Brakowało mi takich warunków. Jednak kolorowy zachód słońca to jest to, co lubię najbardziej fotografować. A dziurawa droga z dziurami wypełnionymi wodą może okazać się całkiem ciekawym tematem 😉



Brakowało mi takich warunków. Jednak kolorowy zachód słońca to jest to, co lubię najbardziej fotografować. A dziurawa droga z dziurami wypełnionymi wodą może okazać się całkiem ciekawym tematem 😉



To chyba najbardziej urokliwe miejsce w całym moim powiecie. A na pewno w mojej wiosce. Znam to miejsce na wylot i wykonałem tam chyba wszystkie możliwe kadry. Jednak ciągle tam wracam, bo tak naprawdę nie sa dla mnie istotne nowe miejsca i kadry, ale abym się dobrze czuł podczas fotografowania. o miejsce ma niepowtarzalny klimat i tam czuję się jak u siebie na podwórku.
Poszedłem tam we wtorkowy wieczór i na dzień dobry (a raczej na dobry wieczór) zrobiłem poniższe trzy kadry. Światło było tak niesamowite, że kolory aż raziły w oczy, jednocześnie będąc mocno stonowane, oświetlone cudownie zblendowanym światłem zachodzącego słońca odbijającym się od skołatanych chmur.



Może niezbyt wysokie te nasze pagórki, ale jak wyjść na sam szczyt, to można podziwiać ciągnące się wydawać by się mogło w nieskończoność, tereny. Lubię stanąć na takim pagórku i obserwować przez teleobiektyw okolicę starając się rozpoznać odległe charakterystyczne obiekty, drzewa, drogi, wzgórza. Wbrew pozorom nie jest to takie łatwe, choć te tereny mam zjedżone samochodem, rowerem i na schodzone na piechotę wszerz i wzdłuż.




Hm… jak to możliwe, że chwilkę wcześniej nie widziałem ani obłoczka na niebie. To oczywiście magia zachodu słońca. Te najwyższe delikatne obłoczki mogą być podświetlone kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt minut po zajściu słońca. Tak też było i tym razem.
Już zbierałem zabawki i zacząłem wracać ze smutną miną do samochodu, kiedy niebo zaczęło się robić pomarańczowe, a potem wręcz czerwone. Natura już tyle razy mnie uczyła, żeby nie odpuszczać i zawsze czekać do ostatniej chwili…




We wrześniu straciłem nadzieję na złotą polską jesień. Ale pogoda jest nie do przewidzenia na dłuższą metę. Październik uraczył nas swoim ciepłem i kolorami. Każdą wolną chwilę staram się w pełni wykorzystać na obcowanie z naturą i jej uwiecznianiem. Żal tylko, że dzień już taki krótki i jeśli nie uda się urlopu, to po pracy zostaje na to raptem godzinka. No i weekendy oczywiście.
Tu zdjęcia z wieczornego spaceru po najbliższej okolicy. Lubię przystanąć na tym wzniesieniu i przyglądać się niezbyt rozległej dolince. Tu u mnie są zaledwie pagórki, więc nie mam jakiś rozległych widoków, ale i to cieszy.




W niedzielny wieczór po raz trzeci z rzędu udało się sfotografować wschodzący Księżyc. Ekscytuję się, bo wbrew pozorom nieczęsto zdarza się tak idealna pogoda i bezchmurne niebo aż po horyzont, aby można było fotografowac naszego satelitę tuż nad ziemią.
Tym razem postawiłem na sprawdzoną miejscówkę. Ustawiłem się na polnej drodze i czekałem. W kulminacyjnym momencie przyjechał jakiś samochód i jak na złość zatrzymał się akurat na widocznym kawałku drogi. Kierowca wysiadł i zaczął czegoś szukać na polu. Ufff, na szczęście zaraz znalzł swój kołpak i odjechał i zdążyłem zrobić zdjęcie, bo Księżyc zaszedł za jakowąś odległą chmurę. Zniknął na następne kilkanaście minut.
Ale ja miałem już swoje wymarzone zdjęcie. A po zbliżeniu (zdj. 2) można dostrzec budynki odległego o ponad dwadzieścia kilometrów Rzeszowa i wiatraki znajdujące się aż czterdzieści kilometrów ode mnie! Co za niezwykła widoczność!


Drugi dzień z rzędu udało się sfotografować wschodzący Księżyc. Tym razem jednak nie obyło się bez przygód. Zajechałem na miejscówkę, a tam… żeby na nią dotrzeć wypadałoby pokonać potężne pole dwumetrowej kukurydzy. I wyobraźcie sobie, że zdesperowany zacząłem przez nią brnąć! Po kilku krokach pomyślałem jednak, że Bóg mnie już całkiem opuścił i zawróciłem.
Całe szczęście, że lubię przyjechać sobie na miejsce sporo wcześniej. Było więc jeszcze trochę czasu na poszukanie czegoś zastępczego. W ostatniej chwili się zdecydowałem, bo było już widać czubek Księżyca znad horyzontu. I oto mamy wschodzący prawie pełny Księżyc nad niepozornymi drzewkami, pod którymi znajduje się kapliczka Nepomucena (oczywiście z tej odległości jej nie widać), a z tyłu pobliskie wzgórze z nadajnikiem. No nic innego na szybko nie wymyśliłem 🙂




Nie sądziłem, że to się uda. Słońce jeszcze miało nie zajść, a Księżyc już miał wschodzić po drugiej stronie horyzontu. Miałem nadzieję uchwycić to z wiaduktu nad autostradą. Zająłem miejsce i czekałem. Niebo wyglądało na zupełnie bezchmurne, więc szanse jakoweś były.
Co ja wyprawiałem, jak go zobaczyłem, cieszyłem się jak dziecko z nowej zabawki :P. Samochody jadące autostradą mogły się przestraszyć, że to jakiś desperat próbuje skoczyć, więc aby ich nie stresować odsunąłem się na ile mogłem od barierki. Wiadukt nieuczęszczany, tak że nie było z tym problemu.
Wyczekałem chwilę, aż zrobi podniesie się nieco nad horyzont, aby był wyraźniejszy i pyk, mamy to! Dwanaście minut przed zachodem słońca, wysokość Księzyca – 2° i 94% oświetlonej tarczy. Do tego cudowne ciepłe barwy złotej godziny. Uwielbiam te emocje 😉

To nie jest tak, że zawsze trafiam na super warunki i najidealniejsze światło do fotografowania. Na zdjęcie składa się wiele składowych. Pierwsze i najważniejsze – bardzo często analizuję prognozy pogody, aby na tej podstawie wywnioskować, czy warto wychodzić w teren. To zajmuje sporo czasu, a i tak nieraz się nie sprawdzają, albo sam świadomie wychodzę podczas gorszej (do zdjęć) aury.
Po drugie wychodzę, wyjeżdżam w teren i oglądam się nieustannie w poszukiwaniu miejscówek, choć tu już mam małe miejsce do popisu, bo całą okolicę znam jak własną kieszeń. Później znajdując się już na miejscu poszukuję ciekawych kadrów. A ukoronowaniem i wisienką jest już postprodukcja kadrów w programie graficznym.
Wtorkowy wieczór – to wtedy natura wynagrodziła moje starania do jak najpiękniejszego jej uwiecznienia. Po zachodzie słońca delikatne chmurki nabrały malinowego koloru, a ja postanowiłem użyć filtru szarego umożliwiającego rozmycie wędrujących poniebie chmur. Myślę, że powstał całkiem fajny efekt, a zdjęcie nabrało dynamiki.

Co jakiś czas lubię pojechać blisko torów kolejowych i fotografować pociągi. Trochę mało mam do tego cierpliwości, bo… trzeba czekać na pociąg. A ja strasznie nie lubię bezczynności. Nieraz jak czekam na odpowiednie warunki, to chodzę, spaceruję i szukam sobie między czasie innych kadrów. W tym przypadku aparat musi być ustawiony w gotowości na statywie, a ja muszę być w jego pobliżu, aby nacisnąć co trzeba w odpowiednim momencie.
Tego wieczoru było podobnie. Na niebie działa się już magia, a pociąg nie nadjeżdżał. A ja stałem, przebierałem nóżkami i prawie zniosłem jajko. Aż w końcu nadjechał i oto mamy ten klimatyczny kolejowy obrazek 😉
