Kiedy jeszcze nie jest zielono, ale temperatura jak najbardziej wiosenna, to kolorów szukam na niebie. I w wodzie.



Kiedy jeszcze nie jest zielono, ale temperatura jak najbardziej wiosenna, to kolorów szukam na niebie. I w wodzie.



Coś mnie tknęło i na późnowieczorną przejażdżkę rowerową oprócz aparatu zabrałem statyw. W sumie niebo było całe zachmurzone i sam nie wiedziałem po co biorę sprzęt.
Jednak po kilkunastu kilometrach niebo zaczęło się przecierać i pojawił się księżyc. Nadłożyłem drogi, aby pojechać w miejscówkę, którą jakiś czas temu upatrzyłem sobie na takie własnie nocne warunki.

To było jeszcze w ubiegłym tygodniu. Podniosłem oko, potem drugie, a potem rolety. I już wiedziałem, że ten poranek będzie nie byle jaki. Trzeba jednak było jechać do pracy, więc pierwszą żonę posadziłem za kierownicą, a ja zasiadłem z aparatem na miejscu pasażera.
Przeczucie tym razem mnie nie zawiodło. Na niebie pokazały się przepiękne czerwone barwy!



Kiedy wyruszałem było 6 °C , w najcieplejszym miejscu 20 °C na plusie w cieniu! Tak przynajmniej pokazywał mój termometr w nawigacji rowerowej.
Dzięki tak pięknej pogodzie mogłem wrocić do kolarstwa, które najbardziej lubię – kolarstwa fotograficznego. Bez pośpiechu, bez stresu, że mi zmarzną dłonie lub stopy. Z licznymi przystankami na podziwianie i uwiecznianie przedwiosennych widoków.
Siedemdziesiąt kilometrów po Pogórzu Strzyżowskim, po kilku ulubionych miejscówkach, jedną z najbardziej widokowych tras, jakie można tutaj wytyczyć.




Czwartkowy poranek chciałoby się powiedzieć, że zaskoczył barwami, ale ja wiedziałem, że tak będzie. Dlatego przezornie na podróż do pracy zabrałem ze sobą aparat. Niestety, w tygodniu wschody słońca mogę fotografować tylko z miejsca pasażera.



Może i było zimno, ale przynajmniej nie padało. Może i wiał wiatr, ale miałem możliwość w końcu pojechać na rower w ciągu dnia, a nie po zmroku.
Zawsze staram się coś wypatrzeć do sfotografowania. Mniej lub bardziej ciekawe, ale musi być to coś, co szczególnie zwróci moją uwagę. Tym razem padło na niepozorne przydrożne drzewo z dramatycznie wyglądającym niebem i pozawijaną drogę prowadzącą do monumentalnej budowli z krzyżem.



Minęło 49 dni, kiedy ostatni raz miałem taki warun. Dokładnie w Sylwestra, a teraz w ubiegłą niedzielę wieczorem. Jak dobrze, że pojechałem na żwirownię. W tym miejscu, z tym niepozornym wężem do odciągu piasku położonym na pływających bojach, zachód słońca prezentował się wyjątkowo pięknie.
Wyglądał pięknie i trwał bardzo długo, a kolory ciągle się zmieniały. Te najpiekniejsze oczywiście już po zachodzie słońca.



Na codzień jeśłi już jest pogodnie jeżdżę po zmroku. W dzień nie mam możliwości. Zostaje weekend. Wtedy mogę ze sobą zabrać aparat i połączyć dwie pasje – rower i fotografowanie.




Dużo wody na łąkach. Dawno tak w mojej okolicy nie było. Dużo ostatnio padało, ale nie brakowało też chwil ze słońcem i miało miejsce kilka pięknych wschodów.

Przyjemne pięć stopni na plusie w lutym to rarytas. Chłodny wiatr – normalne o tej porze roku. Świecące słońce i to w weekend – jak wygrać milion w totolotka 🙂
Wsiadłem na rower krótko po wschodzie słońca. Liczyłem na piekne słoneczne widoki. I owszem tak było. Przez pierwsze pół godziny jazdy.


