Dystans koronny

No gorąco… tego nie da się ukryć. Ale na wszystko można znaleźć sposób. Pobudka o 2:00, a o 3:00 byłem już na rowerze. Przy temperaturze od 13 do 17°C jechało się naprawdę przyjemnie. Dopiero około siódmej termometr  na rowerze pokazał ponad 20°C, a później temperatura rosła już błyskawicznie. Na szczęście po ósmej, kiedy zbliżała się do trzydziestki, ja byłem już w domu.

Cel wyprawy był prosty, przejechać mój koronny dystans 100 km i odwiedzić między innymi urokliwe stawy, które jakiś czas temu odkryłem zupełnie przypadkiem. Bardzo lubię zbiorniki wodne, a ten ma swój urok.

Nie spędziłem tam zbyt wiele czasu, bo zależało mi na powrocie przed największym upałem. Zrobiłem jednak kilka zdjęć, żeby zachować wspomnienia z tej porannej wyprawy. Mam nadzieję, że i Wam przypadną do gustu.
Stawy znajdują się w miejscowości Podleszany.

Odliczam

To już taki typowo letni krajobraz. Bele siana, ciepłe wieczorne światło i wszystko wokół podpowiada, że jesteśmy dokładnie w środku lata. Najdłuższe dni, najkrótsze noce i temperatury z trójką z przodu.

To nie jest najbardziej komfortowa pogoda ani do aktywności fizycznej, ani do fotografowania. Mimo to coraz odliczam czas do weekendu.

Budzik na sobotę już nastawiony na wczesną godzinę. Rower czeka. Ja też czekam. 

Po raz drugi

Hm… Przejeżdżałem tędy rowerem jeakieś dwa lata temu, ale nie mam pojęcia, jak to możliwe, że nie zwróciłem większej uwagi na to miejsce. Cztery stawy położone w lesie, które, jak przypuszczam, zostały niedawno oczyszczone. A może wcześniej ich tu nie było i powstały dopiero kilka lat temu? Nie wiem i szczerze mówiąc nie zagłębiam się w ich historię.

To świetna miejscówka na spacer, mimo że brzegi są nieco zarośnięte, a ścieżek praktycznie brak. Ale czy to naprawdę jakaś przeszkoda? Wystarczy odpowiednie obuwie i trochę chęci.

W sobotę trafiłem tam podczas rowerowej wycieczki i już wiem jedno: koniecznie muszę wybrać się tu któregoś mglistego poranka. Mam przeczucie, że wtedy to miejsce pokaże swoje najciekawsze oblicze.

Niewiele widać?

Niewiele widać? Ja też niewiele widziałem. Bo pierwsze trzy zdjęcia zrobiłem około godziny 3:20! A na liczniku miałem już prawie 20 kilometrów.

Tak, wstałem i wyjechałem o nieludzkiej porze tylko po to, żeby z siodełka podziwiać wschód słońca. Tyle że ten spektakl zaczął się dużo, dużo wcześniej niż sam moment pojawienia się tarczy nad horyzontem.

Niebo powoli budziło się do życia. Już dwie godziny przed porą wschodu słońca malowało się kolorami, które wynagrodziły każdą minutę wyrwaną ze snu. A dzięki takim widokom po drodze jechało się przyjemniej mimo egipskich ciemności.

Półtora kilo mniej

Ubiegły wtorek był z pewnością jednym z najgorętszych dni w tym roku. Mój termometr na rowerze pokazał maksymalnie 38°C podczas trasy, a średnia temperatura wyniosła aż 32°C. Mimo pędu powietrza i wypicia 3 litrów wody podczas 100-kilometrowej wycieczki, po powrocie było mnie o półtora kilograma mniej.

Był środek dnia, więc warunki do fotografowania były takie sobie, ale trzy miejscówki szczególnie mnie zauroczyły. Dwie pierwsze to park z dworkiem w Dzikowcu oraz fajnie pomalowane przystanki autobusowe.

Kolejnym odkryciem było niewielkie jeziorko ukryte w środku lasu. Tu koniecznie muszę jeszcze wrócić. 

Trzecim miejscem był zalew w Cierpiszu, gdzie bywam dość często. Aktualnie wyjątkowo pięknie prezentuje się tam grążel żółty, który dodaje temu miejscu jeszcze więcej uroku.

Magiczne akacje

Pojawiłem się tam znowu. Ze względu na inne niż fotografowanie priorytety nie bywam tam już tak często jak kiedyś. Ale w niedzielę, przejeżdżając niedaleko, postanowiłem, że muszę na własne oczy zobaczyć, jak kwitną.

Co prawda kwiatów nie ma na nich zbyt wiele, ale biorąc pod uwagę, że jeszcze dobrych kilka lat temu nie kwitły w ogóle, teraz jest naprawdę super. Przy okazji na niebie zauważyłem halo słoneczne i tak sobie pomyślałem, że nic się nie zmieniło – one nadal są magiczne, albo przynajmniej przyciągają magiczne zjawiska, wschody i zachody słońca. Coś w tym musi być…

Chmury, ale nie odpuściłem

Do tej pory chce mi się ziewać na samą myśl. W sobotę plan był na czwartą, ale nie dałem rady, wstałem przed piątą. Jak na zewnątrz jest zachmurzone, to nie chce się wstawać i ruszać na rower tak bardzo, jak podczas ładnej pogody.

Jednak skoro był plan na jazdę, to nie mogłem odpuścić. Źle bym się z tym czuł przez cały dzień. I faktycznie przez 90 procent czasu miałem nad sobą zachmurzone niebo, ale chwilami trafiały się takie widoki, że zapominałem nawet o tych wyciskających siódme poty wspinaczkach pod niby płaskie pagórki Pogórza Strzyżowskiego.