Czasy beli

Takie nastały czasy, że to bele są atrakcją współczesnego krajobrazu. I o ile wiele z nas z rzewnością wspomina czasy snopów ściętego zboża, to one juz nie wrócą. Kiedy popołudniem jadąc rowerem zobaczyłem na sąsiednim wzgórzu ogromną ilośc beli, postanowiłem podjechać tam wieczorem i zrobić kilka zdjęć, zanim zostaną pozbierane z pola.

Choć na niebie nie było wielu chmur, dopisało piękne wieczorne światło. Miałem kilkadziesiąt minut czasu na oddanie się swojej pasji. Pasji do spędzania czasu na łonie przyrody, do wyszukiwania najciekawszych kadrów i uwieczniania ich na matrycy aparatu. Z pewnością pokażę tu jeszcze nieco zdjęć z tego pleneru, bo powstało ich sporo 😉

Kadr bez ceregieli

Tę miejscówkę z zakrętasami na torach upatrzyłem sobie jakiś czas temu i już ją tu pokazywałem odgrażając się, że jeszcze tam wrócę. Otóż wróciłem i uparcie czekałem, aż wjedzie pociąg. Oczywiście o zachodzie słońca, fotografując w jego stronę, aby uzyskać tę nieprawdopodobną wręcz kolorystykę.

To nie fotoszop, ale wyczekane warunki, kiedy słońce jest dokładnie na wprost obiektywu tuż nad kadrem. Do tego długa ogniskowa i mamy bez dodatkowych ceregieli klimatyczny kadr. Wystarczyła odrobina cierpliwości, aby wyczekać dzień, warunki pogodowe i… pociąg 😉

Lubię upał

Dawno temuj, kiedy byłem nastolatkiem nie lubiałem upałów i lata. Okres od maja do sierpnia był najmniej ulubionym okresem w roku. Później na szczęście się to zmieniło, a aktualnie uwielbiam kilku, czy kilkunastodniowe upały zprostego powodu – mogę jeździć na wielogodzinne wyprawy rowerowe bez stresu o zmienną pogodę.

Ostatnio podczas bezchmurnego, upalnego wieczoru rzuciło mi się w oczy kilka poniższych kadrów.

Ulotne chwile

Aż ciężko w to uwierzyć, że dwadzieścia minut wcześniej padał ulewny deszcz, wiał wiatr i było prawie ciemno. Za to uwielbiam aurę, że potrafi zmienić się dosłownie z kwadransu na kwadrans. Jest ulewa, ale ja biorę pod uwagę, że po ulewie może przyjść całkiem przyjemna pogoda, pastelowy zachód słońca. To są niezwykle ulotne chwile. A ja tylko takie lubię uwieczniać na moich zdjęciach.

Nie do znudzenia

Każdy wieczór niesie ze sobą coś innego. Niby jeden do drugiego podobny, ale wcale tak nie jest. Spędzając często wieczory w plenerze zauważa się subtelne różnice. Światło jest za każdym razem nieco inne. Za każdym rozem ujęcia, nawet w tych samych miejscach różnią się od siebie. Zauważy się inny kadr, albo zrobi zdjęcie pod innym kątem do słońca i już mamy inną fotkę. To jest nie do znudzenia. Nigdy.

Znad Czorsztyna

Kiedy jest mało czasu na fotografowanie, co jakiś czas wracam do starszych fotek, które jeszcze nie ujrzały światła dziennego. Miło wrócić do starszych zdjęć, wracają wtedy wspomnienia. Na podstawie zdjęcia jestem w stanie odtworzyć prawie każdy szczegół okoliczności powstania zdjęcia.

Poniższe powstały pod koniec lipca, trzy lata temu ze wgórza nad Czorsztynem, skąd rozciąga się nie tylko cudowna panorama na Tatry, ale również na północny zachód.

Kulka porównana

Mam miejscówkę, gdzie zjawiam się co roku w porze najdłuższego dnia roku. Wtedy słońce zachodzi w okolicy oddalonego o ponad sześć kilometrów w linii prostej krzyża. Zawsze jednakowo zadzwia mnie ta perspektywa długoogniskowego obiektywu. Słońce, które będąc wysoko na niebie wydaje się malutkie, w porównaniu z odpowiednio oddalonym od obserwatora obiektem robi niesamowite wrażenie.

Otoczenie zadbane

Niektórzy może rozpoznają ten krzyż. Tak, to ten pod akacjami, które tu pokazuję regularnie. Akacje same w sobie są piękne – jeśli chodzi o kształt, położenie – w szczerym polu, przy polnej drodze. Ale to jak zadbane jest miejsce, w którym wyrastają z ziemi i krzyż znajdujący się między nimi również zasługuje na uwagę. Pod każdym względem to miejsce jest wyjątkowe. A najwyjątkowsze jest oczywiście w pięknym świetle. Tutaj jeden z ostatnich letnich wieczorów.

Droga do bajkowego świata

Ostre słońce świeciło aż do samego horyzontu. Na niebie nie było żadnych chmur, a mimo późnej pory żar nadal lał się z nieba. Na polach, w oddali słychać było pracujące maszyny rolnicze. W wiosce znajdującej się w dolinie uparcie ujadał pies. Echo niosło się na okoliczne wzgórze. To wszystko było akompaniamentem dla cykających w trawach świerszczy.

Wyczekałem na moment zrównainia słońca z horyzontem, bo wtedy światło było najfajniejsze. Wijąca się droga asfaltowa, taka jaką najbardziej lubię do przejażdżek rowerowych – pośród pól i mało uczęszczana. Podczas schyłku dnia niczym droga prowadząca do bajkowego świata.