Lubi to co ja

Idę ja spacerkiem polną drogą, a tu z naprzeciwka taki oto piesek sobie biegnie. Ja przykucnąłem z aparatem gotowym do zdjęcia, a on przystanął. Ja zrobiłem fotkę, a on odbił w bok. Wołałem, gwizdałem, kiciałem, ale nie zaufał mi na tyle, aby podejść.

Nikogo w pobliżu nie było, piesek pewnie tak jak ja lubi samotne spacery po polnych drogach…

Sielskie życie Krasuli

Czy taka Krasula jedna z drugą nie mają sielskiego życia? Najfajniej to pewnie mają latem. Całe dnie na świezym powietrzu, odświtu do nocy. Trawy pod dostatkiem i tylko wścibskie gzy mącą ich spokój.

W zimie taka krowa dostanie paszę prosto do żłobu. Raz do roku urodzi małego cielaka. Nie musi się o nic martwić, bo nawet jeśli zdrowie szwankuje, to może być pewna, że zostanie sprowadzony weterynarz.

Podczas piątkowej przejażdżki rowerowej zwróciłem uwagę na parę pasących się krów w cudownym wieczornym świetle. Pewnie pochłonięte przeżuwaniem nie zwracały nawet uwagi na te piękne okoliczności przyrody. Jak pisałem wyżej, tylko gryzące gzyzakłócały ich sielankę.

Spotkanie na bezdechu

Sobota. Pogoda niepewna, w każdej chwili możliwe są opady deszczu. Postanowiłem jednak nie siedzieć w domu, tylko tym razem wybrałem się na spacer do lasu. Ostatnio tylko rower i rower, brakowało mi przechadzki, ciszy i obcowania sam na sam z przyrodą.

Wchodząc do lasu, zawsze mam malutką nadzieję na bliskie spotkanie z dziką zwierzyną. Od dawna marzył mi się jeleń, ale taki z porożem pokrytym scypułem, czyli ochronną warstwą skóry porośniętą drobną sierścią.

To zapewne zwykły zbieg okoliczności, ale kilka kilometrów później taki własnie jeleń wyszedł mi na drogę kilkadziesiąt metrów przede mną. Najpierw spacerkiem, bez pośpiechu, nie miał pojęcia o mojej obecności. Potem zatrzymał się i spojrzał w moją stronę. Zrobiłem fotkę i chwilę patrzyliśmy na siebie, po czym pocwałował w ostępy leśne. Dopiero wtedy nabrałem powietrza w płuca, bo przypomniało mi się, że przez te kilkadziesiąt sekund w ogóle nie oddychałem 😉

Zmora w lesie

Czy spacer po lesie w lipcu może być przyjemny? Odpowiedź jest jednoznaczna – jeśli nie ma bąków i gzów, to jak najbardziej tak. W niedzielny rzeźki i chłodny poranek, w ramach regeneracji po długiej trasie rowerowej postanowiłem pospacerować po lesie. Dopóki w pewnym miejscu nie dopadły mnie wspomniane „drapiezniki”, było fajnie. Ale i na to znalazłem sposób, zerwałem kawałek gałązki i nieustannie musiałem nią machać nią wokół siebie. Sposób dobry, ale ręka bolała.

Miałem odrobinę szczęścia, bo spotkałem sarenkę, która zechciała mi zapozować między drzewami, zanim zwiała w gęste leśne ostępy. Aaaa… później też odpuściły bąki, tylko wyszedłem na bardziej przewiewny las 😉

Chodzi lisek koło drogi…

Po południu wybrałem się na niezobowiązujący spacer po okolicznych polach Aparat na wszelki wypadek wisiał sobie na szyi i dobrze, bo jakieś 130 metrów ode mnie zauważyłem lisa, który oddawał się polowaniu. Od razu przed oczyma stanęły mi zdjęcia widziane w internecie, jak lis pobija sie do góry i atakuje na gryzonia i zamarzyło mi się takie same.

Odległość była znaczna, ale spróbowałem. Stałem tak z aparatem przy oku i faktycznie – lis wyskoczył w górę i zaatakował jakowegoś gryzonia. Choć kiepskiej jakości, ale udało się zrobić pamiątkowe zdjęcie. Potem spróbowałem podejść nieco bliżej, aby zrobić jeszcze kilka zdjęć, po czym wycofałem się. Nie chiałem przeszkadzać mu w polowaniu. Gdzieś w norze pewnie czekała gromadka małych lisków do wykarmienia.

Fiona

Czy to wiewiórka, jeż, dzięcioł, sroka, czy inna sarna, kto zawita do mnie do ogrodu, może liczyć na darmową sesję foto. Tym razem padło na kota. A raczej chyba kotkę.

Była już zaawansowana szarówka, kiedy moja pierwsza żona wywołała mne do ogrodu, koniecznie z aparatem. Tam czekała już rozochocona do zabawy i psot czarno-ruda kotka. Nie wiadomo skąd i czyja, ale skoro wdepła… Przed fotografowaniem musiałem nadać jej imię, padło na Fiona. Chyba jej się spodobało, bo wdzięczyła mi się przed aparatem z wprawą modelki.

Rudeusz wrócił

Widywałem ją w ogrodzie od kilku dni, ale dopiero wczoraj miałem pod ręką aparat. Nie podchodziłem zbyt blisko, aby jej nie niepokoić, bo zapamiętale zajadała się jakimiś smakołykami (nie mam pojęcia co ona tam o tej porze roku znalazła), a po wszystkim podbiegła do stawu, aby przepić wodą 😉

Kiedy się pojawiła uruchomiły się wróble, które opodal mają swoje gniazda, a tam najprawdopodobniej małe. Próbowały ją pewnie odstraszyć, lecz ona nic sobie z tego nie robiła i w ogóle nie była nimi zainteresowana. No ale skąd wróble mogły wiedzieć, że wiewiórka nie gustuje w małych wróbelkach…

Zatrzymać się i uwiecznić

Bele. Coraz ich więcej na polach. Jest właśnie po pierwszych siankosach. Oklepany temat, jednak kiedy je widzę, ale koniecznie w połączeniu ze wspaniałym krajobrazem i nietuzinkowym światłem, wyciągam aparat i pstrykam foty.

Widok z poniższych zdjęć mnie zaskoczył. Niebo było prawie czyste, więc nie spodziewałem się widowiskowego zachodu. Moje bele, a w oddali pasące się dwa koniki w połączeniu z chylącym się do horyzontu słońcem stworzyły mi idealny kadr. Wystarczyło się zatrzymać i uwiecznić. Ileż to roboty 🙂

Wrodzony instynkt

Zaczynają w końcu powoli kwitnąć rzepaki. Kiedy tu byłem jeszcze dosłownie dwa lub trzy dni wcześniej, nie było tak żółto. Nawet nie zwróciłem uwagi, że jest tu zasiany rzepak, a teraz… przychodzę, a tu taka niespodzianka. I to z miłym dodatkiem w postaci pasącej się sarny.

Sarenka wydawała się nie zwracać na mnie uwagi, kiedy cichutko się do niej skradałem. Podejrzewam, że po prostu była tak zajęta zajadaniem tych żółtych pyszności, że mnie nawet nie zauważyła. Bo gdy tylko podniosła głowę, miałem kilka sekund na zrobienie zdjęcia, zanim wrodzony instynkt kazał jej uciec na bezpieczną odległość.