Im nie przeszkadza

Pogoda ostatnio nie rozpieszcza, ale wytrzymajmy jeszcze jutro. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że czeka nas poprawa i stabilizacja pogody. Głęboki niż, który od kilku dni przemieszcza się znad południowej Skandynawii przez Bałtyk w kierunku Litwy i Białorusi, wreszcie odpuści.

I bardzo dobrze, bo ja już kilka razy porządnie przemokłem, zarówno podczas rowerowych wypraw, jak i pieszych wędrówek. Mam nadzieję, że teraz będzie okazja trochę przesuszyć buty i nacieszyć się letnią pogodą.

Tymczasem kilka zdjęć akacji, które, jak gdyby nigdy nic, nadal stoją w swoim miejscu zupełnie nie przejmując się pogodowymi zawirowaniami.

Wysiadywanie jajek i zjedzona wierzba

Czy owady wysiadują jajka? Najprawdopodobniej nie. Knieżyca szara (Elasmucha grisea) z pewnością jednak ich pilnuje, przesiadując nad nimi aż do momentu wyklucia się młodych. To właśnie ją możecie zobaczyć na pierwszym zdjęciu.

Na drugim zdjęciu najprawdopodobniej znajduje się brzęczak porzeczkowy (Nematus ribesii) – gatunek błonkoskrzydłego z rodziny pilarzowatych. Jego larwy żywią się liśćmi, często żerując w dużych grupach, co potrafi w krótkim czasie ogołocić całą roślinę. U mnie praktycznie co roku pojawiają się na wierzbie.

Trzecie zdjęcie przedstawia biedronkę siedmiokropkę (Coccinella septempunctata), która najwyraźniej szykuje się do odlotu.

Niespodzianka nad drzewami

Tęcza nie o poranku, nie wieczorem, a w środku letniego popołudnia? Jak najbardziej!

W piątek tyłek dostał wolne od siodełka, a nogi od biegania. Wybór mógł być tylko jeden – spokojny spacer, i to wyasfaltowaną leśną drogą. Całkowity luz oraz regeneracja ciała i umysłu. No i jak to zwykle u mnie ostatnimi czasy bywa… długo spokojnie nie było. Złapał mnie deszcz. Na szczęście tylko delikatny kapuśniaczek.

Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że chwilę wcześniej świeciło słońce… i wcale nie przestało świecić, gdy zaczął padać deszcz. „O co tu chodzi?” przemknęło mi przez głowę, ale odpowiedź przyszła błyskawicznie. Przecież to może oznaczać tylko jedno – tęczę! Musiałem jednak nieco podbiec, aby mieć na nią widok ponad drzewami. Kilkadziesiąt szybszych kroków, może nawet lekki trucht… i nagle zza drzew wyłonił się taki oto bajkowy widok.

Przygoda

Nie, nie. To nie zdjęcia z wczoraj. Wczoraj było zimno i… mokro. Bardzo mokro…

W tym roku już dwa razy porządnie zmokłem na rowerze, ale wczoraj chyba najbardziej.

Stwierdziłem, że dłużej nie ma co czekać na poprawę pogody i po prostu jadę na rower. Na dzień dobry, po kilku kilometrach zaczęło padać. Chwilę przeczekałem pod wiaduktem, ale stwierdziłem: jadę dalej, a co! Po kilkunastu minutach deszcz ustał, a ja zdążyłem nawet wyschnąć.

Pod koniec trasy nie było już jednak tak kolorowo. Rozpadało się na dobre. Byłem tak przemoczony, że miałem wrażenie, iż woda przesiąkła nawet przez skórę. 😅 Do tego zrobiło się zimno, więc nie należało to do najprzyjemniejszych przeżyć.

Ale dzisiaj wspominam to już z uśmiechem. W końcu każda taka sytuacja to jakaś przygoda i kolejne wspomnienie z rowerowych wypraw. 🚴🌧️

Nowe

Ostatnimi czasy zdarzyło mi się kilka razy zboczyć z dobrze znanych tras i to właśnie podczas takich wyjazdów moją uwagę zwróciły poniższe kapliczki.

Każda z nich jest inna, ale wszystkie stały przy głównych drogach. Skromne i niepozorne, być może przez wielu mijane bez choćby krótkiego spojrzenia. A przecież każda z nich ma swój urok i zdecydowanie zasługuje na chwilę uwagi.

Lubię zatrzymać się przy takich miejscach. Są częścią lokalnego krajobrazu i historii, a przy okazji stanowią bardzo ciekawy motyw fotograficzny. Dzięki odkrywaniu nowych tras wciąż trafiam na miejsca, których wcześniej zupełnie nie znałem.

Chce się

Ostatnio sporo jeździłem na rowerze. Nie każda wyprawa kończyła się dużą liczbą zdjęć, czasem po drodze powstawał tylko jeden czy dwa lub kilka kadrów. Dziś zebrałem je w jednym wpisie.

Pierwsze zdjęcie powstało o poranku nad wodą. Kolejne pokazuje jedne z pierwszych chwil po wschodzie słońca, gdy jego tarcza dopiero wyłaniała się znad horyzontu. Podczas jednej z tras zahaczyłem też o zamek w Przecławiu, który zawsze świetnie prezentuje się na zdjęciach.

Na końcu zostawiłem urokliwą asfaltową dróżkę prowadzącą przez kilka kilometrów pośród pól uprawnych. Te spokojne i ciche i niepozorne miejsca często najbardziej zapadają mi w pamięć i sprawiają, że chce się ciągle to robić – jeździć, jeździć i jeszcze raz jeździć.

Spektakl dla mnie

Wyruszyłem bez większych nadziei na mgliste krajobrazy. Co prawda była wczesna pora, ale poranek był wyjątkowo ciepły, z temperaturą około 17 stopni, więc wydawało się, że na mgły nie ma już szans.

Tym większe było moje zaskoczenie, gdy trafiłem na te delikatne mgiełki, a nad horyzontem właśnie wschodziło słońce. Taki widok musi robić wrażenie, zwłaszcza gdy pojawia się zupełnie niespodziewanie.

To musiał być naprawdę szczęśliwy zbieg okoliczności. Podczas blisko 100-kilometrowej trasy znalazłem się dokładnie w tym miejscu i o tej porze, kiedy natura przygotowała taki spektakl.

Przystanki nieplanowane

Podczas jednej z rowerowych wypraw zahaczyłem o zalew w Kamionce. Co prawda było już jakiś czas po wschodzie słońca, ale ku mojemu zdziwieniu nie było tam żywej duszy, mimo to czas wakacyjny.

Zrobiłem spokojną rundkę aby uwiecznić kilka słonecznych widoków. Pogoda dopisywała, a cisza i spokój sprawiły, że miejsce miało swój wyjątkowy klimat.

Po krótkim postoju wskoczyłem z powrotem na rower i ruszyłem dalej przed siebie. To te nieplanowane przystanki okazują się jednymi z najprzyjemniejszych momentów całej wycieczki.

Ostatni dzień upałów

Ubiegły tydzień. W ostatni dzień upałów po raz kolejny wybrałem się na rower, ale tym razem jeszcze przed świtem. Już o trzeciej w nocy było dwadzieścia stopni, ale w porównaniu z tym, co działo się w ciągu dnia, był to naprawdę przyjemny chłodek.

Jednym z moich przystanków były stawy widoczne na zdjęciach. Gdy tam dotarłem, słońce właśnie wschodziło, a na niebie pojawiły się piękne kolory poranka. Ich odbicie na spokojnej tafli wody tylko dopełniło ten wyjątkowy widok.

Mam plan

Wrócę jeszcze na chwilę wspomnieniami do niedzielnego wyjazdu na farmę wiatraków. To miejsce jest wyjątkowe nawet bez samych wiatraków. Z dala od zabudowań, dookoła tylko pola uprawne rozciągające się na pofałdowanym terenie.

To wszystko znajduje się na wzniesieniu, z którego rozpościera się piękny widok na okolicę. Są tu drogi asfaltowe, szutrowe i zwykłe polne. Można włóczyć się rowerem godzinami. Mam już nawet plan, żeby kiedyś załadować rower na bagażnik, podjechać pod wiatraki i przez cały poranek kręcić po tej okolicy.