Na kadr z zachodzącym słońcem w tym miejscu miałem chrapkę od jakiegoś czasu. Rozchodziło się o dwie rzeczy – aby warunki pogodowe były sprzyjające i aby w odpowiednim czasie nadjechał pociąg. Rozłożyłem zatem statyw z aparatem i czekałem.
Słońce zniżało się coraz bardziej, a pociąg nie chciał nadjechać. W końcu patrzę – w oddali jest pociąg! InterCity nie zawiódł i nadjechał. Tak oto powstały poniższe zdjęcia.
Dzisiaj wpis rowerowo-fotograficzny, bo właśnie mija równiutki rok, jak po przerwie ponownie wsiadłem na rower i od razu stało się to na nowo moją drugą równie ważną, jak fotografia pasją, a w tym sezonie to chyba nawet ważniejszą. Rzadko robię zdjęcia na tych moich wyprawach, ale dzięki rowerowi znalazłem sporo nowych miejscówek, na które być może kiedyś wrócę z aparatem. Koniecznie o moich ulubionych porach wschodu lub zachodu słońca. Jednak fotografowanie w dzień, kiedy jeżdżę jakoś mi nie leży. Pozostaję przy pamiątkowych zdjęciach ze smartfona.
Jeszcze garść statystyk z tego roku: Rowerem pokonałem 5 230 km (to jak z Warszawy do Delhi w Indiach), podczas 116 wypraw, w ciągu ponad 268 godzin. Spaliłem 140 000 kalorii, i wjechałem łącznie 58 800 metrów pod górę i tyle samo w dół. To jakby 6 i pół raza wjechać na Mount Everest.
Swoją drogą ciekaw jestem, jak długo potrwa ta faza 😛
Czy to wiewiórka, jeż, dzięcioł, sroka, czy inna sarna, kto zawita do mnie do ogrodu, może liczyć na darmową sesję foto. Tym razem padło na kota. A raczej chyba kotkę.
Była już zaawansowana szarówka, kiedy moja pierwsza żona wywołała mne do ogrodu, koniecznie z aparatem. Tam czekała już rozochocona do zabawy i psot czarno-ruda kotka. Nie wiadomo skąd i czyja, ale skoro wdepła… Przed fotografowaniem musiałem nadać jej imię, padło na Fiona. Chyba jej się spodobało, bo wdzięczyła mi się przed aparatem z wprawą modelki.
Trochę popadało, więc wieczór był lekko przymglony parującą wilgocią, ale słońce świeciło aż do samego horyzontu. I to te kilka ostatnie minut jego królowania na niebie wybrałem do zrobienia poniższej fotki. Moją uwagę zwróciło samotne drzewo i wokól niego spróbowałem zbudować swój kadr.
W niedzielę późne popołudnie spędziłem na leżingu po wyczerpującej wyprawie rowerowej. Zwróciłem uwagę, na duży ruch samolotowy i zerknąłem na aplikację, czy aby gdzieś nie powinien być widoczny księżyc. Owszem, miał górować na wysokim południowym niebie.
I tak raz po raz zerkałem na radar lotów, kilka samolotów przeprowadziło próbę trafienia w księżyc, ale jakoś wszystkie były mocno nieudane. Aż w końcu jednemu z nich prawie, prawie się udało.
Wieczór taki niepozorny. Miał być deszcz, a prawie nie było. Miało być zimno, a było parno. Ciężkie chmury na niebie nie wskazywały, że słońcu uda się przebić choćby na chwilkę. Nie dało ono jednak za wygraną i pomalowało kawałek nieba swoim światłem.
No właśnie i co namalowało? Bo ja widzę przyczajonego żółtego królika…
To kwestia góra kilkunastu dni, kiedy zboża staną się dojrzałe i gotowe do żniw. Są miejsca, gdzie kłosy już się zaczynają złocić, ale sa też takie, gdzie są jeszcze całkiem zielone. Ja już niecierpliwie czekam na te zmiany w krajobrazie. Może w tym roku w końcu uda mi się znależć w mojej okolicy prawdziwe snopki skoszonego tradycyjnie zboża…. To takie jedno z marzeń fotograficznych, na którego zrealizowanie cierpliwie czekam.
Tymczasem dziś zdjęcie kościoła w Górze Ropczyckiej, który stale gości na moim blogu. Jednak w takim ujęciu jeszcze go tu nie było.
Pluskwiaki. Przez jednych znienawidzone za samą nazwę. Przez innych za smrodek pozostawiany przez nie na jagodach, czy malinach. Jeszcze przez innych za wlatywanie do mieszkania, czy za włażenie za kołnierz.
Ja lubię je, jak 95 % innych owadów i chętnie za nimi się rozglądam w ogrodzie, czy na łące. Jeśli oczywiście akurat nie fotografuję jakowegoś wschodu, czy zachodu słońca. Ostatnio ograniczam się tylko do własnego ogrodu, ale i tam udało mi się odszukać i sfotografować kilka przedstawicieli wspomnianych pluskwiaków.
Mam miejscówkę, gdzie zjawiam się co roku w porze najdłuższego dnia roku. Wtedy słońce zachodzi w okolicy oddalonego o ponad sześć kilometrów w linii prostej krzyża. Zawsze jednakowo zadzwia mnie ta perspektywa długoogniskowego obiektywu. Słońce, które będąc wysoko na niebie wydaje się malutkie, w porównaniu z odpowiednio oddalonym od obserwatora obiektem robi niesamowite wrażenie.
Jest jeszcze ciemno, choć noce na początku lipca są tak na prawdę dość jasne. W każdym razie nawet ptaki jeszcze śpią, na drogach pusto, więc niespiesznie jadę na miejsce – w kierunku nieco wyższych wzniesień w mojej okolicy. Mam nadzieję, że prognozy się sprawdzą i zastanę tam nieco mgieł.
Widok, który zastaję na miejscu przebija moje skromne oczekiwania. Wychodzące słońce i zalegające nisko, podświetlone mgły tworzą klimat, dla którego opłaciło się jechać kawał drogi. I to nic, że spektakl trwał kilkanaście minut, udało się go zachować na zdjęciach.