Burze odległe

Może nic tu takiego nie ma niezwykłego, jak tylko to, że widoczne na horyzoncie chmury, to odległe o grubo ponad sto kilometrów mocno wypiętrzone chmury burzowe. Podczas, gdy w okolicy Rzeszowa było już po konwekcjach, w rejonie Krakowa nadal szalały burze.

Udało się uchwycić dwie wypiętrzone komórki podświetlone zachodzącym za nimi słońcem.

To by mi się nie znudziło

Zorientowałem się, że gdzieś tu nade mną znienacka powstaje chmura opadowa. Wzięła się z niczego, jak było czyste niebo, tak nagle zaczeła tworzyć się chmura. I to chmura pięknie podświetlona niskim słońcem. W te pędy pojechałem na punkt widokowy, aby stamtąd obserwować sytuację.

Niesamowite światło skłoniło mnie nie tylko do fotografowania na szerokim kącie, ale również do wyłuskania moich ulubionych budowli teleobiektywem. Okolica w cieniu, a kilka kilometrów ode mnie rozlane wieczorne światło. Widok jak dla mnie tak cudowny, że mógłbym tam stać i nie znudziło by mi się to zbyt prędko.

Wygrana w totolotka

Gdybym wiedział, że będzie pozowane na tle nieba, to ubrałbym się bardziej odświętnie, zwłaszcze że to niedziela była. Niestety miałem na sobie standardowy strój plenerowy z obowiązkowym gumiakiem w roli głównej.

A okazja była naprawdę niesamowita, bo dawno nie widziałem tak intensywnie czerwonych i różowych barw na niebie. Trwało to kilka minut i zdążyłem zrobić raptem kilka zdjęć, ale zobaczyć coś takiego na własne oczy to jak wygrać los w loterii, a uwiecznić – to już prawie jak wygrana w totolotka 🙂

Ogień na korbę

Zdecydowanie jeden z piękniejszych zachodów jakie miałem możliwość podziwiać i fotografować w tym roku! I to tak niespodziewanie. Spontanicznie wyskoczyłem na jedną z najbliższych miejscówek, a tu na niebie takie cuda!

Była środa, do zachodu jeszcze nieco czasu, a ja jeździłem na rowerze i spoglądałem raz po raz w niebo i na podgląd zachmurzenia z satelity. Wszystko wskazywało na ciekawe warunki. Docisnąłem korbę, wpadłem do domu po aparat jak po ogień, i długa samochodem pod pobliską kaplpczkę Nepomucena.

Czysty przypadek

Wpadłem na górkę z chmurą kurzu. Chwilę wcześniej fotografowałem nieopodal, ale na sam finał podjechałem na moją ulubioną miejscówkę na Podlasku.

Słońce właśnie zaczynało dotykać horyzontu. Wyszarpałem z torby aparat, rozstawiłem statyw i wycelowałem w słońce. Gołym okiem tego nie widziałem, ale jak się okazało na ekranie aparatu słońce było dokładnie między dwoma nadajnikami telefonii komórkowej oddalonymi o dziesięć kilometrów!

Oczywiście fotografowałem je już między nimi nie raz, ale tym razem, słowo harcerza, to był czysty przypadek! 😉

Skryty horyzont

Co prawda chmur było bez liku, ale coś mnie tknęło, że może znajdzie się jakaś mała luka, z której spłyną widowiskowe promienie… Tym razem zastałem na niebie dokłądnie to, co sobie wcześniej wyobraziłem. Była to szybka akcja. Wysiadłem z auta, zrobiłem kilka kroków, pstryknąłem fotkę i miałem już to co chciałem.

Nie wracam jednak od razu do domu. Postałem, poczekałem bo już nie raz niebo mnie zaskakiwało. Nie tym razem. Wszystko zgasło i już do zachodu horyzont skryty był pod chmurami.

Niebo użycza blasku

Jeden z moich ulubionych odcinków do jazdy rowerem. Pięć i pół kilometra ciągnące się wąską wyasfaltowaną drogą szczytem wzgórza i przez las. Lubię ją włączyć do trasy. Kilka samotnych drzew, kilka kapliczek. Widoki na odległe wzgórza i na nieco bliższe pagórki. Później las – gdzie nie raz spotykam sarny, czasem jelenie i raz dziki.

Tak układam trasy, aby znaleźć się tam w okolicy zachodu słońca. Jadę wtedy niespiesznie podziwiając nie tylko wspomniane widoki, ale i kolorowe niebo użyczające swojego blasku okolicy.

Plany łóżkowe

Kapliczki występują na moich zdjęciach dosyć często. Lubię bardzo ten klimat, szczególnie na odludziu, z dala od zabudowań, przy polnych drogach.

Jeżdżąc po okolicy widziałem juz różne rzeczy z nimi związane – wyciananie sąsiadujących starych drzew, sadzenie ohydnych tui w ich pobliżu, ale to co zobaczyłem wczoraj przebiło wszystko.

Pod starą urokliwą kapliczką została postawiona sofa. Ja rozumiem, że to z pewnością prywatna własność i każdy może sobie robić tam co chce, ale… no nie wiem, może ze mną jest coś nie tak, ale zrobiło mi się wręcz smutno na taki widok. Aż nie chce wiedzieć jakie plany ktos ma związane z tym łóżkiem 🙂

Pamiątka rowerowa

Środa, pierwszy (a może drugi) dzień wiosny, była kolejnym dniem z dwucyfrową temperaturą. Dopiero samym wieczorem miałem możliwość wsiąść na rower. Spieszyłem się, bo zaraz miał być zachód słońca. Chciałem dojechać na jakieś bezludzie, aby tam nacieszyć się tym widokiem.

Oczywiście powstało kilka pamiątkowych zdjęć. Kiedy jadę specjalnie w celu fotografowania, zabieram statyw i lepszy sprzęt. Na rowerze wożę stary aparat i pstrykam zdjęcia z ręki. Nie zależy mi wtedy na mega ostrych, dopieszczonych zdjęciach, ale o to by oddać nastrój chwili. Mieć pamiątkę po swoich wyprawach, wrócić do nich za jakiś czas, wspomnieć nastrój, emocje, ciszę…

Mogę się dzielić

Tym razem ani nie na rowerze, ani nie na nogach. Jeździłem wieczorową porą po okolicy samochodem i raz po raz zerkałem w stronę zachodu. Nad samym horyzontem było sporo chmur i nie wiedziałem, czy pozostaną szare, czy może nabiorą koloru.

I co? Kilkadziesiąt minut po zachodzie zaczęło nagle robić się czerwono. Ognista czerwień aż rażąca w oczy pojawiła się tuż nad horyzontem. Trwało to krótką chwilę i z powrotem zrobiło się szaro. Jak to dobrze, że wymyślono aparaty cyfrowe. Tymi najcudowniejszymi momentami dnia, wieczoru, mogę się podzielić z Wami.