Jak najdłużej

Życzyłbym sobie, żebym do późnej jesieni publikował tu tylko zdjęcia zrobione podczas rowerowych eskapad. Żebym ciągle trafiał w takie miejsca, gdzie warto wyciągnąć aparat i odpalić migawkę.

Tak sobie jechać i czekać, aż gotowe kadry pojawią się przed oczyma. Wtedy zatrzymać się, wyciągnąć sprzęt i uwiecznić. Może zatrzymać się na dłużej, rozglądnąć dookoła czy czegoś nie ominąłem wzrokiem. Zdaję sobie sprawę, że przejeżdżając tędy następnym razem znajdę nowe kadry w zupełnie innym świetle.

Nowa dawka jeleni

Pierwszego maja w końcu od samego rana miała być ładna pogoda. O 5:50 zameldowałem się z rowerem na skraju lasu. Temperatura… -3° C. Ale co tam ziąb, już zacierałem rączki (dosłownie 😛 ) na widoki jakie mnie czekały w lesie.

Od samego rana światło było dośc ostre, choć liczyłem na lekkie zamglenie. Jednak kilka spotkań z dzikim zwierzem wynagrodziło i ziąb (dłonie odtajały mi dopiero gdzieś koło ósmej 😦 ) i niewyspanie i wszelkie inne niedogodności.

Ta chwila, kiedy jadę, a przede mną widzę jelenie jest jak narkotyk. Widzę, fotografuję albo i nie, bo wcześniej uciekają, a zaraz potem chcę nową dawkę jeleni 😀

Coś się zawsze nawinie

Co mogę napisać… U mnie po staremu. Gdy tylko jest pogodnie staram się wygospodarować nieco czasu, aby powłóczyć się rowerem po okolicy. W tym tygodniu same krótkie, do trzydziestu kilometrów przejażdżki po pracy. Na więcej nie bardzo pozwala czas.

Jeżdżę sobie i obserwuję. Napawam się widokiem budzącej się przyrody i od czasu do czasu robię zdjęcia. Czasem wyjadę tak, aby załapać się na zachód słońca, czasem wcześniej. Zawsze coś tam się nawinie przed obiektyw.

Cisza niedzielnego poranka

Tylko zacząłem jechać, miałem za sobą kilometr, może dwa. Było niewiele po świcie, a na termometrze 2 ° C na plusie. Zatrzymałem się, aby ubrać rękawiczki. Zerknąłem przed siebie, a tam jelonek przebiega przez dorgę. Za nim kolejny, później łania. Szybko wyciągnąłem obiektyw, a tam jeszcze kilkanaście powoli, dostojnie i niespiesznie przechodzących jelonków.

Już mogłem ten wyjazd uznac za udany, a przede mną było jeszcze sporo kilometrów. Ptaki, sarny, zwykłe i niezwykłe widoki. Na codzień nie zwracamy na nie uwagi, ja staram się je wyłuskać z przestrzeni i uwiecznić na zdjęćiach. A to wszystko w cudownej ciszy niedzielnego poranka.

Wiele czasu

Czasem jadę rowerem i nie chce mi się rozglądać za kadrami, ale kiedy jest jeszcze bardzo rano, krótko po świcie, to piękne miękkie poranne świało sprawia, że głowa kręci się dookoła jak sowie, a dłoń sama zaciska na klamce hamulca. I tak niby jadę, niby fotografuję, a czas mija nieubłaganie.

Nim się zorientuję mijają kolejne minuty, kwadranse, godziny. I już mi jest smutno, że blisko do końca trasy. Już zaczynam tęsknić za kolejną rowerową wycieczką. To jest jak nałóg, niby pozytywny, ale kosztuje tak wiele czasu…

Dwie siedemdziesiątki | cz. 2

Weekendowe rowerowanie i kolejne fotki z drogi. Tempo spacerowe, więc był czas na rozglądanie się na boki, a poranne światło tylko dodawało klimatu.

Nie będę zasypywał dziesiątkami zdjęć, a pokaże te które najbardziej mi się spodobały, a więc dzika zwierzyna w postaci grupki danieli i saren, bażancicy i bociana. Do tego kadr z dwoma ciągnikami z podłączonymi siewnikami z pierszymi kwitnącymi rzepakami w tym sezonie! Tak, to już się zaczyna. Niedługo moje pagórki zostaną pomalowane na żółto 😉

Dwie siedemdziesiątki | cz. 1

Za mną intensywnie rowerowy weekend. Dwa razy po siedemdziesiąt kilometrów pół na pół asfalt i szutrowe, leśne oraz polne drogi. Tym razem ruszałem w trasę skoro świt lub prawie skoro. Nastawiałem się nie tyle na wyrobienie kilometrówki, co na zdjęcia i to mi się udało.

Zwłaszcza w sobotę dopisywał zwierz. Wspaniałe spotkanie ze stadkiem danieli (na zdjęciu tylko dwójka, która do ostatniej chwili nie uciekła, przyglądając mi się ciekawie), panią bażantową, która udawała, że jej nie ma i z konikiem polskim. W lasach robi się już zielono, a poranne mgiełki tworzyły klimatyczną atmosferę.

Jazda dziadkowym tempem

W sobotę i niedzielę doczekałem iście letniej pogody. Bo jak jest już te kilkanaście stopni, to człowiek czuje się jakby to było lato 🙂 W sobotę krócej a w niedzielę udało się wyrwać na prawie sto kilometrów rowerem. Tym sposobem dobiłem w tym roku z kilometrami do 2000 podczas 60 aktywności!

Nie spieszę się podczas moich wypraw. Jadę wręcz żółwim tempem rozglądając się dookoła i obserwując budzącą się do życia przyrodę. Wybieram mało uczęszczane drogi asfaltowe i coraz więcej zjeżdżam na szutry i polne drogi. Od czasu do czasu przystanę, aby zrobić zdjęcie.

Błotniste drogi, szuter i tylko trochę asfaltu

Czwartek zapowiadał się wyjątkowo pogodnie i ciepło. Wsiadłem zatem na rower i ruszyłem odkrywać nowe miejsca. Trasa ułożona w ponad połowie po nowych ścieżkach i pół na pół asfalt z szutrami i polnymi drogami, które jak się okazało są jeszcze bardzo błotniste.

Udało się jednak odkryć kilka nowych ciekawych miejscówek i widokowych tras. Ubłocony rower i ja po kolana, ale przygoda niezapomniana:

Szybkie dziesięć kilometrów

Tydzień przerwy (spowodowanymi lekkimi niedomaganiami zdrowotnymi oraz kiepską pogodą) w jeździe rowerem, to bardzo długo. Wczoraj nie zważając na możliwe opady deszczu zabrałem rower na Pogórze Strzyżowskie. Wybrałem trasę po okolicznych wzniesieniach z mało uczęszczanymi drogami i cudownymi widokami na nieodległe pagórki.

Chmur było sporo, ale kiedy już słońce wyglądnęło i oświetliło lekko przymglone pola, to widoki były fantastyczne. Tak fajnie się jechało, że zapomniałem o zapowiadaanych opadach konwekcyjnych deszczu. Kiedy zerknąłem na radary, okazało się, że burza jest tuż obok, a moja najkrótsza droga do mety to dziesięć kilometrów. Na szczęście z górki, więc przy pierwszych grzmotach i kroplach deszczu ładowałem rower na bagażnik 😉