Z dala od burzy

Miałem akurat trochę czasu, a nadchodziły burze, więc wziąłem aparat i siadłem na pagórku aby je sobie poobserwować. Byłem całkowicie bezpieczny, bo przechodziły dobrych kilka kilometrów ode mnie. Mogłem w spokoju siedzieć i potrzeć na zmieniające się chmury i błyskające pioruny.

Paczłorki pól

Może pogoda nie była idealna do zdjęć. Do roweru jednak najidealniejsza. Nie wiało, nie świeciło mocno słońce, a na polnych drogach było sucho. Wybrałem się zatem w jedno z ulubionych zdjęć z pofalowanymi paczłorkami pól.

Jeszcze majowe

Dynamicznie na niebie. I kawałek tęczy się załapał na wszystkich zdjęciach. W różnych okolicznościach przyrody. Tęcza „wisiała” na niebie przynajmniej z godzinę, a może i dłużej. To jeden z majowych jeszcze wieczorów.

Wygrywa

Zanim trzy lata temu zacząłem po raz kolejny przygodę z rowerem, nie odpuszczałem żadnego zachodu słońca. Gdy tylko miałem możliwość, uderzałem w teren. Teraz dużo, dużo rzadziej i przyznaję, że brakuje mi pięknych kolorów na niebie. Ale nic na to nie poradzę, że jedna pasja wygrywa z drugą. No przynajmniej na razie.

Miało być rano

Miałem pojechać rano, równo ze wschodem, ale gdy zobaczyłem tylko siedem stopni na termometrze, to się nie odważyłem. Poczekałem do siódmej i dopiero wtedy wsiadłem na rower, aby szurnąć kolejną setkę.

Tym razem pojechałem na południowy zachód, gdzie nie brakuje górek, ale i pięknych widoków. Z rzadka sięgałem po aparat, ale jednak kilka pamiątkowych fotek wpadło.

Moja tęcza

Najpierw groźnie wyglądający szelf. Ja w tym momencie niestety bez aparatu zwiewałem w podskokach do samochodu ze spaceru. Później konkretna ulewa, która zmoczyła grzbiet, bo trzeba było jeszcze na zakupy.

Ale kiedy wróciłem do domu po aparat i pojechałem na miejscówkę, wiedziałem że tęcza będzie już moja.

Burza coraz bliżej

Zawsze uważnie śledzę radary pogodowe, zanim wyjadę na rower i według mnie nie powinno było padać. Po jakimś czasie zaczęły jednak zbierać się ciemne chmury. Zawróciłem w stronę domu, ale ich widok tak mnie fascynował, że co raz zatrzymywałem się, by robić zdjęcia.

A burza była coraz bliżej. Pewnie to nierozsądne, ale coś mnie tam trzymało i kazało podziwiać i fotografować. Udało się i zrobić fotki i przemoczyć ciuchy. Ale tylko trochę 😉

Ciepłe słoneczko

W dolinach mgły. Na pagórkach czysto, ale pochmurno. Pierwsze promienie słońca zobaczyłem dopiero po kilkudziesięciu kilometrach rowerem, kiedy chmury się rozeszły, a mgła zaczęła rozpraszać.

To zdecydowanie najpiękniejszy moment pamiętnego poranka. Bo potem złapał mnie deszcz, a ja w popłochu szukałem jakiegoś dachu. Udało się, ale na szczęście deszcz nie trwał długo i reszta wyprawy minęła w ciepłym słoneczku.