Nie do zapomnienia

Nade mną chmury, a kilkadziesięt kilometrów na wschód czyste niebo. To mogło oznaczać tylko jedno – na koniec dnia, kiedy słońce wyglądnie spod tej chmury, będą cudowne warunki do fotografowania. Intuicja nie zawiodła i choć trwało to wszystko raptem 30 minut, to było to najpiękniejsze pół godziny w tym dniu.

Trafiłem na sielski widok prac polowych w pobliżu urokliwie położonej kapliczki. Kwitnąca nawłoć i pola zostały przepięknie oświetlone słońcem i światłem odbitym od chmur. Widok nie do zapomnienia.

Lewitacja

Słońce zniknęło za horyzontem chwilę temu. Miałem za sobą kilka kilometrów pośpiesznego marszu i fotografowania w międzyczasie. Chciałem wykorzystać piękny zachód słońca na maksa i zrobić jak najwięcej różnych ujęć. Byłem przekoanany, że to koniec spektaklu. Jednak jak przed chwilą chmury przestały być żółto złote, tak teraz zaczęły przybierać kolor purpury.

Musiałem przebiec jeszcze kilkaset metrów, aby uwiecznić ten cudowny widok w pobliskiej dolince z samotnie rosnącą wierzbą. Wydawało mi się, że nie biegnę, a lewituję kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. Jedynie rozstawianie statywu utwierdzało mnie, że jednak stąpam po ziemi. Odcienie zmianiały się z minuty na minutę. Purpura świeciła może cztery, może pięć minut. Kiedy ocknąłem się z fotograficznego letargu byłem już pod samym drzewem, a niebo zrobiło się szare.

Rowerem dookoła pasma Brzanki

Takie poranne niespodzianki to ja lubię. Prognozy od tygodnia pokazywały deszczowy weekend, a kiedy dziś rano rzuciłem okiem na prognozy, te nie przewidywały na dziś deszczu! Przynajmniej do późnego popołudnia. Na wszelki wypadek sprawdziłem kilka róznych modeli i zdecydowałem się na wyprawę rowerową.

Od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie rowerowa eksploracja okolic pasma Brzanki na Pogórzu Ciężkowickim. Wytyczyłem sobie na pierwszy raz trasę dookoła Pogórza licząc na ciekawe widoki. Z pierwszą częścią trasy nie do końca mi się udało, za to druga była pełna widoków. Pasmo Brzanki i Liwocz na wyciągnięcie dłoni, do tego cudowna pogoda, bo po połowie drogi, chmury się rozeszły i wyszło słońce. Niechętnie zatrzymywałem się, aby robić fotki, ale niektóre punkty widokowe wręcz zmuszały do postoju i wyciągnięcia aparatu.

Na liczniku wybiło 102 kilometry i 1200 metrów przewyższeń (pod górę i tyle samo w dół). Jednak dla takich widoków i poczucia wolności, jakie może dać tylko rower, było warto. Pierwsze koty za płoty, na pewno jeszcze nie raz zabiorę rower w tamte okolice.

Wschód Księżyca | 11.08.2022

Fotografowanie sierpniowej pełni Księżyca stało pod znakiem zapytania ze względu na pogodę. A kiedy już pod wieczór południowo wschodnie niebo zaczynało się przecierać, to pojawiły się mgły. Nie odpuściłem i zająłem upatrzone miejsce w pobliżu torów kolejowych. Robiło się coraz ciemniej i zbierało się coraz więcej mgły. Mimo, że przecież nie pierwszy raz znalazłem się sam w tak mrocznych okolicznościach, od czasu do czasu przeszywał mnie dreszcz. Bynajmniej z zimna, bo ubrałem się przecież ciepło.

W oddali miałem wyższe wzniesienie, więc wiedziałem że Księżyc pojawi się później niż planowany wschód. Czekałem cierpliwie, a aparat stał wycelowany w spodziewanym kierunku. W końcu zaczął się wyłaniać zza górki i wtedy usłyszałem sygnały lokomotywy w oddali. Mimo doświadczenia w takich sytuacjach, ręce mi się roztrzęsły i czekałem spięty na pociąg. Zdąży, czy nie i czy ja opanuję emocje i zdołam nacisnąć spust migawki. W końcu zobaczyłem jego światła wyłąniające się z mgły. Poszła seria zdjęć z różną ekspozycją. I dobrze, bo w takich warunkach ciężko byłoby samemu odpowiednio dobrać czas naświetlania. Niecierpliwie zerknąłem na ekran aparatu. Wyglądało na to, że się udało, a mnie najbardziej spodobało mi się poniższe zdjęcie z tymi tajemniczo wyglądającymi pionowymi smugami.

Szybko minęło

Jak to szybko minęło. Dopiero wszystko zaczynało się zielenić, kwitły drzewa owocowe, później rzepak, złote zboża. Teraz jest już po żniwach. Pola pustoszeją, zaorywane są ścierniska. Z jednej strony może smutno, ale z drugiej przecież każda pora roku ma coś, co może się w niej podobać. A najważniejsze, że o każdej porze roku możliwe są tak cudowne zachody słońca, jaki miałem okazję podziwiać w ubiegły wtorek.

Cerkiew św. Paraskewy w Rzepniku

Na jednej z przejażdżek trafiłem na starą cerkiew, która bardzo mi się spodobała. Nie tylko ze względu na architekturę, ale też na jej położenie i dorgę do niej. Żeby do niej dojechać musiałem branąć rowerem przez wioski zupełnie inne niż te w mojej najbliższej okolicy.

Samochód jeżdzi tamtędy raz na jakiś czas, panuje cisza i spokój. Od czasu do czasu pojedyncze domostwa. Jakby opuszczone. Dookoła lasy i płynący wzdłuż drogi potoczek. Droga co prawda asfaltowa, ale czasy jej świetności dawno minęły. Wtedy mi się spieszyło i powstało tylko kilka pamiątkowych zdjęć smartfonem, ale na pewno tam jeszcze wrócę, aby dokładniej przyjrzeć się okolicy.

Cerkiew św. Paraskewy w Rzepniku

Przejeżdżający autobus

Oddalony o kilkaset metrów wiadukt nad torami kolejowymi. Złapanie zachodzącego za nim słońca, to był jeden z tegorocznych celów fotograficznych. Pozostało tylko czekac na odpowiedni dzień i odpowiednią pogodę. No i jeszcze na przejeżdżający autobus…

Pierwszy leszy

Jak to dobrze mieć ten odruch, że jadąc gdzieś samochodem wrzuci się na tylne siedzenie torbę z aparatem. U mnie ten odruch nie jest do końca wyrobiony, ale tego popołudnia na szczęście tak zrobiłem. I dobrze, bo wracając do domu widziałem, że zachód może być ciekawy. Zatrzymałem się na pierwszym lepszym kawałku pola i uwieczniłem fajne kolorki nieba i żółto czerwoną kulkę tuż nad horyzontem.

FOT. WITOLD OCHAŁ POWIAT ROPCZYCKO-SĘDZISZOWSKI SĘDZISZÓW MAŁOPOLSKI

Najpiękniejsze

Złociste sierpniowe barwy. Nie do podrobienia. I po raz kolejny mój ulubiony temat. Ale musicie mi to wybaczyć. Nie jeżdżę po znanych i tłumnie odwiedzanych miejscach w Polsce, ani tym bardziej na świecie. Fotografuję na „własnym podwórku”. To, co dzieje się blisko. A jedyne, czego szukam i w czym wybrzdzam, to światło. Musi być to najpiękniejsze. I takie tutaj udało mi się złapać.

FOT. WITOLD OCHAŁ POWIAT ROPCZYCKO-SĘDZISZOWSKI GÓRA ROPCZYCKA

W mocnym punkcie

Nic na to nie poradzę, że mój rower w przeciwieństwie to jego pana lubi być fotografowany. Gdzie się nie zatrzymam, aby zrobić zdjęcie, ten wijeżdża mi przed obiektyw. Jedyne za co można go pochwalić, to że ustawia się w mocnym punkcie kadru. Wie o co w tym wszystkim chodzi.

W minionym tygodniu, dacie wiarę, po raz pierwszy byłem rowerem pod akacjami. Aż ciężko mi samemu uwierzyć, że tak długo omijałem to miejsce. Nieopodal przejeżdżałem obok pola pełnego bali. Tego tematu nie mogłem odpuścić i pstryknąłem pamiątkową fotkę. Kolejne zdjęcie powstało tuż przed zachodem. Znalazłem się na szutrowej drodze, a rozproszone przez zarośla słońce cudownie oświetało mój trakt rowerowy. Ostatnie zdjęcie zrobiłem pod potężną lipą, która jest pomnikiem przyrody.

Łącznie w minionym tygodniu pokanałem 414 kilometrów i jeździłem prawie codziennie (poza jednym dniem). Szkoda tylko, że nie było czasu (praca) na dłuższe wycieczki. Trzymam kciuki za dobrą pogodę, aby udało sie jeszcze pokręcić zanim nadejdzie jesienna szaruga.