Nie odsunęła się

Zacumowałem nad żwirownią. Postanowiłem poczekać, a nuż ciemna chmura się odsunie i nastanie światłość. Nie chciałem marnować czasu, więc przechadzałem się w poszukiwaniu kadrów. I to chyba był dobry pomysł, bo łądniej już nie było. No może już po zachodzie, gdy na kilka chwil królowały fiolety.

Spektakl natury

Jak całe lato niewiele fotografowałem, bo i warunków nie było zbyt często, a i rower pochłaniał sporo czasu, tak w mijającym tygodniu wszystko się odwróciło. Wszystkie sześć wieczorów spędziłem w terenie i trzy razy trafiłem na istny szał na niebie. Z dwóch pozostałych wieczorów również wpadło po kilka zdjęć.

Poniżej fotki ze środy. Plany były zupełnie inne niż fotografowanie, ale na szczęście wziąłem ze sobą aparat, a plany musiały ulec na bieżąco zmianie, kiedy zobaczyłem co się dzieje na niebie. Jak jeszcze chwilę wcześniej wydawało się, że niebo nie zaświeci, tak później na kilkanaście minut wszystko mieniło się kolorami. Pędziłem jak szalony na najbliższą znaną mi miejscówkę i udało się uwiecznić ten spektakl natury.

Osobiste uczestnictwo

Bywa i tak że nawet mnie, można by rzec stałego bywalca wschodów czy zachódów słońca, natura potrafi zaskoczyć. Zaskoczyć oczywiście pozytywnie. Był ostatnio taki wieczór, który zaczynał się całkiem normalnie, ale ja tylko czekałem, aż słońce zejdzie spod chmur i zabłyśnie swoim blaskiem przez swoje ostatnie minuty na nieboskłonie.

Czekałem i miałem nadzieję na fajny spektakl, ale czegoś takiego to nie spodziewałem się absolutnie. Kolory były tak fantastyczne, że przez chwilę martwiłem się, czy matryca aparatu to ogarnie. No bo ludzkie oko, to wiadomo. Matryca poradziła sobie doskonale i oto możemy wszyscy podziwiać ten niezwykły spektakl, w którym dane mi było uczestniczyć osobiście.

Zapamiętane na zawsze

Wracam dziś do przedwczorajszego wieczoru, kiedy nad moją okolicę nadciągał widowiskowy wał szkwałowy (wczorajszy wpis). Trzy fotki. Tyle udało mi się zrobić od czasu kiedy wpadłem na wzgórze, a zanim zaszło słońce. To było króciótkie trzy, może pięć minut. W tym czasie zdążyłem porzucić auto, szybo rozłożyć statyw, zapiąć aparat i zrobić wspomniane trzy ujęcia.

Jednocześnie chłonąłem ten widok wszystkimi zmysłami, światło było tak cudowne – intensywne, miękkie, oszałamiające. To jest jedna z takich chwil, których się nie zapomina. Taka, że kiedy po latach wrócę do tych zdjęć, będzie mi się wydawało, że tam ciągle jestem. Będę pamiętał każdy szczegół. Każdą myśl, która mi wtedy towarzyszyła.

Niebo i ziemia świeciły

Co za niespodziewanie cudowny wieczór. Piątek, bo to tego dnia przed zmrokiem, mimo kontuzjowanego kolana wybrałem się w plener. Bardzo ciężko było mi dojść na upatrzone miejsce, ale głód fotografowania pchał mnie do przodu.

Początkowo niebo było takie sobie. Nie spiesząc się upatrzyłem sobie kilka kadrów i niespiesznie fotografowałem. Po chwili słońce znalazło sobie gdzieś tam między chmurami większą dziurę i zaczął się prawdziwy spektakl. Kuśtykając zawróciłem, aby zrobione wcześniej kadry powtórzyć w tym cudownym swietle.

Na te dosłownie kilka minut wszystko aż raziło blaskiem. Niebo i ziemia zdawały się świecić swoim własnym pomarańczowo żółto czerwonym światłem! Poniżej jedno zdjęcie, które doskonale oddaje nastrój opisywanego wieczoru.

Wschód Księżyca | 7.09.2022

Rano opisywałem co przeżyłem zanim powstały te zdjęcia, więc nie będę się powtarzał. Odsyłam do tego postu 😉

Księżyc tego wieczoru cudownie pozował, a z przeciwnej strony słonce, które jeszcze nie zaszło, pięknie oświetlało okolice. Powstały jak dla mnie ciepłe kliatyczne i sielskie obrazki. Ten wieczór z pewnościa zapamiętam na długo 🙂

Księżyc i skrzydło

Czy najfajniejsze zdjęcia powstają przypadkiem? Nie, nia ma raguły, ale to powstało jak najbardziej przypadkowo. Owszem, wybrałem się na wschód Księżyca, ale moja miejscówka okazała się całkowicie nietrafiona, a dobiegłem na nią ostatkiem sił (za późno wyjechałem z domu). Musiałem biec z powrotem, aby zdążyć zanim Księżyc wyjdzie nad horyzont, no i znaleźć jakąś zastępczą miejscówkę. Ratować wyprawę choćby jednym zdjęciem.

Biegłem więc tak przed siebie z głową odwróconą o 180 ° jak u sowy. W końcu – jest, jest Księżyc! Zobaczyłem go, choć był bardzo blady. Drugim okiem już śledziłem lecącego od południa motoparalotniarza. Między czasie modliłem się, abym zdążył dobiec w odpowiednie miejsce. Pod pachą statyw, na szyi aparat. Pomyślałem, że warto by ustawić odpowienie parametry, zanim dotrę na miejsce, więc biegnąc kręciłem jeszcze pokrętłami.

O rozłożeniu statywu nie mogło być mowy, bo paralotniarz był już na miejscu. Szybki półobrót, zatyczka obiektywu poszła w trawę. Przymierzyłem i poszła fotka. Jedna, druga, trzecia. Odleciał a ja padłem nieżywy na łąkę. Kiedy sie ocknąłem, Księżyc był już nieco wyżej i sporo wyraźniejszy. Teraz już spokojnie zrobiłem kilka kolejnych zdjęć. Wkrótce oczywiście je pokażę, a dziś zdjęcie, dla którego prawie poświęciłem życie.

Bajkowy świat

Nie spieszyłem się z wyjściem w teren. Moim celem był pokazywany tu kilka dni temu zachodzący rogalik księżyca. Było już po zachodzie słońca, kiedy znalazłem się na wzgózu z rozległym widokiem. Moim oczom ukazał się niezwykły spektakl na niebie. Resztki chmur i kolorowa łuna nad zachodnim horyzontem.

Książkowy przykład światła tak zwanej niebieskiej godziny. Zdjęcia może nie do końca to oddają, ale ten dziwny, chłodny blask odbitego od nieboskłonu światła sprawiał, że poczułem się jak w innym bajkowym świecie.

Obłok czy słońce

Słońce już chyli się ku zachodowi za jednym z okolicznych wzgórz. Spaceruję opodal klasztoru w Kalwarii Pacłąwskiej. Na łące leży stara kłoda drzewa. W jakim celu… nie mam pojęcia. Może do ozdoby, może jeszcze ktoś coś z niej zrobi, zanim całkiem spróchnieje. Za nią rozległa łąka i bezkres pagórków Pogórza Przemyskiego. Na niebie obłok, który również podąża w stronę zachodu. Stoję i czekam kto wygra – on czy słońce.

Zachód Księżyca | 29.08.2022

Jak dawno nie miałem takich emocji fotograficznych! Na wczorajszy wieczór miałem upatrzone trzy miejscówki do fotografowania zachodzącego rogalika. Wybrałem tę oddaloną o trzy kilometry od trzydziestometrowego krzyża znajdującego się na sąsiednim wzgórzu.

Bardzo niepewna była pogoda. Niby w ciągu dnia zaczęło się powoli przecierać, ale samym wieczorem nad zachodnim horyzontem zawisła chmura. Jednak tuż nad ziemią był mały prześwit, który dawał nadzieję. Stałem i czekałem licząc na cud. I o dziwo ten się zdarzył! Możecie tylko wyobrazić sobie moją rodość! Cudowny pomarańczowy rogalik zaczął wyłaniać się spod ciemnej chmury.

Warunki bardzo trudne, bowiem było już godzinę po zachodzie. Panowały egipskie ciemności, ale udało się opanować emocje, aby prawidłowo naświetlić zdjęcie. I oto mamy efekt – Księżyc oświetlony w 6 %, 0,9 ° nad horyzontem, zachodzący dokładnie za Krzyżem Milenijnym na Podlasku!