Tatry z Zagorzyc | 13 07 2022

Kiedy ja je ostatnio od siebie widziałem? Już nawet nie pamiętam. Na pewno dobrych kilka miesięcy temu. Już nawet zapomniałem sprawdzać warunki pogodowe umożliwiające dalekie obserwacje Tatr. Na szczęście dostałem cynk od Kolegi, a byłem w okolicy punktu widokowego, więc podjechałem kawałeczek i oto one – Tatry w całym swoim majestacie.

Widok, który nie może się znudzić. Odległe o 140 kilometrów Tatry robią wrażenie w porównaniu z odległymi o zaledwie kilka kilometrów domami i cudownie podświetlonym ostatnimi promieniami słońca zbożem, które miałem tuż u stóp.

Tatry z Zagorzyc, 13.07.2022

Zjawisko pożądane

W końcu jakiś konkretny warun. Wczoraj wieczorem przechodziły u nas opady konwekcyjne, jedne za drugimi. Nawiasem mówiąc, ledwo udało mi się uciec przed deszczem z przejażdżki rowerowej. Dzięki zbliżającym się szybko opadom odkryłem w sobie ogromne pokłady energii do pedałowania :P.

Na pół godziny przed zachodem nadeszła kolejna fala z opadami. W nadziei, że pojawią się ciekawe warunki wyskoczyłem na pobliskie wzniesienie. I tam na minuty przed zachodem rozjaśniło się się na tyle, że słońce namalowało, może nie bardzo intensywną, ale wyczekiwaną miesiącami tęczę.

Padały jeszcze ostatnie krople deszczu, a ja zasuwałem miedzą zmoczony po tyłek, ale kto by o tym myślał w takiej chwili. Udało się uwiecznić to niby zwykłe i popularne, ale za każdym razem tak samo pożądane przeze mnie zjawisko.

Jarzębina

Pierwsza dekada lipca, to czas, gdy zaczyna dojrzewać jarzębina. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że kiedy byłem dzieckiem, to dojrzewala ona dopiero w sierpniu… Mniejsza z tym, ważne że dojrzewająca jarzębina przepięknie zdobi krajobraz. Ja mam tu w okolicy miejscówkę, gdzie rośnie obok siebie kilkanaście drzewek jarzębiny. Przepieknie to wygląda, zwłaszcza przy miękkim wieczornym słońcu.

Oczywista sprawa, że wybiorę się tam jeszcze własnie któregoś wieczoru, kiedy owoce będą już czerwieniutkie. Tymczasem również podczas niedzielnego rekonesansu udało się złapać kilka kadrów, w tym jedno z padającym deszczem. A lunęło znienacka, kiedy akurat robiłem jedno ze zdjęć. W sumie fajnie wyszło z tym smugami kropli 🙂

Krzyż i psy

Krzyż z mojej okolicy pokazywałem wielokrotnie. Również po tym jak został on oświetlony (na szczęście światła nie są już tak mocne jak na początku, ale według mnie wciąż za mocne). Ostatnio dwa, czy trzy raz wybiarałem się bardzo późnym wieczorem w nadziei na sfotografowanie obłoków srebrzystych. Niestety w tym sezonie nie dopisują 😦

Wydawało mi się, że jestem tam zupełnie sam o tej porze, kiedy tuż obok mnie na polu pojawiły się dwa duże psy. W oddali usłyszałem gwizdanie właścicielki. Psy nic sobie z tego nie robiły i biegały dalej. Tym razem się udało, ale czy puszczanie psów bez smyczy, to dobry pomysł… Ponoć psy wyczuwają kto się ich boi. Ja, wydaje mi się, że się nie boję, ale gdyby trafiło na kogoś innego, kto by spanikował i zaczął uciekać… Jakby to się skończyło… Tego nie wiemy, tego nawet nie wie wspomniana właścicelka, która nie potrafi zapanować nad swoimi psami.

Znad Czorsztyna

Kiedy jest mało czasu na fotografowanie, co jakiś czas wracam do starszych fotek, które jeszcze nie ujrzały światła dziennego. Miło wrócić do starszych zdjęć, wracają wtedy wspomnienia. Na podstawie zdjęcia jestem w stanie odtworzyć prawie każdy szczegół okoliczności powstania zdjęcia.

Poniższe powstały pod koniec lipca, trzy lata temu ze wgórza nad Czorsztynem, skąd rozciąga się nie tylko cudowna panorama na Tatry, ale również na północny zachód.

Słońce i pociąg

Na kadr z zachodzącym słońcem w tym miejscu miałem chrapkę od jakiegoś czasu. Rozchodziło się o dwie rzeczy – aby warunki pogodowe były sprzyjające i aby w odpowiednim czasie nadjechał pociąg. Rozłożyłem zatem statyw z aparatem i czekałem.

Słońce zniżało się coraz bardziej, a pociąg nie chciał nadjechać. W końcu patrzę – w oddali jest pociąg! InterCity nie zawiódł i nadjechał. Tak oto powstały poniższe zdjęcia.

Rok na rowerze

Dzisiaj wpis rowerowo-fotograficzny, bo właśnie mija równiutki rok, jak po przerwie ponownie wsiadłem na rower i od razu stało się to na nowo moją drugą równie ważną, jak fotografia pasją, a w tym sezonie to chyba nawet ważniejszą. Rzadko robię zdjęcia na tych moich wyprawach, ale dzięki rowerowi znalazłem sporo nowych miejscówek, na które być może kiedyś wrócę z aparatem. Koniecznie o moich ulubionych porach wschodu lub zachodu słońca. Jednak fotografowanie w dzień, kiedy jeżdżę jakoś mi nie leży. Pozostaję przy pamiątkowych zdjęciach ze smartfona.

Jeszcze garść statystyk z tego roku: Rowerem pokonałem 5 230 km (to jak z Warszawy do Delhi w Indiach), podczas 116 wypraw, w ciągu ponad 268 godzin. Spaliłem 140 000 kalorii, i wjechałem łącznie 58 800 metrów pod górę i tyle samo w dół. To jakby 6 i pół raza wjechać na Mount Everest.

Swoją drogą ciekaw jestem, jak długo potrwa ta faza 😛

Fiona

Czy to wiewiórka, jeż, dzięcioł, sroka, czy inna sarna, kto zawita do mnie do ogrodu, może liczyć na darmową sesję foto. Tym razem padło na kota. A raczej chyba kotkę.

Była już zaawansowana szarówka, kiedy moja pierwsza żona wywołała mne do ogrodu, koniecznie z aparatem. Tam czekała już rozochocona do zabawy i psot czarno-ruda kotka. Nie wiadomo skąd i czyja, ale skoro wdepła… Przed fotografowaniem musiałem nadać jej imię, padło na Fiona. Chyba jej się spodobało, bo wdzięczyła mi się przed aparatem z wprawą modelki.

Kadr wokół drzewa

Trochę popadało, więc wieczór był lekko przymglony parującą wilgocią, ale słońce świeciło aż do samego horyzontu. I to te kilka ostatnie minut jego królowania na niebie wybrałem do zrobienia poniższej fotki. Moją uwagę zwróciło samotne drzewo i wokól niego spróbowałem zbudować swój kadr.

Próby nieudane

W niedzielę późne popołudnie spędziłem na leżingu po wyczerpującej wyprawie rowerowej. Zwróciłem uwagę, na duży ruch samolotowy i zerknąłem na aplikację, czy aby gdzieś nie powinien być widoczny księżyc. Owszem, miał górować na wysokim południowym niebie.

I tak raz po raz zerkałem na radar lotów, kilka samolotów przeprowadziło próbę trafienia w księżyc, ale jakoś wszystkie były mocno nieudane. Aż w końcu jednemu z nich prawie, prawie się udało.