To było wtedy, kiedy spotkałem wiele leni marcowych. Myślałem, że tylko lenie się leniły tego pochmurnego popołudnia. Ale nie…

To było wtedy, kiedy spotkałem wiele leni marcowych. Myślałem, że tylko lenie się leniły tego pochmurnego popołudnia. Ale nie…

Pierwsze owady jakie prawie co roku spotykam na wiosnę to ochotki. A miejsce w jakim najczęściej na wiosnę spotykam owady, to krzak rododendrona. W tym roku nie było inaczej.

Zazwyczaj odpuszczam sobie latanie za motylami, jeśli usiądzie i czeka, to OK, ale w innym przypadku daje mu spokój. tym razem nie odpuściłem, ale ostatnie 5 metrów nie chciałem ryzykować i uskuteczniłem czołganie się. Udało się 😉

Siedziały i czekały. Jedna patrzyła w jedną stronę, druga w przeciwnym kierunku. Koszyczki poustawiały na skraju liścia. Wielebny się spóźniał. Ale nie mogły odejść, zanim ten nie poświęci ich koszyczków pełnych mszyc, bo co postawiłyby na świątecznym stole…
Spokojnych i pogodnych Świąt 😉

On chciał, ona chciała, więc wszystko było jak należy.

Już z półtorej godziny cierpliwie szukałem owadów do fotografowania. Powiedziałem sobie, a raczej moje kolana powiedziały mnie – koniec klęczenia i kucania. Kiedy tylko podniosłem się na proste nogi, na wysokości oczu na młodych listkach jakowegoś drzewa zauważyłem tego pluskwiaka.


Kiedy wszystkie owady dookoła łączyły się w pary ten samotny Wujek cierpliwie czekał, aż jakowaś Wujkowa zainteresuje się jego skromną osobą. Bo on z natury nieśmiały był.

Wczoraj bohaterką wpisu była pani Leniowa, dziś pan Leń. W sobotę panów Leni widziałem całkiem sporo, wszystkie, pewnie ze względu na pochmurną pogodę siedziały grzecznie na łodygach i zachowywały się jak typowe lenie.

Dosyć niezgrabnie zachowywał się na tej trawce. Być może był tuż po solidnym niedzielnym obiedzie (zdjęcia robiłem wczoraj koło czternastej) albo to kwestia braku kondycji po zimie.


Sprawiał wrażenie takiego, który mocno trzyma się tego, na czym siedzi. Mimo, że obejmował łodygę wszystkimi nogami i z całych sił, kiedy ostrożnie przygiąłem łodygę do następnych zdjęć, spadł jak kamień w wodę. Następnym razem, kiedy będzie chciał się zdrzemnąć powinienem przypiąć się za pomocą uprzęży wspinaczkowej.

Od kilku dni „Co mi się nawinęło przed obiektyw…” ma swój fanpage na fb. Jak ktoś ma ochotę, to można „lubić” 😉