Miejscówki pomijane

W ramach lajtowej przejażdżki po najbliższej okolicy zatrzymałem się w trzech miejscówkach, obok których często przejeżdżam, a bardzo rzadko fotografuję. Pierwsza to młyn wiatrowy, położony kilkanaście kilometrów od domu. Równie urokliwy jak ten w Różance, a przy tym sporo bliżej.

Kolejnym przystankiem był drewniany, zabytkowy kościół w Bystrzycy ⛪. Ostatnie miejsce to niepozorna kapliczka porośnięta dziką różą. Stoi na rozstaju dróg, z dala od gęstej wiejskiej zabudowy, dodając temu zakątkowi wyjątkowego klimatu.

Magiczne akacje

Pojawiłem się tam znowu. Ze względu na inne niż fotografowanie priorytety nie bywam tam już tak często jak kiedyś. Ale w niedzielę, przejeżdżając niedaleko, postanowiłem, że muszę na własne oczy zobaczyć, jak kwitną.

Co prawda kwiatów nie ma na nich zbyt wiele, ale biorąc pod uwagę, że jeszcze dobrych kilka lat temu nie kwitły w ogóle, teraz jest naprawdę super. Przy okazji na niebie zauważyłem halo słoneczne i tak sobie pomyślałem, że nic się nie zmieniło – one nadal są magiczne, albo przynajmniej przyciągają magiczne zjawiska, wschody i zachody słońca. Coś w tym musi być…

Chmury, ale nie odpuściłem

Do tej pory chce mi się ziewać na samą myśl. W sobotę plan był na czwartą, ale nie dałem rady, wstałem przed piątą. Jak na zewnątrz jest zachmurzone, to nie chce się wstawać i ruszać na rower tak bardzo, jak podczas ładnej pogody.

Jednak skoro był plan na jazdę, to nie mogłem odpuścić. Źle bym się z tym czuł przez cały dzień. I faktycznie przez 90 procent czasu miałem nad sobą zachmurzone niebo, ale chwilami trafiały się takie widoki, że zapominałem nawet o tych wyciskających siódme poty wspinaczkach pod niby płaskie pagórki Pogórza Strzyżowskiego.

Dwa deszcze i mżawka

Żeby tradycji stało się zadość, także i w tym roku pogoda na Boże Ciało nie była zbyt łaskawa. A ja nie mogłem usiedzieć ani jednego dnia dłużej w domu i miałem w planach kolejną rowerową setkę. Żeby zdążyć na procesję, musiałem wyjechać już po piątej rano.

Po drodze złapały mnie dwa deszcze, a na górkach dodatkowo towarzyszyła mi nieprzyjemna mżawka. Mimo niezbyt sprzyjającej aury jechało się całkiem dobrze, choć momentami było mokro.

Tym razem trasa prowadziła przez raczej mało atrakcyjne miejsca, ale jak to zwykle bywa, kilka pamiątkowych zdjęć i tak udało się zrobić.

Startujemy z czerwcem

Pierwszy czerwca. Czerwiec to już chyba taki całkiem letni miesiąc, jak mi się zdaje.Przynajmniej w kalendarzu, bo ostatnie rowerowe wypady bardziej przypominały wczesną wiosnę. Temperatury poniżej 20 stopni, wiatr, chmury, a wczoraj to i drobny kapuśniaczek mnie nie oszczędził.

Przed nami przyjemnie krótki tydzień, tylko cztery dni pracy, a potem trzydniowy fajrant. Zbieram siły, bo w nadchodzący weekend nie zamierzam oszczędzać nóg. Jeśli pogoda dopisze, będę z pewnością zbierał kolejne kilometry do kolekcji.

Mimo braku pogody

Jak ten maj szybko minął… Kto by się spodziewał.

Pogoda na weekend niestety się popsuła. Od rana było pochmurno, a na dodatek nadal mocno wieje. Ale żeby nie było, przebudziłem się o świcie, żeby upewnić się, że nie jest pogodnie. Gdy okazało się, że niebo całe w chmurach, poszedłem dalej spać i dzisiaj jazdę odpuściłem.

Za to mam dla Was kilka fotek z czwartkowej setki. Tamtego dnia pogoda również nie rozpieszczała, bo nie dość, że wietrznie i pochmurno, to jeszcze zimno. Mimo wszystko udało się przejechać swoje i przywieźć kilka kadrów, które przypominają, że nawet przy niezbyt zachęcającej aurze można znaleźć coś wartego zatrzymania w obiektywie.

Weekend obowiązkowo

Pogoda naprawdę dopisuje, trzeba to przyznać. Kwiecień i maj pokazują się z najlepszej strony. To idealny czas na wszelką aktywność na świeżym powietrzu, choćby zwykły spacer czy kilkanaście kilometrów na rowerze.

W moim przypadku spacer i rower potrafią trwać godzinami, ale nawet krótkie wyprawy są jak najbardziej wskazane. Warto wygospodarować sobie kilka godzin w tygodniu na ruch i trochę oddechu od codzienności. A w weekendy… to już obowiązkowo.

Kolejne

Dziś kolejna porcja kapliczek spotkanych po drodze. Większość z nich pewnie już kiedyś tutaj pokazywałem, ale jak wiadomo, za każdym razem wszystko wygląda trochę inaczej. Inna pogoda, inne światło i zupełnie inne okoliczności.

Nie ma dwóch takich samych kadrów, nawet jeśli powstają dokładnie w tym samym miejscu.

Czuć przestrzeń

Szczęściara z niej, nie? Takie widoki podczas śniadania. I to śniadania połączonego z drugim śniadaniem, obiadem i pewnie jeszcze kolacją. Co za życie. Cały dzień jeść i podziwiać przyrodę.

A tak już całkiem serio, sam miałem przez chwilę okazję podziwiać te same widoki ze wzgórza Gogołowskiego. Można tam naprawdę poczuć przestrzeń wszystkimi zmysłami.

Nie mniej pięknie

Ubiegłośrodowy wyjazd zostanie ze mną na długo. Na takie warunki nie trafia się przecież zbyt często. Trochę miałem przeczucie, trochę szczęścia, a trochę po prostu samozaparcia, żeby ruszyć w drogę jeszcze przed wschodem słońca.

Dzięki temu mogłem spędzić pierwsze dwie godziny jazdy w naprawdę wyjątkowych okolicznościach. Światło i klimat, którego nie da się zaplanować. A później… wcale nie zrobiło się dużo mniej pięknie 🙂