Światło nieśmiałe

Poranna przejażdżka rowerowa po lesie. Pogoda była prawie idealna. Przede wszystkim bez wiatru i temperatura w okolicy piętnastu stopni. Na początku zalegały jeszcze lekkie mgiełki i jedyne, czego mi brakowało to większej ilość chwil ze słońcem.

Gdy tylko wychylało się zza chmur szybciutko się zatrzymywałem i szukałem kadru. Las co prawda zawsze wygląda pięknie, ale w takim delikatnym niskim jeszcze światełku, gdzies tam u góry niesmiało wyłaniającym się zza chmur, jest jeszcze piękniej.

Traktor jak ozdoba

Pogoda dopisywała, więc można było nadrobić zaległości w polu. A pracujący traktor, zwłaszcza w tak cudownych okolicznościach przyrody to świetna ozdoba pięknego krajobrazu.

Wspominałem, że w ubiegły tydzień każdy jeden dzień spędziłem na wędorwaniu i fotografowaniu okolicy. Słońce świeciło przepięknie. Gdzie nie spojrzeć, upiekszony tym naturalnym światłem krajobraz wprost promieniał. I późnym popołudniem i samym wieczorem.

Nie odsunęła się

Zacumowałem nad żwirownią. Postanowiłem poczekać, a nuż ciemna chmura się odsunie i nastanie światłość. Nie chciałem marnować czasu, więc przechadzałem się w poszukiwaniu kadrów. I to chyba był dobry pomysł, bo łądniej już nie było. No może już po zachodzie, gdy na kilka chwil królowały fiolety.

Spektakl natury

Jak całe lato niewiele fotografowałem, bo i warunków nie było zbyt często, a i rower pochłaniał sporo czasu, tak w mijającym tygodniu wszystko się odwróciło. Wszystkie sześć wieczorów spędziłem w terenie i trzy razy trafiłem na istny szał na niebie. Z dwóch pozostałych wieczorów również wpadło po kilka zdjęć.

Poniżej fotki ze środy. Plany były zupełnie inne niż fotografowanie, ale na szczęście wziąłem ze sobą aparat, a plany musiały ulec na bieżąco zmianie, kiedy zobaczyłem co się dzieje na niebie. Jak jeszcze chwilę wcześniej wydawało się, że niebo nie zaświeci, tak później na kilkanaście minut wszystko mieniło się kolorami. Pędziłem jak szalony na najbliższą znaną mi miejscówkę i udało się uwiecznić ten spektakl natury.

Osobiste uczestnictwo

Bywa i tak że nawet mnie, można by rzec stałego bywalca wschodów czy zachódów słońca, natura potrafi zaskoczyć. Zaskoczyć oczywiście pozytywnie. Był ostatnio taki wieczór, który zaczynał się całkiem normalnie, ale ja tylko czekałem, aż słońce zejdzie spod chmur i zabłyśnie swoim blaskiem przez swoje ostatnie minuty na nieboskłonie.

Czekałem i miałem nadzieję na fajny spektakl, ale czegoś takiego to nie spodziewałem się absolutnie. Kolory były tak fantastyczne, że przez chwilę martwiłem się, czy matryca aparatu to ogarnie. No bo ludzkie oko, to wiadomo. Matryca poradziła sobie doskonale i oto możemy wszyscy podziwiać ten niezwykły spektakl, w którym dane mi było uczestniczyć osobiście.

Pierwszy dzień jesieni

No to mamy pierwszy dzień astronomicznej jesieni. Do tej pory wrzesień nie rozpieszczał, pozostaje mieć nadzieję, że to się jeszcze zmieni. Będziemy cieszyć się przyjemnym jesiennym ciepełkiem, a wiatr i deszcz poczekają sobie na listopad.

Tymczasem zdjęcia, które zrobiłem któregoś zamglonego wieczoru, po opadach deszczu z mojego ulubionego wzgórza tu w okolicy, skąd rozlega się widok na okoliczne miejscowości. Co by nie mówić o jesieni, na pewno ma swój urok. Nie tylko w kolorowych liściach, ale również mgłach i klimacie nie do podrobienia podczas innych pór roku.

Zapamiętane na zawsze

Wracam dziś do przedwczorajszego wieczoru, kiedy nad moją okolicę nadciągał widowiskowy wał szkwałowy (wczorajszy wpis). Trzy fotki. Tyle udało mi się zrobić od czasu kiedy wpadłem na wzgórze, a zanim zaszło słońce. To było króciótkie trzy, może pięć minut. W tym czasie zdążyłem porzucić auto, szybo rozłożyć statyw, zapiąć aparat i zrobić wspomniane trzy ujęcia.

Jednocześnie chłonąłem ten widok wszystkimi zmysłami, światło było tak cudowne – intensywne, miękkie, oszałamiające. To jest jedna z takich chwil, których się nie zapomina. Taka, że kiedy po latach wrócę do tych zdjęć, będzie mi się wydawało, że tam ciągle jestem. Będę pamiętał każdy szczegół. Każdą myśl, która mi wtedy towarzyszyła.

Niebo i ziemia świeciły

Co za niespodziewanie cudowny wieczór. Piątek, bo to tego dnia przed zmrokiem, mimo kontuzjowanego kolana wybrałem się w plener. Bardzo ciężko było mi dojść na upatrzone miejsce, ale głód fotografowania pchał mnie do przodu.

Początkowo niebo było takie sobie. Nie spiesząc się upatrzyłem sobie kilka kadrów i niespiesznie fotografowałem. Po chwili słońce znalazło sobie gdzieś tam między chmurami większą dziurę i zaczął się prawdziwy spektakl. Kuśtykając zawróciłem, aby zrobione wcześniej kadry powtórzyć w tym cudownym swietle.

Na te dosłownie kilka minut wszystko aż raziło blaskiem. Niebo i ziemia zdawały się świecić swoim własnym pomarańczowo żółto czerwonym światłem! Poniżej jedno zdjęcie, które doskonale oddaje nastrój opisywanego wieczoru.

Nutka tajemniczości

Szósta rano to nie jest już tak żle. Bo w lecie wstawanie za często o wschodzie słońca nie wchodziło w grę. Teraz, kiedy słońce wstaje coraz później, można sie i wyspać i zdązyć na te najpiekniejsze chwile do lasu. Chwile, kiedy słońce ledwo przedziera się przez konary drzew, a zamglone powietrze dodaje nutki tajemniczości.