Zachęcony

Tak się rozochociłem po udanych zdjęciach Księżyca, że ponownie chwyciłem za lustrzankę, wstałem przed świtem i ruszyłem na pieszą wędrówkę o wschodzie słońca. Na dzień dobry czekał na mnie ciepły, wręcz rażący po oczach wschód słońca.

Od pierwszych chwil wydawało się, że świeci całą swoją mocą. Szedłem więc w tym oślepiającym blasku i cieszyłem się przebywaniem sam na sam z naturą. I mimo że to przedwiośnie, raczej mało ciekawa pora roku, to jednak i ta potrafi zaskakiwać swoim pięknem. Wystarczy, jak widać, odrobina słońca.

Co innego…?

Co ja mogę Wam innego pokazać, niż kilka kolejnych fotek, które zrobiłem w drodze. Wczoraj właśnie legalnie w południe oddaliłem się ze stanowiska pracy, udałem się do domu, wsiadłem na rower i pojechałem przed siebie. Te 11 stopni na termometrze to trochę złuda. Jadąc, odczucie temperatury jest zupełnie inne, ale dobry ubiór zapewnił komfort termiczny i mogłem bez żadnych rozpraszaczy w postaci chłodu cieszyć się jazdą.

No, może wiatr nieco przeszkadzał, ale tylko w jedną stronę. A kiedy zjeżdżałem z asfaltu na leśne ścieżki, zapomniałem o wszystkim. W lasach jest już w miarę sucho, ale wciąż sporo połamanych drzew po listopadowych opadach śniegu. Pamiętacie, co u nas na Podkarpaciu się wtedy działo? Wszystko było oblepione mokrym śniegiem i teraz widać tego skutki, zwłaszcza w lasach.

Wody nie brakuje

Czasami przeglądam moje zdjęcia z czasów, kiedy specjalnie jeździłem na plenery. Wyczekiwałem odpowiedniej pory, śledziłem prognozy pogody i wpatrywałem się w niebo. Trochę mi z jednej strony żal tamtej intensywności, ale ta pasja przecież wciąż trwa. Tyle że teraz jest produktem ubocznym wypraw rowerowych i pieszych. Fotografuję jakby przy okazji i rzadko zdarza mi się jechać stricte na zdjęcia z aparatem. Smartfon zastąpił go w jakichś 90 procentach.

Dziś kolejna partia kadrów z niedzielnej przejażdżki. Na drogach jeszcze błoto i rower z żółtego zmienił kolor na brązowy, ale wody w domu nie brakuje, a z polnych dróg świat wygląda zdecydowanie korzystniej.

Widoki wiejsko-polne

W niedzielę po południu było mi mało ruchu po rowerowych eskapadach, więc postanowiłem jeszcze wybrać się na mały spacer. Jazda jazdą, ale to właśnie podczas wędrówek po moich polnych ścieżkach czuję prawdziwy spokój. A dodatkowo wieczorowa pora sprzyjała fotografowaniu.

Co prawda o tej porze roku fotograficznie nie dzieje się nic spektakularnego, ale zawsze coś znajdzie się do pstryknięcia. Takie zwykłe, wiejsko-polne widoki.

Tryptyk rowerowy

To był udany, przedłużony weekend. Trzy przyjemne trasy rowerowe po około pięćdziesiąt kilometrów, a zdecydowanie najpiękniejsza w niedzielę. Dlaczego? Dlatego, że tego dnia wyruszyłem w drogę punktualnie o świcie, w porze, którą najbardziej lubię na takie eskapady.

Nie było jeszcze upału, tylko przyjemne 2 – 4 stopnie. Bo potem słońce już jarało i zrobiło się chyba z piętnaście. Upał pierwszomarcowy 🙂

A na poważnie, to rano przede wszystkim bywa piękne światło i nie ma ruchu na drogach. No i po powrocie jest jeszcze czas, żeby odpocząć i ewentualnie wybrać się na zachód słońca. Ale o tym jutro.

Wierzby po raz 232

Dawno nie było wierzb, które tu nieopodal sobie rosną. Mają się dobrze, choć z każdym rokiem coraz starsze i bardziej nadgryzione zębem czasu.

W piątek zapowiadał się ciekawy zachód słońca, więc postanowiłem tam podejść i sprawdzić, czy dalej trzymają fason. Stały jak zawsze, a niebo postanowiło dorzucić im całkiem przyzwoite tło w odcieniach pomarańczu i różu.

Fajnie tam wracać co jakiś czas. Patrzeć, jak powoli się zmieniają. I choć niezauważalnie z dnia na dzień, to o każdej porze roku inne.

To koniec, prawda?

Ależ mi się trafiło na sam koniec zimy. Bo to już koniec zimy, prawda? Od niedzieli temperatury wyłącznie na plusie?

Dzień jest już wyraźnie dłuższy i po powrocie z pracy jestem w stanie jeszcze wyskoczyć na zdjęcia. Dzisiaj oczywiście z tej opcji skorzystałem i trafiłem na naprawdę widowiskowy zachód słońca.

Co najlepsze, najpiękniejsze kolory pojawiły się wtedy, gdy byłem już w drodze do domu.