Merdające ogony | Daniel zwyczajny (Dama dama)

W czwartek po południu podczas przejażdżki rowerowej trafiłem w lesie na mocno błotnistą drogę. Chcąc ją ominąć zacząłem kluczyć leśnymi przecinkami, aż znienacka trafiłem na rozległą polanę. Załamałem się, bo nie lubię wracać tą samą drogą do domu, a wszystko wskazywało że będe musiał.

Nagle w oddali zauważyłem merdające ogonki. Zastanawiałem się, co to za zwięrzęta!? Na pewno nie sarny, ani jelenie. Merdające ogonki okazały się być staden danieli! Zauroczony tymi wspaniałymi zwierzętami, beztrosko pasącymi się na polanie, zapomniałem o niedogodnościach powrotu do domu. Zdjęcia może i nie są pierwszych lotów, ale nie śmiałem zakłócać im spokoju i próbować podejść bliżej.

Jaki rozwój sytuacji

Ów wieczór będę wspominał jeszcze długo. W ubiegłą niedzielę pokazałem trzy zdjęcia, a dziś kolejne trzy. Mimo iż wszystko nie trwało długo, to kolory zmianiały sie bardzo dynamicznie. Ja tylko biegałem fotografując drzewa z kapliczką z różnych stron, różnych odległości i na różnych ogniskowych.

Zapomniałem obadać, czy tam w okolicy nie rośnie rzepak, bo z rzepakiem zdjęcia byłyby fantastyczne. Pozostaje zaglądac tam od czasu do czasu i kontrolować rozwój sytuacji 😉

Burze odległe

Może nic tu takiego nie ma niezwykłego, jak tylko to, że widoczne na horyzoncie chmury, to odległe o grubo ponad sto kilometrów mocno wypiętrzone chmury burzowe. Podczas, gdy w okolicy Rzeszowa było już po konwekcjach, w rejonie Krakowa nadal szalały burze.

Udało się uchwycić dwie wypiętrzone komórki podświetlone zachodzącym za nimi słońcem.

Za daleko

Jak tu dawno nie było tematyki lotniczej, a cały czas mniej lub bardziej, działam w tym temacie. A ostatnio przemknął mi nisko nad domem piekny Boeing B-747. Uwielbiam ten dźwięk i kształt. Może żałuję troszkę, że dosyć daleko mam do lotniska, bo pewnie sporo częściej celowałbym obiektywem w samoloty.

To by mi się nie znudziło

Zorientowałem się, że gdzieś tu nade mną znienacka powstaje chmura opadowa. Wzięła się z niczego, jak było czyste niebo, tak nagle zaczeła tworzyć się chmura. I to chmura pięknie podświetlona niskim słońcem. W te pędy pojechałem na punkt widokowy, aby stamtąd obserwować sytuację.

Niesamowite światło skłoniło mnie nie tylko do fotografowania na szerokim kącie, ale również do wyłuskania moich ulubionych budowli teleobiektywem. Okolica w cieniu, a kilka kilometrów ode mnie rozlane wieczorne światło. Widok jak dla mnie tak cudowny, że mógłbym tam stać i nie znudziło by mi się to zbyt prędko.

Wygrana w totolotka

Gdybym wiedział, że będzie pozowane na tle nieba, to ubrałbym się bardziej odświętnie, zwłaszcze że to niedziela była. Niestety miałem na sobie standardowy strój plenerowy z obowiązkowym gumiakiem w roli głównej.

A okazja była naprawdę niesamowita, bo dawno nie widziałem tak intensywnie czerwonych i różowych barw na niebie. Trwało to kilka minut i zdążyłem zrobić raptem kilka zdjęć, ale zobaczyć coś takiego na własne oczy to jak wygrać los w loterii, a uwiecznić – to już prawie jak wygrana w totolotka 🙂

Jazda dziadkowym tempem

W sobotę i niedzielę doczekałem iście letniej pogody. Bo jak jest już te kilkanaście stopni, to człowiek czuje się jakby to było lato 🙂 W sobotę krócej a w niedzielę udało się wyrwać na prawie sto kilometrów rowerem. Tym sposobem dobiłem w tym roku z kilometrami do 2000 podczas 60 aktywności!

Nie spieszę się podczas moich wypraw. Jadę wręcz żółwim tempem rozglądając się dookoła i obserwując budzącą się do życia przyrodę. Wybieram mało uczęszczane drogi asfaltowe i coraz więcej zjeżdżam na szutry i polne drogi. Od czasu do czasu przystanę, aby zrobić zdjęcie.

Ogień na korbę

Zdecydowanie jeden z piękniejszych zachodów jakie miałem możliwość podziwiać i fotografować w tym roku! I to tak niespodziewanie. Spontanicznie wyskoczyłem na jedną z najbliższych miejscówek, a tu na niebie takie cuda!

Była środa, do zachodu jeszcze nieco czasu, a ja jeździłem na rowerze i spoglądałem raz po raz w niebo i na podgląd zachmurzenia z satelity. Wszystko wskazywało na ciekawe warunki. Docisnąłem korbę, wpadłem do domu po aparat jak po ogień, i długa samochodem pod pobliską kaplpczkę Nepomucena.

Błotniste drogi, szuter i tylko trochę asfaltu

Czwartek zapowiadał się wyjątkowo pogodnie i ciepło. Wsiadłem zatem na rower i ruszyłem odkrywać nowe miejsca. Trasa ułożona w ponad połowie po nowych ścieżkach i pół na pół asfalt z szutrami i polnymi drogami, które jak się okazało są jeszcze bardzo błotniste.

Udało się jednak odkryć kilka nowych ciekawych miejscówek i widokowych tras. Ubłocony rower i ja po kolana, ale przygoda niezapomniana:

Czysty przypadek

Wpadłem na górkę z chmurą kurzu. Chwilę wcześniej fotografowałem nieopodal, ale na sam finał podjechałem na moją ulubioną miejscówkę na Podlasku.

Słońce właśnie zaczynało dotykać horyzontu. Wyszarpałem z torby aparat, rozstawiłem statyw i wycelowałem w słońce. Gołym okiem tego nie widziałem, ale jak się okazało na ekranie aparatu słońce było dokładnie między dwoma nadajnikami telefonii komórkowej oddalonymi o dziesięć kilometrów!

Oczywiście fotografowałem je już między nimi nie raz, ale tym razem, słowo harcerza, to był czysty przypadek! 😉