Jadę ja Wam dzisiaj rowerem, a tu na niebie taki kapelusik 😉

Jadę ja Wam dzisiaj rowerem, a tu na niebie taki kapelusik 😉

Plan był taki, żeby w tym roku w końcu pojechać w Bieszczady. Tak się jednak zafiksowałem na jazdę rowerem, że prawie minął czerwiec, a ja swojego planu nie wykonałem. Trochę mi żal, ale po pierwsze może jeszcze będzie okazja, a po drugie podczas swoich rowerowych eskapad mam pieknych widoków aż nadto. Tym bardziej że wypuszczam się coraz bardziej na górzyste południe.
Pozostały mi fotograficzne wspomnienia z mojego spaceru Bukowym Berdem kilka lat temu. Wiele osób twierdzi, że w Bieszczadach najpiekniej jest jesienią, ja jednak śmiem twierdzić, że jednak w czaerwcu 😉




Pewnie takich miejsc jest sporo w okolicy, ale ja wybieram te z dala od zabudowań i ludzi. Udaję się tam, gdzie nie spodziewam się spotkać żywego ducha. Nie jest dla mnie istotne, że robię po raz n-ty zdjęcia w tym samym miejscu. Ważna jest ta konkretna chwila, te konkretne warunki na niebie i ten konkretny klimat. Pustka i cisza dookoła. Ważne, aby móc bez zakłóceń konteplować piękno natury, piękno tych ulotnych chwil, gdy słońce chyli sie ku zachodowi.

Rzuciła mi się w oczy specyficzna chmura i od razu skojarzyła mi się z latającym spodkiem. Byłem kilka kilometrów od akacji i stwierdziłem, że razem z nimi musi się fajnie prezentować na niebie. W te pędy podjechałem, aby zrobić tę fotkę.
Moja mania ciągłego spoglądania w niebo przydała się po raz kolejny. Bo o ile fotografowane miejsca siłą rzeczy muszą się powtarzać, to warunki będą za każdym razem inne i ciągle potrafią zaskakiwać czymś nowym.

Trochę gorąco, choć słońce schowane było za delikatnymi chmurkmi. A to wymarzone warunki do makrofotografii. Naturalnie rozproszone światło. Wziąłem więc aparat i wyruszyłem na pobliską łąkę w poszukiwaniu owadów. Najciekawsze okazy przedstawiam poniżej.
Najpierw w oczy rzucił mi się chrząszcz, który w dziwnej pozie, trzymając się tylko przednimi odnóżami, zwisał ze ździebełka. Myślałem, że coś z nim nie tak, ale szturchnięty lekko tylko pomachał czułkami i wisiał sobie dalej. Możliwe, że jakowyś jogin…

Kolejny, to przedsatwiciel przostoskrzydłych. Sądząc po mieczu wystającym spod płaszcza, to jakowyś miecznik. Swoją drogą, ciekwy jestem po co mu on potrzebny. Pewnie do obrony przed obcymi najeźdźcami z sąsiedniej łąki….

Następny pod obiektyw poszedł malutki chrząszczyk o długim nochalu. Nie wnikam w jego charakter, ale mimo niezbyt pięknej buźki wygląda na porządnego chrząszcza.

Ostatni to pluskwiak, którego znalazłem na jednej z dzikiwch wiśni. O mało go nie zjadłem razem z nią.

To ten czas. Sianokosy trwają, a ja chodzę po polach i wdycham zapach suchego sianka. Kiedy nikt nie widzi kładę się na wykoszonej trawie i leżę delektując się ciszą, ciepłem i łaskoczącymi źdźbłami dopóki nie oblezą mnie mrówki. Jakiś fenomen tego roku, bo na razie nie ma komarów. Nie ma bąków, które latają i atakują dopóki nie uda im się użreć. Niczym niezmącony spokój letniego już prawie popołudnia.




FOT. WITOLD OCHAŁ POWIAT ROPCZYCKO-SĘDZISZOWSKI ZAGORZYCE
Jęczmień. To zboże lubię najbardziej. Po pierwsze ma fantastyczny kolor, po drugie na wietrze potrafi robić fale, jak na wodzie. Uwielbiam łany jęczmienia, zwłaszcza wieczorową wietrzną porą. Mieniące się w złocie zachodzącego słońca.




Bele. Coraz ich więcej na polach. Jest właśnie po pierwszych siankosach. Oklepany temat, jednak kiedy je widzę, ale koniecznie w połączeniu ze wspaniałym krajobrazem i nietuzinkowym światłem, wyciągam aparat i pstrykam foty.
Widok z poniższych zdjęć mnie zaskoczył. Niebo było prawie czyste, więc nie spodziewałem się widowiskowego zachodu. Moje bele, a w oddali pasące się dwa koniki w połączeniu z chylącym się do horyzontu słońcem stworzyły mi idealny kadr. Wystarczyło się zatrzymać i uwiecznić. Ileż to roboty 🙂


Wspominałem, że co prawda wożę ze sobą aparat na wyprawy rowerowe, choć rzadko robię zdjęcia. Ostatnio jednak jechałem tak malowniczą trasą, że nie mogłem sobie odmówić zrobienia kilku zdjęć w najciekawszych miejscówkach. Najbardziej ujął mnie widok na południowe zbocza Pogórza Strzyżowskiego z pasącymi się na pierwszym planie końmi, widok na kościół w Sowinie oraz górujący nad doliną Wisłoka – kościół we Frysztaku.
Dziś właśnie stuknęło mi 2000 km przejechanych od początku sezonu, czyli gdzieś od połowy marca. To prawie 100 godzin spędzonych w siodełku podczas czterdziestu wycieczek. Spaliłem 52 tys. kalorii, a przewyższenia to 18 000 m w gorę i 18 000 m w dół. To tak jakbym dwukrotnie wskoczył na Mount Everest 🙂










Przyznam się szczerze, tym razem zupełnie przypadkiem obczaiłem tę miejscówkę, gdzie pomiędzy drzewami widać naszą okoliczną, widoczną z pobliskich wzniesień „fabrykę” – Zakłady Magnezytowe. Rzuciłem okiem na aplikację, czy aby gdzieś w tym rejonie nie zachodzi akurat słońce i okazało się, że owszem.
Co prawda nad horyzontem wisiała chmura, ale istniała szansa, że się przesunie, a spod niej wyjdzie lekko przytłumione słońce. Postanowiłem poczekać do zachodu i tak oto powstały poniższe zdjęcia. Wisienką „na torcie” był przelatujący akurat w okolicy słońca motoparalotniarz.



FOT. WITOLD OCHAŁ POWIAT ROPCZYCKO-SĘDZISZOWSKI ROPCZYCE ZAKŁADY MAGNEZYTOWE W ROPCZYCACH