Zwykła droga

W niedzielę pokazywałem już zdjęcia z tego magicznego poranka. Zwykła droga pośród pól, otoczona prowizoryczną siatką – niby nic nadzwyczajnego, bo takich miejsc jest pewnie wiele. Ale tego poranka zyskała zupełnie inny wymiar dzięki cudownemu światłu o wschodzie słońca.

Bajkowe mgły i przebijające się przez nie promienie tworzyły widok, który naprawdę potrafi zapierać dech – zwłaszcza komuś wrażliwemu na piękno natury. Dookoła śpiew ptaków, a poza tym cisza, jak makiem zasiał. Aż można było poczuć dreszcze na plecach – i to nie tylko z wrażenia, bo termometr pokazywał dokładnie zero stopni.

Poczekałem

Tego poranka słońce długo kazało na siebie czekać. Nad horyzontem zebrały się chmury i dopiero około pół godziny po wschodzie wyjrzało zza nich. Stałem na wzniesieniu nad uroczą dolinką, z której postanowiłem teleobiektywem wysupłać kilka kadrów.

Pierwsze promienie słońca zaczęły nieśmiało muskać czubki drzew – jakby je budziły z nocnego snu, powoli rozlewając złote światło po krajobrazie. Ten moment zawsze robi wrażenie, niezależnie od tego, ile razy się go widziało.

Koniec miasta

Mijam znak „koniec miasta” i świat zmienia się nie do poznania! …no, może nie aż tak bardzo :). Nie ma asfaltu i zaczyna się prawdziwa rowerowa przygoda. Zamiast klaksonów i korków – szum wiatru i odgłosy ptaków.

Zaczyna się prawdziwa zabawa! Szutrowe drogi, które czasami przypominają tor przeszkód, ale przecież nigdzie mi się nie spieszy, a wieczorny klimat tylko dodaje smaczku mojej jeździe. Słońce zachodzi, robi się chłodniej, ale ten krajobraz wciąga i nie chce wypuścić ze swoich objęć.

Gęba uśmiechnięta, a kto mnie mija, może zastanawiać się, co z tym kolesiem jest nie tak! Ale jak tu się nie cieszyć, jadąc po takich szlakach?

Znowu to zrobiłem

Znowu to zrobiłem – wieczorna wyrypa rowerowa, rzepaki w tle, aparat w pogotowiu i banan na twarzy większy niż przewyższenia na trasie. Tym razem specjalnie zaplanowana trasa po polnych bezdrożach, tam, gdzie kończy się asfalt, a zabudowania są tylko wspomnieniem.

Rzepaki właśnie eksplodowały kolorem – złoto na całego! A drogi? Cóż, rower czasem miał wątpliwości, czy to jeszcze ścieżka, czy już naturalna pułapka na entuzjastów dwóch kółek. Ale to nic – im mniej przejezdne, tym więcej frajdy. Ani ludzi, ani hałasu, tylko wiatr, śpiew ptaków i ten zapach rzepaku, który aż zapiera dech.

Jechałem sobie powolutku, jak lubię – zero pośpiechu, tylko ja i krajobraz, który wyglądał jak z pocztówki. I właśnie wtedy zrobiłem te zdjęcia – złote, spokojne i dokładnie takie, dla których warto uciekać z uczęszczanych traktów.

Na koniec kwietnia

Kończy się właśnie kwiecień, a jak na ten miesiąc, to pogoda była całkiem spoko! Owszem, były dni, które przypomniały mi, że wiosna to jednak zmienna pora roku – trochę deszczu, trochę zimnych wiatrów, ale na szczęście również sporo pogodnych dni, które pozwalały na spokojne kręcenie kilometrów. No i te widoki… Czysta przyjemność!

Na zdjęciach, które załączam, znajdziecie nieśmiało zaczynające kwitnąć rzepaki, czy drogi biegnące skrajem lasu. Jest coś magicznego w tej wiosennej zieleni, słońcu przebijającym się przez drzewa i tym cichym szumie wiatru. Takie chwile naprawdę sprawiają, że każdy kilometr to czysta przyjemność – można nawet zapomnieć o trudzie i po prostu cieszyć się chwilą.

Drzewa samotne

W sobotni poranek wsiadłem na rower o świcie, a na tapet poszły między innymi zdjęcia samotnych drzew, które spotkałem po drodze. Takie chwile to czysta magia – poranne światło, które powoli wlewa się w każdy zakamarek, roztacza ciepłą, złotą poświatę, oświetlając świat delikatnymi barwami. Rosa pokrywa trawę, a powietrze jest rześkie i świeże, wręcz orzeźwiające.

Niskie słońce maluje długie cienie na ziemi, tworząc niesamowity klimat. Drzewa, stojące samotnie wśród łąk, na polach, przy drogach, wyglądają jak pomniki ciszy i spokoju. Każdy z tych widoków to chwila, która zatrzymuje czas, gdy świat budzi się do życia, a ja jestem tam, by to wszystko uchwycić.

Nieudane czekanie na ciepełko

Pobudka o czwartej rano, bo plan był prosty – wyjazd dokładnie ze wschodem słońca. Ale kiedy spojrzałem na termometr i zobaczyłem -2 stopnie, pomyślałem: „No dobra, wracam jeszcze na chwilę do łóżka, za godzinę będzie cieplej”. Następna pobudka o siódmej – patrzę na termometr, a tam… nadal -2! Z naturą się nie wygra, no nie? Ale cóż, śniadanko, kawa i w końcu w drogę!

Dziś na tapet poszły między innymi Brzeziny, Grudna, Bączałka, Głobikówka i Głobikowa – co za teren! Widoki przepiękne, pagórkowate, więc było trochę cięższego kręcenia. Mimo to, każda chwila na rowerze była czystą przyjemnością. Na koniec trafiłem na chyba najpiękniejszą miejscówkę w okolicy z widokiem na góry Chełm i Bardo.

Wiśniowa po trasie

Kręcąc rowerem przez okolice Wiśniowej, nie mogłem sobie odmówić małego zboczenia z trasy – oczywiście w celach krajoznawczo-artystycznych . Zespół Parkowo Dworski i Folwarczny w Wiśniowej kusi, a grzechem byłoby nie wstąpić.

Parkowe alejki aż się proszą, żeby zrobić tam rundkę – najlepiej w stylu slow motion. Nie dlatego, że tak chciałem, tylko tak wyszło po wcześniejszych podjazdach. Aleja Grabowa? Cudo! Pachnie historią i daje cień, którego szuka każdy rowerzysta z lekkim kryzysem energetycznym.

No i oczywiście – aparat poszedł w ruch. Kilka zdjęć pałacu Mycielskich, parę ujęć w alejkach i można jechać dalej.

Rowerem po Pogórzu Strzyżowskim

Pogórze Strzyżowskie znowu mnie przyciągnęło – jakby tam ktoś co tydzień rozkładał nowe widoki i jeszcze bardziej zawijał polne drogi. Wspinaczka? Była, jak zawsze. Ale jak już wdrapałem się na te najwyższe pagórki, to dech zapierało – i to nie tylko z wysiłku.

Wszystko dookoła aż świeci zielenią, rzepaki zaczynają się żółcić, a polne drogi kręcą się jak wstążki wśród pól i prowadzą w miejsca, gdzie człowiek zastanawia się, czy przypadkiem nie wjechał do bajki. Do tego widok na Przełom Wisłoka – nie można oderwać wzroku.

Cisza, spokój, śpiew ptaków, a jedyne dźwięki to szum wiatru i moje lekkie sapanie pod górkę. Ale było warto. Bo Pogórze to nie tylko teren do jazdy – to terapia z widokiem!

Rowerowa wyrypa

Co ty, Witku, tak ciągle się włóczysz po tych polach rowerem? Przecież to nie jest normalne – pchać się na ledwo przejezdne, zarośnięte polne drogi, gdzie nawet dziki pewnie zawracają.

No właśnie dlatego. Bo tam, gdzie kończy się asfalt, zaczyna się prawdziwa rowerowa wyrypa. Tam, gdzie droga znika w trawie, zaczyna się cisza, spokój i krajobrazy, których nie doświadczysz podczas jazdy po gładkiej szosie. A przy okazji można cyknąć kilka zdjęć tych „zwykłych”, ale na swój sposób wyjątkowych widoków.

Jasne, czasem trzeba rower pchać, czasem człowiek zlany potem przeklina pod nosem, a czasem niespodziewanie przemknie jedna czy dwie sarny. Ale te chwile, kiedy jedziesz sam wśród pól, z wiatrem we włosach i z błotem po kostki – są po prostu bezcenne. I warto je zatrzymać nie tylko w głowie, ale i w kadrze.