Jechać czy fotografować…

W ubiegły czwartek były na niebie ładne chmury, więc postanowiłem wziąć ze sobą na wyprawę rowerową aparat. Trasa liczyła sto kilometrów i zaplnaowałem ją po malowniczo położonych górkach zachodzniej strony Pogórza Strzyżowskiego. Wyjechałem kolejno na dziesiąć wzgórz, a suma przewyższen całej wyprawy to 2100 metrów. Niekończąca się historia spinaczek i zjazdów.

I choć kosztowało mnie to wiele, to widoki wynagrodziły mi trud. Nie lubię przerywać jazdy, ale dla niektórych widoków po prostu musiałem. Już nie mogę się doczekać kolejnych pogodnych dni, aby znów wyruszyć na odkrywanie piękna mojej okolicy. Tylko te mieszane uczucia… jechać, czy fotografować.

Obraz trójwymiarowy

Poranne mgły. Zawieszone nisko nad łąkami. Gdy tylko wyjdzie słońce zaczynają się podnosić i rozpraszać. Nie ma dużo czasu na fotografowanie. A nie ma co ukrywać, że wyglądają najpiękniej właśnie wtedy, gdy słońce ledwo je muska swoim blaskiem.

Tak ulotne chwile, że później zastanawiamy się, czy to działo się naprawdę. Zdjęcia są po to, aby te momenty, minuty, sekundy zatrzymywać na dłużej. Kto nie widział tego na żywo, temu polecam z całego serca spacery o wschodzie słońca. Jak najczęściej. Aby w końcu trafić na swój bajkowy poranek. I go zapamiętać, zatrzymać ten trójwymiarowy obraz w sowjej głowie.

Słonecznikowo

Pola słoneczników. Piękny widok. Zwróciłem na nie uwagę jakieś kilkanaście dni temu podczas jednej w przejażdżek rowerowych. Wtedy jeszcze nie kwitły. Postanowiłem sobie do nich wrócić za jakiś czas i w niedzielę zrobiłem kolejny kurs w to miejsce. Zrządzenie losu sprawiło, że zabłądziłem i przypadkiem trafiłem na jeszcze większe pola tej pięknej rośliny i co najważniejsze okazało się, że już zakwitły!

Nie wiem jak długo kwitną słoneczniki, ale koniecznie muszę tam jeszcze wrócić. Oby nie było jak miesiąc temu z makami i obym zdążył przed przekwitnięciem. Pozostaje czekać na ciekawe warunki podczas któregoś z zachodów słońca.

Doznania wizualne

Dnia powoli ubywa. Mija już miesiąc od przesilenia letniego. Jedyne co mnie cieszy, to że wschód słońca jest coraz później. Piąta rano brzmi lepiej niż czwarta trzydzieści. A tylko rano możemy napotkać tak cudowne światło. I to nie ważne gdzie jesteśmy. W śrdoku lasu, w polach, na łące, czy na zwykłej asfaltowej drodze. Te kilkadziesiąt minut, czasami godzina i dłużej to z pewnością najpiekniejsze co może nas spotkać, jeśli chodzi o wizualne doznania.

Lubię upał

Dawno temuj, kiedy byłem nastolatkiem nie lubiałem upałów i lata. Okres od maja do sierpnia był najmniej ulubionym okresem w roku. Później na szczęście się to zmieniło, a aktualnie uwielbiam kilku, czy kilkunastodniowe upały zprostego powodu – mogę jeździć na wielogodzinne wyprawy rowerowe bez stresu o zmienną pogodę.

Ostatnio podczas bezchmurnego, upalnego wieczoru rzuciło mi się w oczy kilka poniższych kadrów.

Ulotne chwile

Aż ciężko w to uwierzyć, że dwadzieścia minut wcześniej padał ulewny deszcz, wiał wiatr i było prawie ciemno. Za to uwielbiam aurę, że potrafi zmienić się dosłownie z kwadransu na kwadrans. Jest ulewa, ale ja biorę pod uwagę, że po ulewie może przyjść całkiem przyjemna pogoda, pastelowy zachód słońca. To są niezwykle ulotne chwile. A ja tylko takie lubię uwieczniać na moich zdjęciach.

Nie do znudzenia

Każdy wieczór niesie ze sobą coś innego. Niby jeden do drugiego podobny, ale wcale tak nie jest. Spędzając często wieczory w plenerze zauważa się subtelne różnice. Światło jest za każdym razem nieco inne. Za każdym rozem ujęcia, nawet w tych samych miejscach różnią się od siebie. Zauważy się inny kadr, albo zrobi zdjęcie pod innym kątem do słońca i już mamy inną fotkę. To jest nie do znudzenia. Nigdy.

Zwykłe miejsce

Nieraz bardzo niewiele trzeba, aby zrobić zdjęcie, które przykuwa uwagę. Niekoniecznie musi na nim być jakieś super niezwykłe popularne miejsce, gdzie spotkać można w gratisie tłumy turystów. Ja właśnie piękna uwielbiam szukać w zwykłych miejscach, gdzie mało kto bywa, gdzie inni nie widzą nic niezwykłego.

Na moich zdjęciach przeważają miejsca ogólnodostępne, ale nie zaznaczone w przewodnikach. Odkrywam je sam i to sprawia mi największą frajdę. Czasami spotykam nawet w tych odległych od cywilizacji miejscach innych podobnych do mnie wariatów. Którzy porzucają samochód i idą przed siebie polnymi ścieżkami, miedzami, przez lasy, czasem nieużytki.

Znad Czorsztyna

Kiedy jest mało czasu na fotografowanie, co jakiś czas wracam do starszych fotek, które jeszcze nie ujrzały światła dziennego. Miło wrócić do starszych zdjęć, wracają wtedy wspomnienia. Na podstawie zdjęcia jestem w stanie odtworzyć prawie każdy szczegół okoliczności powstania zdjęcia.

Poniższe powstały pod koniec lipca, trzy lata temu ze wgórza nad Czorsztynem, skąd rozciąga się nie tylko cudowna panorama na Tatry, ale również na północny zachód.