Widmo Brockenu nr 6 i biała tęcza | 20.05.2026

Sięgnąłem do archiwów i policzyłem, że to najprawdopodobniej moje szóste widmo Brockenu. Czwarte na Pogórzu Strzyżowskim, jedno miałem w Przemyślu i jedno na zupełnych równinach!

Tym razem mocno mnie zaskoczyło, bo jechałem sobie spokojnie rowerem, zerknąłem w bok, a tam wokół mojej głowy przesuwała się kolorowa aureola! Oczywiście od razu się zatrzymałem, żeby uwiecznić to ciekawe, zwłaszcza w naszym regionie, zjawisko optyczne.

Kilkanaście kilometrów później udało mi się po raz kolejny uchwycić białą tęczę, ale tej to już nawet nie zliczę. Obawiam się tylko, że widuję ją częściej niż kolorową!

Przeczucie nie zawiodło

Kto lubi takie poranki? Pewnie dziewięćdziesiąt dziewięć procent osób woli spędzić ten czas w łóżku i na spokojnie pooglądać zdjęcia u Witka. I bardzo dobrze, bo inaczej byłbym tu niepotrzebny.

Tego ranka nie mogłem dospać. Wstałem już po trzeciej, choć do wyjazdu została jeszcze przynajmniej godzina. Przeczuwałem te mgły, bo w poprzednich dniach padało i było pochmurno, a ten poranek zapowiadał się bardzo chłodno, zaledwie dwa stopnie na plusie i bez jednej chmury na niebie. To mogło oznaczać tylko jedno, piękne zjawiska optyczne.

I tym razem przeczucie mnie nie zawiodło.

Znowu

Podczas ostatnich przejażdżek rowerowych sfotografowałem kolejne kapliczki. Może nie są tak urokliwe jak te z poprzednich postów, ale również przyciągnęły moją uwagę. Jedne niepozorne, ukryte gdzieś w lesie albo pod drzewem, inne wręcz przeciwnie, nie do niezauważenia.

Najbardziej zafrapowała mnie kapliczka ze zdjęcia nr 2. A właściwie sam już nie wiem, czy to na pewno kapliczka. Być może zmylił mnie stojący obok tej budki krzyż. Im dłużej się jej przyglądałem, tym więcej miałem wątpliwości…

Pytacie, ja odpowiadam

Pytacie czasami w komentarzach, gdzie robiłem poszczególne zdjęcia. Prawda jest taka, że kiedy człowiek jadąc tyle kilometrów, często bocznymi, polnymi i mało uczęszczanymi drogami, sam nieraz traci orientację, w jakiej miejscowości aktualnie się znajduje. Plan jest zwykle prosty: wyznaczyć trasę, wrzucić ją do nawigacji i jechać przed siebie, czekając na to, co po drodze pokaże los.

Tym razem jednak trochę poszperałem i udało mi się odtworzyć kilka miejsc. Na pierwszym zdjęciu znajduje się okazały pomnik przyrody, na który natrafiłem w okolicy Ustrobnej. Kolejne ujęcie przedstawia cerkiew Narodzenia NMP w Oparówce, a następne wiekową kapliczkę stojącą około pół kilometra na północ od cerkwi.

Ostatnie zdjęcie zrobiłem gdzieś po drodze, wyjeżdżając na wzniesienie w okolicy miejscowości Rzepnik.

W tych moich wyjazdach chyba to jest najlepsze, że tak do końca nigdy nie wiem, co znajdę za następnym zakrętem.

Przyznaję się

Muszę się do czegoś przyznać. Ja znowu narobiłem zdjęć kapliczek.

Nie wiem, co ja z nimi mam, ale jak światło dopisuje, to jakoś same rzucają mi się w oczy i od razu chce mi się wyciągać smartfon. Niektóre z nich po prostu nie pozwalają spokojnie przejechać obok i przejść nad nimi do porządku dziennego. Mają jakąś moc przyciągania. Oczywiście nie wszystkie.

Bo muszą być pięknie usytuowane. Z dala od zabudowań. Często na rozstajach dróg. Przy drogach mniej uczęszczanych. To właśnie te mają w sobie magnez…

Cerkiew św. Paraskewy w Rzepniku

Muszę się na bieżąco podzielić tym, co mnie dziś spotkało. Otóż skoro świt wybrałem się na kolejną rowerową setkę. Między innymi przejeżdżałem przez Rzepnik, żeby odwiedzić cerkiew św. Paraskewy. Zawsze, gdy tamtędy jechałem, trafiałem na wycieczki zwiedzających, a dziś byłem tam zupełnie sam. Mogłem spokojnie podejść od drugiej strony i zrobić zdjęcia w ciszy, spokoju i bez pośpiechu.

Kiedy wszedłem na polanę za cerkwią i odwróciłem głowę, zobaczyłem coś niesamowitego. Na niebie widniało okazałe i bardzo wyraźne halo słoneczne. Lepszego warunu do fotografowania nie mogłem sobie wymarzyć. Od razu chwyciłem za smartfon, żeby uwiecznić ten niecodzienny widok.

Słońce było już bardzo wysoko, bo zbliżało się południe, więc obiektyw nie obejmował całej sceny. Ale od czego jest tryb „panorama”. Może zdjęcie wyszło lekko zniekształcone, ale udało się uchwycić i halo, i cerkiew, i całe jej klimatyczne otoczenie.

Biała tęcza i to światło…

Czy nie dawniej jak wczoraj pisałem, że rano to ja nie jeżdżę? Otóż jednak wybrałem się o poranku i to był strzał w dziesiątkę. Mimo że od wschodu słońca minęły już dobre dwie i pół godziny, w pobliskiej dolince nadal utrzymywała się gęsta mgła. Już wtedy wiedziałem, co mnie tam czeka.

Nie pomyliłem się. Była przede wszystkim biała tęcza, co prawda już bardzo niska, ale nadal świetnie widoczna. Do tego doszło fantastyczne światło słońca przebijającego się przez mgłę. Sami zobaczcie.

Ulubione

W najbliższej okolicy to są chyba moje ulubione kapliczki i krzyże. Wszystkie stoją gdzieś na uboczu, z dala od zabudowań. Tam, gdzie rzadko ktoś przejeżdża, więc można znaleźć ciszę i spokój.

Każde z tych miejsc ma swój niepowtarzalny urok. Zazwyczaj zatrzymuję się tam na kilka chwil, żeby zrobić zdjęcie, albo po prostu chwilę odpocząć w drodze.

Pokręciłem po polnych drogach

Spadło trochę deszczu. Niektórzy pewnie czekali na niego jak na zbawienie. U mnie spadło nie więcej niż 2 centymetry na metr kwadratowy, ale dla roślin dobre i to.

Szkoda tylko, że akurat na weekend trafiła się taka pogoda. Nie zrażony jednak tą pogodą wsiadłem rano na rower i ruszyłem w drogę. Wpadło 100 kilometrów i aż 8 razy po drodze padał deszcz. Jeśli udało się nieco podeschnąć, to już byłem cały mokry…

Poniższe zdjęcia są jeszcze ze środy, kiedy to pokręciłem się trochę po polnych drogach, bo właśnie tam najczęściej trafiam na najciekawsze widoki. Dużo zieleni, żółty rzepak, niebieskie niebo i wszechobecna cisza.