Porzucam na jeden dzień owady, aby wrzucić kilka zdjęć z zaprzyjaźnionego ogródka.




Porzucam na jeden dzień owady, aby wrzucić kilka zdjęć z zaprzyjaźnionego ogródka.




Kilkaset metrów od mojej hacjendy jest miejsce, gdzie co roku o tej mniej więcej porze swój zlot organizują sobie lenie marcowe. I chyba już wiem skąd wzięła się ich nazwa. Od lenistwa samców. No jak tak można wykorzystywać partnerkę….

– Święto pracy to ja szanuję i zawsze obchodzę – na liściu pokrzywy wylegiwał się niewielki czerwony chrząszcz z imponującymi rzęsami. A jednak po chwili podniósł się, pobiegł na koniec liścia i odfrunął. A miał dziś nic nie robić…


– Do kościoła, to ja się zawsze stroje w najlepsze ciuchy jakie mam – przed niedzielną prymarią wystroiła się mała ciemka, albo motylka. Może nie do końca odpowiednio do sytuacji, ale co tam.

Już zmierzchało i przechodząc z trudem zauważyłem, że to jednak nie jest część rośliny, a żywy motyl. Spomiędzy pni przezierało zachodzące słońce. Postanowiłem umieścić go w kadrze razem z motylem. Oczywiście nie obyło się bez przytulania się do… trawy tym razem 😉

Dobry wynik, na kilkadziesiąt (około pięćdziesięciu) zrobionych zdjęć, jedno wyszło w miarę ostre. Ale jak się ma do czynienia z modelem mającym ADHD, to tak bywa.

Trzeba uważać, gdzie się ląduje. Ten malutki chrząszczyk niefortunnie wylądował na mniszku i tak oto się to skończyło…

Malutkie, ospałe, niemrawe, ale powychodziły już na świat. Na dodatek jeszcze mocno wystraszone, przy najmniejszym trąceniu listka, momentalnie, swoim zwyczajem, przykurczają nóżki i spadają.


Nie, nie, to nie jest jeden i ten sam złotook. Spotkałem ich aż dwie sztuki i każdego udało mi się sfotografować. Dwie sztuki, które siedziały spokojnie na drzewie. Pozostałe latały jak szalone mi przed nosem.


O palmę to raczej ciężko w naszym kraju, no chyba, że komuś odbije… Ja znalazłem małą namiastkę owej.

