Spróbowałem znowu

Intensywny to był weekend. Po dziesięciu miesiącach przerwy postanowiłem wsiąść na rower i przejechać sto kilometrów. Z powodów zdrowotnych nie robiłem tego przez ten czas. Dwie, trzy godzinki to był max. Powiedziałem jednak: koniec, albo się organizm przyzwyczai, albo będę cierpiał.

I co? Cierpiałem po piątkowym wyjeździe, ale w sobotę było już OK. W niedzielę spróbowałem znowu, tym razem po górkach. Nie ukrywam, że te 5 – 6 godzin na rowerze to jest to, co zawsze najbardziej lubiłem, całkowite zapomnienie o wszystkim.

Przez ten czas liczy się tylko tu i teraz. Plany są ambitne na lato, a jak będzie,  zdrowie pokaże.

PS. Zdjęcia z zupełnie innego wyjazdu.

Zapach oszałamiający

Szybciutko minął drugi dzień majówki. Pogoda jak najbardziej taka, jak powinna być w maju. Czyli ciepło i słonecznie. Najlepszy czas na robienie tego co się lubi, bo nie wierzę, że ktoś nie potrafi na to wygospodarować choćby kilku godzin w ciągu tych trzech dni. W moim przypadku to niezmiennie włóczęga po okolicy i wdychanie oszałamiającego zapachu rzepaku 🙂

Setka po czasie

Można by powiedzieć, że weekend jak każdy inny. Dodatkowo wolny piątek jednak robi nieco różnicę, zawsze to trzy dni, a nie dwa.

U mnie z pogodą dziś bez szału, przez większość czasu kręciły się chmury, ale miałem postanowienie, że niezależnie od wszystkiego wsiadam rano i jadę na rower, a w planie była setka.  Ostatni raz 100 km robiłem prawie rok temu, później odpuściłem długie dystanse na rzecz krótskich i biegania.

Rano było uwaga, tylko 3 stopnie na plusie, a kiedy wracałem pięć godzin później było już 23! Niezła rozpiętość jak na jeden dzień. Zdjęcia oczywiście nie z dzisiaj, a sprzed dwóch dni.

Rekonwalescencja po „papatonie”

Po przebiegnięciu wczorajszego ponad 21-kilometrowego „papatonu” dziś w ramach rekonwalescencji wybrałem się na krótką fotoprzejażdżkę rowerem po okolicznych polnych drogach. Słoneczna, choć niezbyt ciepła aura nie pozwoliła mi siedzieć w domu. Bo jak tu nie ulec pokusie włóczenia się w takich okolicznościach przyrody.

Powolutku, niespiesznie i uważnie. Żeby przez pośpiech niczego nie przegapić. Tyle się dookoła dzieje o tej porze. Powoli zaczyna się też robić żółto od rzepaku, ale o tym w kolejnych postach.

Po weekendzie

Może to i lepiej, że dziś cały dzień pada deszcz. Mogę bez skrupułów siedzieć w czterech ścianach i poświęcić ten dzień na regenerację. Przedłużony weekend był intensywny. Dwie wymagające trasy piesze i dwie rowerowe. Niby nie czuję tego w kościach, ale odpoczynek dobrze mi zrobi.

A poniżej kilka miejscówek, które uchwyciłem na zdjęciach w ostatnim czasie. Wierzby z pewnością znacie doskonale. Dwa urokliwe krzyże – jeździłem koło nich wielokrotnie, ale dopiero teraz wpadłem na pomysł, żeby zrobić zdjęcia. Z kolei na te potężne pnie, pozostałe po wierzbach, trafiłem po raz pierwszy. Swoją drogą ciekawe, dlaczego tak uschły i nie odrodziły się po cięciu…