Esploracja oddalona

Niedzielny poranek. Nie robiłem planów na rano, ale sam z siebie obudziłem się po czwartej. Odwróciłem na drugi bok i… już nie usnąłem. To musiał być znak. Wsadziłem rower na samochód i podjechałem kawałek od domu, aby aksplorować coraz to nowe tereny.

Tu na dzień dobry trafił mi się taki cudowny widok. Stawy po żwirowni przykryte warstewką mgły, a na niebie to samo co w wodzie. Niezapomniany widok i motywujący do dalszego poszukiwania piękna natury.

Z zaskoczenia

Wschody i zachody słońca mam prawie na codzień. Księżyca – co miesiąc. Ale trafić na taki niby zwyczajny obrazek – to cieszy jeszcze bardziej niz niejeden warun na niebie.

Jechałem rowerem pod solidną górkę, gdy zza zakrętu wypadło dwa konie ze źrebakiem, które prowadziły ze sobą swojego pana i zapewne jego córkę. Zwiewałem w rów szybciej niż ustawa przewiduje, jednocześnie wyrywając z sakwy aparat. Zanim doszedł mnie powiew wiatru za nimi, już pstrykałem fotkę.

Zanim przekwitnie

Najpierw czekaliśmy na wiosnę, potem zakwitły owocowe drzewka, a chwilę później rzepak, który niewątpliwie jest piękną ozdobą wiejskich pól. Za chwilę będzie po rzepaku i przyjdzie czas na letnie polne kwiaty.

Póki co dzis jeszcze kilka zdjęć z żółtymi kwiatami w roli głównej.

Za dużą mgłą

Dziś pokażę kolejną porcję fot zrobionych podczas wczesnoporannej wyprawy rowerowej. Tak sobie jadąc wąskimi śródpolnymi drogami trafiłem na tak fascynujący widok, że aż mi dech zaprało.

Wyglądające zza koron drzew słońce i mgła stworzyły spektakl tak nieziemski, że zamarłem w bezruchu zapisując ten obraz we własnej głowie, i dopiero po chwili się ocknąłem, aby robić zdjęcia.

Wylądował obok

Wyobraźcie sobie to. Jest jakiś czas po świcie. Słońce dziś długo nie mogło pokonać chmur. To chowało się, to wychodziło. Jest cisza jak makiem zasiał. Słychać jedynie świergot ptaków i rechot żab. Gdzieś w okolicy jest bajorko.

Chłonę ten spokój całym sobą. Delikatnie naciskam na pedały roweru, aby nawet jednym dźwiękiem nie zburzyć tego nastroju. Podświadomie wstrzymuję oddech, kiedy tuż obok na pokrytej rosą łące ląduje bocian.

Nawet najostrożniejsze zwierzę podczas łowów nie jest tak cicho jak ja w tej chwili. Nie mogę go spłoszyć. Zatrzymuję rower, wyciągam aparat i robię jedną fotkę. Sprawdzam, czy wyszła ostro, chowam aparat i stoję jeszcze kilka minut, zanim bociek nie pójdzie w swoją stronę w poszukiwaniu czegoś na śniadanie.

Wierzba przyozdobiona

Wieczór kończył się przepięknie. Ale wcześniej też było niebrzydko. Tym razem bez roweru, na własnych nogach wybrałem się wieczorem na niedługi spacer po okolicznych polnych dróżkach. Między innymi zainteresowałem sie wierzbą, która już tutaj, jakże by inaczej, występowała kilka razy.

Tym razem została przyozdobiona kwitnącym rzepakiem, a samym wieczorem dodatkowo kolorowym niebem.

Cud techniki PRL-u

Czerwony maluszek, przez polne drogi mknie! Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem tego czerwonego fiacika stojącego w szczerym polu! Było już po zachodzie, kiedy wracałem z pleneru i coś czerwonego wyłoniło się zza rzepaku. Wyłonił się też kawałek Nepomucena, kapliczki stojącej przy polnej drodze. Nie zwlekając rozstawiłem statyw i oto mamy cud techmiki PRL-u w przepięknych okolicznościach przyrody!

Wymiar nierzeczywisty

Możecie być pewni, że do tego rowerowego pleneru będę wracał jeszcze wiele razy. Wyjazd przed szóstą rano i na dzień dobry po kilku kilometrach wspaniałe mgliste klimaty. I tak przez następne dwie godziny. Więcej fotografowałem, niż jechałem. Co kilkadziesiąt metrów zachwycałem się nowymi widokami, bo świat który na codzień normalny, w takich warunkach nabiera bajkowego, wręcz nierzyczywistego wymiaru.

Łania, która chciała mnie poznać

Jakież to były emocje. Dojechałem rowerem na koniec leśneij drogi. Dalej była już tylko polana. A na tej polanie… jakieś 150 metrów ode mnie pasły się łanie! Na trzęsących nogach zsiadłem z roweru, zabrałem aparat i zająłem strategiczne miejsce w rowie. Co tam woda i przemoczone buty!

Jak się okazało, był to dopiero początek przygody. Po kilkunastu minutach jedna z łań nie wiedzieć czemu zaczęła iść w moją stronę. I to nie wolnym krokiem, ale całkiem szybkim, raz po raz zatrzymując się po kęs trawy. Konsternacja, no bo o co może jej chodzić.

Zachowałem jednak zimną krew pstrykając raz po raz fotki. W końcu podeszla już tak blisko, że nie mogła mnie nie zauważyć, a ja już nie miałem siły więcej wstrzymywać oddechu. Zmierzyliśmy się wzrokiem i dostojnym nieszybkim krokiem odbiegła, a za nią stadko.