Na spotkanie kalendarzowej jesieni wybrałem się w sobotę o siedemnastej na okoliczne pola, ale to chmurki okazały się najładniejsze 😉



Na spotkanie kalendarzowej jesieni wybrałem się w sobotę o siedemnastej na okoliczne pola, ale to chmurki okazały się najładniejsze 😉



Dwa tygodnie temu ni stąd ni zowąd postanowiłem wyjść na Babią Górę. Jak postanowiłem, tak zrobiłem.
Wyjście zaczęliśmy zielonym szlakiem z Zawoi Markowej, po dojściu do schroniska na Markowych Szczawinach odbiliśmy na czerwony szlak prowadzący do Przełęczy Brona i dalej w lewo na Babią Górę. Zejście czerwonym szlakiem do Przełęczy Krowiarki. Całość zajęła nam z pięć i pół godziny w trzydziestostopniowym upale. Rozkosz 😉






Wcale nikomu nie chciało się specjalnie wychodzić na Tarnicę, ale skoro Pani Mama jednego z nas wyszła i to razem z całą drogą krzyżową, to niby my nie damy rady? Daliśmy, a jakże. Tradycyjnie część drogi w deszczu



Taki tam jesienne wspominki.

Co prawda nie na długo, a jednak. W sobotę nie zapowiadała się ładna pogoda. Ale gdy tylko miejscami zaczęło pokazywać się niebieskie niebo, zarzuciłem kurtkę i ruszyłem w plener.


Czyli moje ulubione wierzby w okolicy. Wygląda na to, że dzików też, gdyż nieopodal napotkałem na zrytą ziemię…


Podczas swoich wędrówek po bliższej i dalszej okolicy natrafiłem na ogromny młody lasek modrzewiowy.



Tak mi się spodobało to miejsce, że wracam tam co roku i zawsze jesienią. Staram sie trafić na piękne żółte liście rosnących tam buków. W tamtym roku pojechałem za wcześnie. W tym udało się.
Na dzień dobry okazało się, że stara lipa, która według legendy wyrosła przed laty obok kościoła, który znajdował się na tej górze, nadłamała się jeszcze bardziej niż rok temu i teraz przed upadkiem ratuje ją tylko to, że opiera się na sąsiednim drzewie. A ów kościół w okresie reformacji zniszczono, a dwa pnie lipowe rozdzieliły się, symbolizując podział chrześcijaństwa. Ponoć kiedyś resztki krzyża z nieistniejącego kościoła wrosły w ich pnie i z tego powodu lipy te uważane są za święte drzewa. Miejscowi opowiadają, jak przed wojną proboszcz z Frysztaka, do którego las należał, kazał usunąć te „drzewne ruiny”, ale ledwo chłopi nacięli siekierą pień, pokazała się krew…

Na szczycie góry stoi kapliczka powstała na miejscu dawnego kościoła gdzieś w XIX wieku.

A dookoła buki, mnóstwo żółtolistnych buków.



W drodze powrotnej całkiem przypadkiem trafiliśmy na miejsce z opieńkami. Mniam, usmażone z cebulką i czosnkiem smakowały wyśmienicie 😉





Kolejna porcja fotek.







Prognozy pogodowe nie najgorsze, wybieramy się zatem na mały spacerek Połoniną Caryńską.




