Nie, nie zmieniłem roweru

Nie, nie zmieniłem roweru. To mój stary Giant, który wrócił do łask, kiedy czerwony jest w serwisie. Żółtego Gianta użytkuję już 24 lata. Jak dziś pamiętam dzień, w którym go kupiłem. Trafiła się okazja i decyzję podjąłem natychmiast. Mimo że był używany, stan miał prawie idealny, a przesiadka ze starego budżetowego górala na Gianta była jak przesiąść się z malucha do mercedesa. Jak widać, służy mi do dziś jako rower zastępczy.

Dzisiejsza pogoda nie pozwalała siedzieć w domu. Nie czekałem nawet, aż się ociepli. Gdy wyjeżdżałem, było raptem 3 stopnie na plusie, a dopiero później, w trakcie jazdy, zrobiło się 11. Zaplanowałem 50-kilometrową, lajtową pętelkę, mało uczęszczanymi drogami, sporo przez las. Bez zajeżdżania się. Spokojnie, turystycznie. Od czasu do czasu zatrzymując się, żeby pstryknąć zdjęcie albo nagrać ujęcie do filmu.

Jedno

Jedno zdjęcie z ubiegłotygodniowej przejażdżki rowerowej. Z resztkami śniegu, ale suchą drogą, I kolorowym niebem, które o zachodzie postanowiło przybrać pomarańczowo‑granatowe barwy, malując okolice na delikatny fiolet.

Nierealne? Otóż realne,  tylko że te momenty trwają naprawdę krótko. Trzeba bacznie obserwować i pstryknąć zdjęcie w odpowiednim momencie.

Już niedługo

Wpadło mi w oko kilka zdjęć z kwietniowej wyprawy rowerowej sprzed trzech lat. I od razu zatęskniłem za wiosną jeszcze bardziej. Ta soczysta zieleń, kwitnące mniszki, lekko przymglone poranki… No i to ciepło.

Bez kombinowania z warstwami ubrań i zastanawiania się, czy nie zmarznę po pierwszych pięciu kilometrach. Wystarczy wsiąść na rower i jechać przed siebie, ze świadomością, że gdziekolwiek skręcę, widoki będą pierwsza klasa.

Jeszcze tydzień

Już prawie chciałem pozbywać się roweru. Odstawić go na stałe do piwnicy, a może nawet wystawić na sprzedaż. Aż tu nagle nieco się ociepliło i śnieg zaczął się topić.

Tym samym w mijającym tygodniu wpadły cztery krótkie, bo krótkie, ale jednak przejażdżki. Trafiło się nawet kilka chwil z bezchmurnym niebem. Mimo że temperatura była niby na plusie, ziąb dawał się we znaki, ale po takiej przerwie naprawdę nie miałem zamiaru narzekać. Każda minuta na dwóch kółkach smakowała jak prawdziwy początek sezonu.

Teraz rower trafi na gruntowny serwis i mały remont. Po kolejnych kilku tysiącach kilometrów zdecydowanie mu się to należy. Nie obrażę się więc, jeśli pogoda jeszcze przez tydzień będzie kapryśna. Ale od następnego oczekuję że zima pójdzie sobie od nas i więcej nie wróci.

13-tego w piątek

Piątek, 13-tego.

Nie ukrywam, że kiedyś wmawiano mi, że to dzień pechowy. I chcąc nie chcąc, trochę w to wierzyłem.

Ale z czasem zauważyłem, że „pech” potrafi mnie dopaść w każdy inny dzień miesiąca. Ta trzynastka chyba nie ma tu nic do rzeczy.

A jak to jest u Was? Wierzycie w przesądy, czy raczej podchodzicie do nich z przymrużeniem oka?

Na zdjęciu wtorkowy wieczór, kiedy słońce nieoczekiwanie pokazało się ze swojej najlepszej strony.

Halo słoneczne

Pamiętam ten dzień bardzo dobrze. To był styczeń 2023 roku, wyjątkowo ciepły. Spędziłem go praktycznie na codziennych jazdach na rowerze. W tygodniu szybkie przejażdżki po zmroku, a w weekendy dłuższe, kilkudziesięciokilometrowe wyprawy.

Tego dnia przez całe popołudnie na południowo-zachodnim niebie towarzyszyło mi widowiskowe halo słoneczne.

To pamiętam

Przeglądam stare zdjęcia. Wystarczy mi chwila, aby przypomnieć sobie okoliczności powstania większości z nich. Codziennych spraw często nie pamiętam, a w pracy jeśli czegoś nie zapiszę, to po prostu zapomnę. A okoliczności robienia zdjęć pamiętam doskonale. Wybiórcza pamięć. To chyba nie choroba? A nawet jeśli, to wolę pamiętać to niż cokolwiek innego.

Maj 2023 roku. Wstałem przed świtem, aby pojechać na rower. Było bardzo zimno, ale wiedziałem, że później zrobi się cieplej, jak to bywa w maju. Póki co jechałem we mgle i co rusz zatrzymywałem się na fotografowanie. No bo jak nie robić zdjęć w takich warunkach? Mgła, przedzierające się przez nią słońce. I ta przyjemność z jazdy, porannej ciszy i spokoju.

Za trzy miesiące wiosna

Miło było wreszcie przejechać się rowerem w weekend za dnia, a nie jak zwykle po zmroku, i to jeszcze w towarzystwie słońca. Mimo grudnia temperatura nie była wcale taka straszna, a w słońcu momentami robiło się wręcz przyjemnie ciepło. Można było bez pośpiechu zatrzymać się tu i tam, popatrzeć na widoki i nie martwić się, że za chwilę człowiek zacznie marznąć.

Taka jazda ma zupełnie inny klimat. Więcej światła, więcej ciepła i czasu na złapanie oddechu. Niby zwykła przejażdżka, a jednak zostawia po sobie bardzo dobre wrażenia i przypomina o tym, że już za trzy miesiące wiosna 🙂

Hipnotyzujące

Poranek nad stawem. Delikatnie prześwitujące przez gałęzie słońce ledwo przebijało się przez lekką mgiełkę unoszącą się w powietrzu. Wyciągnąłem teleobiektyw i poszukałem kilku kadrów pokazujących, jak światło maluje detale.

Spokojna i magiczna chwila. Czas zwolnił, serce uspokoiło tętno po kilkudziesięciu kilometrach jazdy rowerem. Te odbicia w wodzie były hipnotyzujące…