Pusto i spokojnie

Kilkanaście, może nieco więcej ulubionych miejscówek. Moja najbliższa okolica. Maksymalnie do kilkunastu kilometrów od domu. Dalej się nie zapuszczam, no chyba że rowerem.

Szybkie wypady na wschody lub zachody to właśnie te kilkanaście ulubionych miejsc. Miejsc, które w pięknym świetle zawsze wyglądają zjawiskowo i w których czuję sie dobrze. Pewnie dlatego, że są z dala od zabudowań. Że jest tam pusto i spokojnie.

Niespełna rozumu

Warunki ciągle się zmieniały. Żółcie, pomarańcze, w końcu róże. Na końcu już po zmroku był burgund. Może się to wydawać nieprawdopodobne, bo takie kolory nie zdarzają się często. Miałem to szczęście akurat tego dnia być w plenerze, móc to podziwiać przez długi czas na własne oczy i uwiecznić na zdjęciach.

Zaskakiwany co kilka minut. Biegający po polach z miejsca na miejsce. Zziajany i z drżącymi z emocji dłońmi. Ktoś, kto mnie widział mógł sobie pomyśleć, że jakiś niespełna rozumu 😉

Zaczeska

Kiedy wieje tak bardzo, że twoja zaczeska zaczyna żyć własnym życiem… 🙂

Wieczór zapowiadał się ciekawie. Wiał bardzo mocny wiatr, na niebie pływały obłoczki, a dalej na zachodzie przez następne kilkaset kilometrów nie było chmurki. To musiało zakończyć się cudownymi kolorami na niebie.

Nie zawiodłem się, a kolor utrzymywały się na niebie bardzo długo. Udało się też obejść kilka miejscówek, jednak ta chyba najbardziej przypadła mi do gustu. Poniższą wierzbę pokazywałem już tutaj. Ogłowioną, potem elegancko odrośniętą, a teraz jak widzę dopadł ją ogień, całkiem możliwe, że przyczyną był piorun, na co wskazują odłamane kawałki pnia.

Jak z horroru

Ten wieczór zapamiętam na długo. Przepiękne kolory, najpierw oczywiście w ciepłych barwach, zaczeły się prawie godzinę przez zachodem słońca. Na koniec niebo na długie minuty stało się czerwone. Najpierw fotografowałem w polach, ale stwierdziłem, że ten mroczny klimat pasuje mi do cmentarza i tam się przeniosłem.

Te niesamowite kolory świeciły na niebie jeszcze ponad czterdzieści minut po zachodzie słońca. Cmentarz, nietuzinkowy kolor nieba i silny wiatr wydający różne odgłosy. To wszystko złożyło się na ten niepowtarzalny klimat rodem z horroru 😉

Ciepła a potem zimna

W pierwszej dekadzie października nie brakowało malowniczych zachodów słońca. Miałem możliwość prawie codziennie ostatnie chwile dnia spędzać w plenerze. Nic na to nie poradzę, że gdy zbliża się wieczór coś wyciąga mnie z domu.

Ten wieczór był zdecydownie najpiękniejszy. Najpierw miękka kołderka chmur nabrała ciepłych pomarańćzowych barw, by po kilkunastu minutach, już po zachodzie słońca stać się bardziej chłodna i ciemna.

Kadr okraszony

Serce rośnie, kiedy trafiam na takie sytuacje. Zarośnięty krzaczorami przydrożny krzyż zyskał nowe życie. Chwała temu, kto się nad nim zlitował i oczyścił jego okolicę. Jedno z moich ulubionych miejsc odzyskało swój klimat.

Wsiadłem zatem na roer i wróciłem tam po raz kolejny, aby uwiecznić na zdjęciach to wyjątkowe miejsce. Traf chciał, że mój kadr okrasiły dwie przejeżdżające akurat rowerzystki i przepiękny zachód słońca.

Ulotne zjawisko

Wyjeżdżałem rowerem z domu – na niebie było nimbo. Była jakaś tam szansa na malutkie prześnienia nad zachodnim horyzontem, ale zdawałem sobie sprawę, że to może się nie zdarzyć. Jednak się zdarzyło – w pewnym momencie zaczeły pojawiac się okazałe promienie, a ja byłem w centrum wsi.

Pocisnąłem mocniej, aby dojechać na jakiś niezabudowany teren. W takich chwilach przydaje się forma, bo zazwyczaj to się nie spieszę delektując się jazdą. W ostatniej chwili zziajany dotarłem poza zabudowania i udało się jeszcze uchwycić to ulotne zjawisko.

Prostota i minimalizm

Niektóre zdjęcia są planowane i wyczekane, inne to całkowity spontan i przypadek. Po prostu znalazłem się w odpowiednim miejscu i czasie. No i miałem ze sobą aparat.

Nic takiego – widziałem z daleka człowieka w traktorze bronującego pole i drugiego zbierającego ostatnie ziemniaki po wykopkach. Jednak kiedy znalazłem się w miejscu, gdzie oni stali się tylko ciemnymi postaciami na tle wieczornego nieba już wiedziałem, że muszę sięgnąć po aparat i że fotki mimo swojej prostoty i minimalizmu będą jednymi z moich ulubionych w tym miesiącu.

Obszar ograniczony

Przypadki rządzą fotografią. Nie tylko wychodzone i skrupulatnie zaplanowane kadry. Jechałem sobie na zdjęcia i zauważyłem ten hipnotyzujący widok. Połowa gorejącej kuli chowająca się za oddalony o dwa i pół kilometra kościół.

I choć ten kadr fotografowałem dobrych kilka, może kilkanaście razy, starannie planując datę i czas, wyczekując odpowiednich warunków, to teraz powstał on całkiem przypadkiem. Zaskoczył mnie, jakbym widział to po raz pierwszy w życiu. I to właśnie jest piękne, że wędrując z aprartem na mocno ograniczonym obszarze cięgle cos mnie zaskakuje.

Bocian na akacjach

Co ja przeżyłem, żeby powstało to zdjęcie. Historia jest taka, że mam taką miejscówkę, gdzie z odległości około półtora kilometra widać moje akacje i kiedy stamtąd zerknąłem na nie przez teleobiektyw, zauważyłem siedzącego na nich bociana!

Długo się nie zastanawiając wskoczyłem na siodełko i ruszyłem ile sił w nogach, a najkrótsza droga po wertepach to było prawie cztery kilometry! Przez całą drogę myślałem tylko o jednym, czy zdążę, zanim bociam odleci.

Kiedy po kilkunastu minutach dotarłem na miejsce, z przeciwnej strony nadjeżdżał ktoś na kuadzie. Załamałem się i choć nie miałem wiele czasu, aby zrobić fotki, to jednak się udało! Kuad śmignął pod drzewami, bocian odleciał, ale ja zostałem jednak z fotkami.