Pójdę pieszo

Jeszcze jest całkiem zielono i jeszcze cały miesiąc kalendarzowego lata. Liczę więc na większą ilość mglistych poranków. Nawet jestem w stanie zostawić rower i pójść pieszo.

Pieszo mniej mi umknie. Będzie czas na rozglądanie się za kadrami, skupienie tylko na przyrodzie. Kiedy większość jeszcze śpi, dla zwierząt to często jeden z najbardziej aktywnych momentów dnia i wtedy dzieje się najwięcej. 

Teatr cieni

Co to światło i mgła potrafią zrobić… A takie spektakle zdarzają się tylko o świcie, kiedy słońce jest jeszcze nisko, a mgła snuje się tuż nad ziemią.

Spacerowałem leśną polaną, miejscami przykrytą delikatną mgiełką. Czekałem tylko, aż słońce wyłoni się zza drzew i rozpocznie swój spektakl. Zostało mi już tylko zająć miejsce na widowni i patrzeć, jak zwykła polana zamienia się w teatr cieni.

Dożynki na dwóch kołach

Święto, nie święto, trzeba rano wstać, jak się później nie chce jeździć w upale. Tak myślałem, ale mimo że wyjechałem przed piątą, ostatnie kilometry kręciłem już w 30-stopniowym upale.

Ale wracając do początku trasy. Po godzinie dotarłem akurat na piękny wschód słońca nad zalewem w Kamionce. Odrobina mgieł i wyzierające zza drzew słońce zrobiły bardzo dobrą robotę.

Dopowiedziane

Coś szczególnego? Nie, nic takiego. Zwykłe polne drogi, jakieś drzewa, parę beli na polu…

A jednak te zdjęcia, jak dla mnie, mają coś w sobie. Co? Może wspomnienie tego, co bardzo lubię robić. I może nie tyle chodzi o samo fotografowanie, ale o bycie częścią tego wszystkiego. Przyrody, poranka, tej krótkiej, ulotnej chwili.

Niby jestem sam, a przecież dookoła mnóstwo życia. Słyszę poszczekiwanie saren, szum skrzydeł przelatujących chmar ptaków, z oddali klekot bociana, a w trawie pewnie odgłosy przebiegających gryzoni. Na zdjęciach tego nie widać, bo pokazują tylko mały wycinek mojego otoczenia. Ale patrząc na nie, można sobie dopowiedzieć, co działo się i mogło dziać dookoła.

Niby szybko, a wolno

Piąta dwadzieścia to już rozsądniejsza pora. To właśnie o tej godzinie jest teraz wschód słońca. Można i pospać, i jednocześnie korzystać z tej przepięknej pory dnia. Uczestniczyć w tym spektaklu natury. Niby codziennie to samo, a jednak za każdym razem coś innego.

A tu jakaś sarna, a tu coraz częściej spotykane stada ptaków. Być może szykują się do odlotu, nie wiem. A może spotykają się w zupełnie innym celu. To wszystko dzieje się tak szybko. Tak szybko mijaja te najpiękniejsze kilkadziesiąt minut poranka.

A potem, oglądając dziesiątki zdjęć, wydaje się, że trwało to wieczność. Tyle chwil zatrzymanych w kadrze…

Wszystko działo się powoli

Tup, tup, krok za krokiem. Żeby tylko czegoś nie przegapić. Głowa w prawo, w lewo… co by tu sfotografować?

Główne skrzypce z pewnością grało niebo. Słońce niziutko nad horyzontem dosięgało jeszcze tu i ówdzie pól. Było gorąco jak na porę zachodu słońca. 30 stopni jak nic. Przyjemny wiaterek próbował rozgonić to gęste powietrze, aparat rwał się do pstrykania zdjęć, a bąki próbowały dobrać się do mojej skóry.

Cóż… niby dużo się działo, a jednak było spokojnie i cicho. Wszystko działo się powoli.

Dnia następnego

Wypatrzyłem sobie to miejsce dzień wcześniej, ale wtedy pogoda była zupełnie inna. Zachmurzenie, mgła, ogólnie klimat bardziej do siedzenia w domu niż do robienia zdjęć.

Następnego dnia prognozy zapowiadały bezchmurne niebo od rana i niską temperaturę. Zostawiłem tym razem rower w domu i poszedłemna własnych nogach. Pospacerować, pooglądać i oczywiście coś sfotografować.

Warunki nie zawiodły. Udało mi się złapać te pierwsze chwile po wschodzie słońca, z delikatnymi mgiełkami i od samego początku ostrym, porannym światłem. Brodząc w rosie, wdychając intensywne zapachy wilgotnego poranka i słuchając dobiegającego z oddali klangoru żurawi.

Mleko, czyli mgła

A co powiecie na takie mgliste klimaty? Otóż tak, to sierpień. Tyle że dokładnie dwa lata temu. Jakoś tak wpadły mi w oko te zdjęcia podczas przeglądania archiwalnych, jeszcze niepublikowanych kadrów.

Pamiętam ten poranek jak dziś. Od samego rana mgły, a od czasu do czasu słońcu udawało się przebić przez mleko i chmury. Bodajże była to również niedziela, skoro mogłem wyruszyć na rower skoro świt.

Pamiętam ten niesamowity klimat i to, że praktycznie nie odrywałem aparatu od oka. Tak, wtedy jeszcze na rowerowe wycieczki zabierałem aparat. Nie tylko smartfon.