Kolejne pogodne popołudnie i kolejny dzień szwendania się po okolicy. Zanim minie wiosna muszę się nią nasycić ile tylko mogę. Ile mam czasu, chęci i siły.




Kolejne pogodne popołudnie i kolejny dzień szwendania się po okolicy. Zanim minie wiosna muszę się nią nasycić ile tylko mogę. Ile mam czasu, chęci i siły.




Jakież to były emocje. Dojechałem rowerem na koniec leśneij drogi. Dalej była już tylko polana. A na tej polanie… jakieś 150 metrów ode mnie pasły się łanie! Na trzęsących nogach zsiadłem z roweru, zabrałem aparat i zająłem strategiczne miejsce w rowie. Co tam woda i przemoczone buty!
Jak się okazało, był to dopiero początek przygody. Po kilkunastu minutach jedna z łań nie wiedzieć czemu zaczęła iść w moją stronę. I to nie wolnym krokiem, ale całkiem szybkim, raz po raz zatrzymując się po kęs trawy. Konsternacja, no bo o co może jej chodzić.
Zachowałem jednak zimną krew pstrykając raz po raz fotki. W końcu podeszla już tak blisko, że nie mogła mnie nie zauważyć, a ja już nie miałem siły więcej wstrzymywać oddechu. Zmierzyliśmy się wzrokiem i dostojnym nieszybkim krokiem odbiegła, a za nią stadko.




Ubiegły piątek minął pod znakiem fotografowanie Księżyca. Rano przed świtem zachodzący, a wieczorem przyszła pora na sfotografowanie wschodzącego Księżyca. Wybór padł na zupełnie nową miejscówkę, którą obczaiłem podczas rowerowych przejażdżek.
Kapliczka pośród drzew na wzgórzu tuż pod horyzontem – to tam spodziewałem się wschodzącego Księżyca i mi się udało! A było ciaśniutko, bo zaraz na lewo były drzewa, które mogły pokrzyżować plany.
Trzecie zdjęcie powstało zupełnie przypadkowo, kadr ten wypatrzyłem wracając już z pleneru. Podobnie ze zdjęciem czwartym. Wyjechałem zza zakrętu, a tam na wprost mnie wyzierał nieśmiało zza wysokiej górki Księżyc! Tak oto powstał hattrick księżycowy!




Wczoraj od rana było pochmurno i mgliście i zimno – niespełna 6 ° C. Nie byłbym sobą, gdybym nie wyskoczył choćby na dwie godzinki na rower, oczywiście z aparatem w sakwie. Mimo pozornie niesprzyjających warunków światło było dosyć ciekawe i udało się wypatrzeć kilka kadrów.
Te wiosenne kolory są niepowtarzalne, a ja nieustannie zachwycam się moją najbliższą okolicą. To tu pragnę odkrywać coraz to nowsze miejscówki, z dala od zabudowań, samochodów, tłumów ludzi. Jestem pewien, że mino ograniczonego obszaru jest tu jeszcze bardzo dużo do odkrycia.





W planach na sobotę był wyjazd na rower tuż po świcie. Jednak te wyborowe warunki i zachodzący Księżyc kusiły niemiłosiernie. Wstałem więc o czwartej rano i pojechałem na wymyśloną na szybko miejscówkę. Wszystko zagrało idealnie – i pogoda i miejsce.
Pomiędzy dwoma drzewami, gdzie już robiłem zdjęcia Księżyca, ale od drugiej strony, podczas jego wschodu. Przepiękne kolory niebieskiej godziny, w miarę przejrzyste powietrze i oto mamy to! Po powrocie zjadłem śniadanie i fru na rower. Tu też warunki dopisały i powstało sporo zdjęć, ale to oczywiście niedługo.




Ten rowerowy plener zapamiętam na długo. Nie tylko ze zwględu na cudowne światło i widoki oraz kilka spotkań z dziką zwierzyną, ale też ze względu na temperaturę, którą zastałem rano w lesie. Kiedy krótko po świcie wsiadałem na rower było -3° C. A co gorsze, ujemna temperatura utrzymywała się jeszcze prawie dwie godziny.
Moim słabym ogniwem są marznące dłonie, a trzeba było trzymać kierownicę i robić foty! Ale powiem szczerze, dla takiego klimatu, jaki panuje o tej porze jestem gotów zmarznąć jeszcze dużo kolejnych razów. Na pierwszej fotce za firanką z promieni spora grupka jeleni, które zauważyłem dopiero na monitorze komputera!




Rózowe chmury. Takie widoki jak najbardziej są możliwe. Zdarza się to pewnie nie często, ale duża szansa na takie warunki jest gdy nad nami są chmury, a tylko wąski pas nad horyzontem jest bezchmuryny. Wtedy słońce będąc jeszcze za horyzontem oświetla owe chmury własnie tym nierzeczywistym kolorem.
Ja gdy tylko widzę taki układ chmur na radarze i mam taką możliwość nastawiam budzik i jadę w plener. Rzeczywistość jednak jest taka, że nie zawsze tak jest… Wniosek z tego jest jeden – im częściej próujemy, tym większa szansa to zobaczyć. Wy jesteście w tej dobrej sytuacji, że robię to z przyjemnością za Was i to zupełnie bezinteresownie 🙂




Jak to się stało, że ja tędy jeszcze nie jechałem rowerem… Zaledwie dziesięć kilometrów od domu równiutki asfalt pośród pól, skąd rozciąga się wspaniały widok na okolicę. Gdzie nie spojrzeć można podziwiać sąsiednie pagórki z polami, drogami, lasami i porozrzucanymi zabudowaniami.
Ja oniemiałem na ten widok, tym bardziej, że światło było cudowne. Popołudniowa pora, tuż po opadach deszczu wyzierało nieśmiało zza chmur słońce. Koniecznie muszę się tam jeszcze wybrać podczas bezchmurnego świtu. Przy najbliższej okazji.




Życzyłbym sobie, żebym do późnej jesieni publikował tu tylko zdjęcia zrobione podczas rowerowych eskapad. Żebym ciągle trafiał w takie miejsca, gdzie warto wyciągnąć aparat i odpalić migawkę.
Tak sobie jechać i czekać, aż gotowe kadry pojawią się przed oczyma. Wtedy zatrzymać się, wyciągnąć sprzęt i uwiecznić. Może zatrzymać się na dłużej, rozglądnąć dookoła czy czegoś nie ominąłem wzrokiem. Zdaję sobie sprawę, że przejeżdżając tędy następnym razem znajdę nowe kadry w zupełnie innym świetle.




Pierwszego maja w końcu od samego rana miała być ładna pogoda. O 5:50 zameldowałem się z rowerem na skraju lasu. Temperatura… -3° C. Ale co tam ziąb, już zacierałem rączki (dosłownie 😛 ) na widoki jakie mnie czekały w lesie.
Od samego rana światło było dośc ostre, choć liczyłem na lekkie zamglenie. Jednak kilka spotkań z dzikim zwierzem wynagrodziło i ziąb (dłonie odtajały mi dopiero gdzieś koło ósmej 😦 ) i niewyspanie i wszelkie inne niedogodności.
Ta chwila, kiedy jadę, a przede mną widzę jelenie jest jak narkotyk. Widzę, fotografuję albo i nie, bo wcześniej uciekają, a zaraz potem chcę nową dawkę jeleni 😀


