uda się uwiecznić. Że mogę się nią później podzielić. Że Ci co przegapili cudowny zachód, zaglądną rano do mojego bloga i patrząc na zdjęcie przeżyją to co ja widziałem na własne oczy.

Odpowiedni moment

Wydawało mi się, że najciekawsze miejscówki blisko domu znam jak własną kieszeń. Jednak o tym drzewku jarzębiny nie wiedziałem, mimo że przejeżdżam codziennie kilkadziesiąt metrów od niego. No ale nie widać go z drogi, albo z tej odległości i pod tym kątem nie wygląda atrakcyjnie.

Zauważyłem je wędrując od zupełnie innej strony któregoś wieczoru w ubiegłym tygodniu. Wieczorne światło było cudowne, a ja musiałem się spieszyć, aby dotrzeć do niego na czas. Liczyła się każda minuta, bo słońce chyliło się ku zachodowi. I chyba fotkę zrobiłem w najbardziej odpowiednim momencie…