Jak się nie ma co się lubi

Dni takie krótkie, a jak przychodzi weekend, to brak ładnych wschodów i zachodów słońca. Zatem, kiedy tylko coś się rano szykuje, ja biorę aparat do auta i przynajmniej w drodze do pracy staram się coś złapać.

Poniżej jeden z tych grudniowych wschodów, kiedy słońce próbowało mało skutecznie przebić się przez chmury, a jedynie zabarwiło niebo dalikatnym kolorem. Wiadomo, że wolałbym być wtedy w plenerze, ale jak się nie ma co się lubi….

Chmury przerzedzone

Na początku mojej przygody z aparatem internet nie był zbyt popularny. Oglądając zdjęcia na forach fotograficznych marzyłem, aby też robić piękne zdjęcia. Minęło sporo czasu, zanim łyknąłem tego bakcyla na sto procent. Wiedziałem, że aby robić piękne zdjęcia najważniejsze jest dobre światło. A to występuje o świcie i zmroku.

Z czasem przekonałem się, że również za dnia można trafić na wybitne warunki do fotografowania. Nierzadko ciekawsze niż o wschodzie czy zachodzie. Jest to oczywiście trudniejsze, ale daje dużo satysfakcji.

W sobotę wyspany, wyszedłem w teren prawie trzy godziny po wschodzie słońca i trafiłem na takie właśnie warunki – przerzedzone chmury i niesamowita mgła nad łąkami. Długi spacer tonąc w śniegu to najlepsze, co mogło mi się przytrafić tego dnia.

Łopatowanie

Można nie lubić śniegu, ale zaraz po opadach, kiedy widoki okraszone są dodatkowo porannym światłem można się zakochać w tych białych krajobrazach.

Wracając do domu z porannego fotografowania zrobiłem to zdjęcie we własnym ogrodzie. Zagrało wszystko – słońce, zaspy i odpowiednia ogniskowa. Potem po zachwytach pozostało już tylko zabrać się za łopatowanie 😀

Pierwszy

Nie jest łatwo brnąć w trzydziestocentymetrowym śniegu, ale daje to wielką satysfakcję i radość. Świadomośc, że moje ślady są tu pierwsze od kilku dni. Oczywiście poza ladami dzikich zwierząt.

Zaraz po obfitych opadach śniegu, kiedy w końcu pojawiło się odrobinę słońca, a drogowcy ogarnęli również boczne drogi, wybrałem się przecierać zasypane szlaki w jednym z okolicznych lasów.

Rude barwy

Porzućmy na chwilę śnieżne fotki i sięgnijmy pamięcią do grudnia ubiegłego roku. Zdjęcia pochodzą też mniej więcej z początku miesiąca, a pogoda była zupełnie inna. Dziesięć stopni na plusie, sucho, bezwietrznie.

Wybrałem się wtedy z teleobiektywem na spacer po naszych okolicznych pagórkach, a moją szczególną uwagę zwróciły modrzewie w tych swoich rudych barwach.

Kształt pożyteczny

Było tak zimno, że i tak musiałbym dreptać w miejscu, więc przynajmniej wydeptałem coś pożytecznego 🙂

Poniedziałkowy ranek był mroźny, bo dla mnie dziesiąć stopni na minusie w połączeniu z wiatrem, to ekstremalne warunki. Zimy w ostatnich latach mnie rozpieściły i odwykłem od zimna.

Mimo to porzuciłem domowe ciepełko i wylazłem w plener. I fajnie, bo jak to zwykle bywa, po wszystkim nie żałuję tylko cieszę się, że ruszyłem się i przyniosłem kilka fotek.

Wierzby wiekowe

To był długo wyczekiwany przeze mnie wieczór. Wieczór z odrobiną czystego nieba i z kolorami na niebie. Z ładnym światłem, w miarę ciepły i bezwietrzny.

Wierzby ze zdjęcia pokazywałem tu wiele razy. To najdłużej fotografowana przeze mnie miejscówka. Zaglądam tam od 2005 roku, więc już 18 lat. A same wierzby mają pewnie z kilka razy tyle lat.

Znajdują sie one w dolinie i to właśnie późną jesienią i zimą słońce zachodzi tak, że można je uchwycić z kolorami wieczornego nieba.

Śnieg w listopadzie

Kto by się spodziewał mrożnej i śnieżnej końcówki listopada? Pewnie nikt po ostatnich ciepłych zimach. Ale klimat umiarkowany ma to do siebie, że pogoda praktycznie w każdym miesiącu może być skrajnie różna. Od kiedy mierzy się oficjalnie temperaturę, najniższa odnotowana w listopadzie na terenie Polski to -29 °C, a najwyższa… 26 °C!

Poniższe obrazki są z ubiegłej soboty, tuż po konwekcyjnych opadach śniegu. W niespełna dwie godziny napadało kilknanaście centymetrów!