Dożynki na dwóch kołach

Święto, nie święto, trzeba rano wstać, jak się później nie chce jeździć w upale. Tak myślałem, ale mimo że wyjechałem przed piątą, ostatnie kilometry kręciłem już w 30-stopniowym upale.

Ale wracając do początku trasy. Po godzinie dotarłem akurat na piękny wschód słońca nad zalewem w Kamionce. Odrobina mgieł i wyzierające zza drzew słońce zrobiły bardzo dobrą robotę.

Dopowiedziane

Coś szczególnego? Nie, nic takiego. Zwykłe polne drogi, jakieś drzewa, parę beli na polu…

A jednak te zdjęcia, jak dla mnie, mają coś w sobie. Co? Może wspomnienie tego, co bardzo lubię robić. I może nie tyle chodzi o samo fotografowanie, ale o bycie częścią tego wszystkiego. Przyrody, poranka, tej krótkiej, ulotnej chwili.

Niby jestem sam, a przecież dookoła mnóstwo życia. Słyszę poszczekiwanie saren, szum skrzydeł przelatujących chmar ptaków, z oddali klekot bociana, a w trawie pewnie odgłosy przebiegających gryzoni. Na zdjęciach tego nie widać, bo pokazują tylko mały wycinek mojego otoczenia. Ale patrząc na nie, można sobie dopowiedzieć, co działo się i mogło dziać dookoła.

Niby szybko, a wolno

Piąta dwadzieścia to już rozsądniejsza pora. To właśnie o tej godzinie jest teraz wschód słońca. Można i pospać, i jednocześnie korzystać z tej przepięknej pory dnia. Uczestniczyć w tym spektaklu natury. Niby codziennie to samo, a jednak za każdym razem coś innego.

A tu jakaś sarna, a tu coraz częściej spotykane stada ptaków. Być może szykują się do odlotu, nie wiem. A może spotykają się w zupełnie innym celu. To wszystko dzieje się tak szybko. Tak szybko mijaja te najpiękniejsze kilkadziesiąt minut poranka.

A potem, oglądając dziesiątki zdjęć, wydaje się, że trwało to wieczność. Tyle chwil zatrzymanych w kadrze…

Zaćmienie słońca | 12.08.2026

Miejscówka miała być spokojna i cicha, a na miejscu zastałem pielgrzymkę ludzi. I fajnie, że aż tyle osób zainteresowało się tym niezwykłym zjawiskiem, jakie miało miejsce dzisiejszego wieczora! Mowa oczywiście o częściowym zaćmieniu Słońca. Na dodatek spektakularnym, bo miało miejsce tuż nad horyzontem!

Kiedy już znalazłem wśród tych wszystkich ludzi miejsce do fotografowania, a miałem je upatrzone, bo chciałem złapać zaćmienie dokładnie nad tutejszymi Zakładami Magnezytowymi, oddalonymi o dokładnie 9,7 kilometra, okazało się, że… jako że rzadko używam lustrzanki, bateria była na wyczerpaniu! Ale może to i lepiej, bo nie napstrykałem setki zdjęć, tylko dosłownie kilka 🙂

Fajnie było po 27 latach znowu zobaczyć to zjawisko. Kolejne za 26 lat… i tego mogę już nie dożyć…

Wszystko działo się powoli

Tup, tup, krok za krokiem. Żeby tylko czegoś nie przegapić. Głowa w prawo, w lewo… co by tu sfotografować?

Główne skrzypce z pewnością grało niebo. Słońce niziutko nad horyzontem dosięgało jeszcze tu i ówdzie pól. Było gorąco jak na porę zachodu słońca. 30 stopni jak nic. Przyjemny wiaterek próbował rozgonić to gęste powietrze, aparat rwał się do pstrykania zdjęć, a bąki próbowały dobrać się do mojej skóry.

Cóż… niby dużo się działo, a jednak było spokojnie i cicho. Wszystko działo się powoli.

Dnia następnego

Wypatrzyłem sobie to miejsce dzień wcześniej, ale wtedy pogoda była zupełnie inna. Zachmurzenie, mgła, ogólnie klimat bardziej do siedzenia w domu niż do robienia zdjęć.

Następnego dnia prognozy zapowiadały bezchmurne niebo od rana i niską temperaturę. Zostawiłem tym razem rower w domu i poszedłemna własnych nogach. Pospacerować, pooglądać i oczywiście coś sfotografować.

Warunki nie zawiodły. Udało mi się złapać te pierwsze chwile po wschodzie słońca, z delikatnymi mgiełkami i od samego początku ostrym, porannym światłem. Brodząc w rosie, wdychając intensywne zapachy wilgotnego poranka i słuchając dobiegającego z oddali klangoru żurawi.

Chodzi lisek koło drogi…

A nawet kilka lisków! Wczoraj spotkałem co najmniej cztery. Pierwszy zwiał, zanim zdążyłem go porządnie zauważyć. Kolejny napatoczył się na mojej drodze i najwyraźniej niewiele sobie robił z mojej obecności, by po chwili pogonić w swoją stronę. Ale następne dwa to już był prawdziwy hardkor.

Udało mi się je podejść na kilkadziesiąt metrów i zza kukurydzy podglądać ich zabawy. Patrząc przez teleobiektyw, miałem wrażenie, jakbym sam hasał tam razem z nimi. Tyle że w rzeczywistości musiałem być absolutnie cicho i najlepiej w ogóle się nie ruszać.

Lisy zachowywały się zupełnie swobodnie, a kiedy przyszedł czas na odwrót, tyle samo uwagi poświęciłem na oddalenie się, żeby przypadkiem nie zepsuć im zabawy.

Mleko, czyli mgła

A co powiecie na takie mgliste klimaty? Otóż tak, to sierpień. Tyle że dokładnie dwa lata temu. Jakoś tak wpadły mi w oko te zdjęcia podczas przeglądania archiwalnych, jeszcze niepublikowanych kadrów.

Pamiętam ten poranek jak dziś. Od samego rana mgły, a od czasu do czasu słońcu udawało się przebić przez mleko i chmury. Bodajże była to również niedziela, skoro mogłem wyruszyć na rower skoro świt.

Pamiętam ten niesamowity klimat i to, że praktycznie nie odrywałem aparatu od oka. Tak, wtedy jeszcze na rowerowe wycieczki zabierałem aparat. Nie tylko smartfon.

Drugi lub trzeci

To był bodajże drugi albo trzeci dłuższy plener w tym roku. Taki prawdziwy plener, co to jedzie się gdzieś specjalnie samochodem tylko po to, żeby pofotografować. Głównym celem jest fotografowanie, a nie spacerowanie, maszerowanie czy jazda na rowerze.

I co? Tęskno mi za takimi plenerami, nie będę ukrywał. Ale silniejsza ode mnie jest chęć skupienia się przede wszystkim na rowerze i bieganiu, a zdjęcia zeszły na drugi plan i są raczej tym, co robię przy okazji.

Wracając jednak do poniższego wieczoru. Warun naprawdę dopisał, więc spędziłem miłą godzinkę, skupiając się tylko i wyłącznie na tym, co dzieje się wokół mnie. Na krajobrazie, świetle i przede wszystkim na niebie.

Ile jeszcze upałów

Dobrze jest wyjechać o świcie. Ostatnio poniekąd zmuszała mnie do tego pogoda. W ponad trzydziestostopniowym upale oczywiście da się jeździć, ale czy to jeszcze przyjemność? Ja zdecydowanie wolę nawet deszczowe dni. Zawsze trafi się jakieś okienko pogodowe, a podczas takiego skwaru często jedynym rozsądnym wyjściem jest zostać w domu. Bo inaczej pot leje się strumieniami.

Dlatego coraz częściej wybieram poranki. Chłód, cisza, puste drogi i czyste niebo. To zdecydowanie bardziej moje klimaty.

Poniżej kilka zdjęć właśnie z takiego poranka.