Stałe miejsce

Jest takie miejsce niedaleko mojego domu, gdzie zawsze się zatrzymam… Kapliczka pod drzewami — moja stała miejscówka na rowerowych trasach.

Czasem robię tu zdjęcia, czasem tylko postoję i popatrzę przed siebie… a czasem po prostu łapię oddech po podjeździe, zanim ruszę dalej 😉

Niby zwykła kapliczka. A jednak jest w niej coś takiego, że trudno ją minąć obojętnie. Drzewa stoją jak wierni strażnicy, widoki cieszą oko, a aparat tylko czeka, aż znowu pójdzie w ruch.

Trzy akty jednego wieczoru

Rowerowa wycieczka, a w gratisie spektakl na niebie w trzech odsłonach!

🔸 Akt pierwszy: ciepłe barwy i zachmurzone niebo – myślę sobie: „Może coś z tego będzie?”…

🔹 Akt drugi: po zachodzie, zatrzymałem się na wiadukcie nad autostradą – chłodne odcienie, zupełnie inny klimat.

🔺 Akt trzeci: jazda zakończona, ale na niebie zaczyna się jeszcze lepszy spektakl. Patrzę w górę… i co widzę? Niebo w kolorze czerwonym!

Ktoś by powiedział, emocje jak na czeskim filmie! No raczej nie dla mnie, ja to uwielbiam 🙂

Rowerowe wyprawy: Więcej niż zdjęcia

Rowerowe wyprawy to pasja, która oprócz fotografii zdominowała ten blog. Czasem to tylko krótka przejażdżka po okolicy, innym razem długie trasy, które zostają w pamięci na długo. Każda wyprawa ma coś wyjątkowego – piękne widoki, momenty, które po prostu trzeba uchwycić na zdjęciu. Czasem jest to niezliczona liczba zdjęć, innym razem tylko jedno lub dwa. A wiele razy w ogóle nie fotografuję, tylko po prostu jadę. 🙂

Mimo zimna

W dzień cieplutko, a rano i wieczorem ziąb – tak wyglądała pogodowa rzeczywistość na początku ubiegłego tygodnia. Wyjeżdżałem z domu, było komfortowo, na powrocie musiałem ostrzej przycisnąć, żeby nie zmarznąć.

A tu jeszcze postój na parę minut, żeby zrobić zdjęcia. Mimo że wiało i w momencie się wychłodziłem, tego widoku nie można było ot tak odpuścić.

Zatrzymany czas i urokliwa dolina

Podczas jednej z wypraw trafiłem w leśny zaułek, gdzie pewnie od dawna nie stanęła ludzka stopa. Choć to może wydawać się dziwne, bo przecież prowadziła tu dróżka. Co prawda w pewnym momencie wyglądała tak, jak na zdjęciu nr 1, ale jednak.

Kawałek dalej trafiłem na miejsce o bajkowym wyglądzie. Powalone i zarośnięte mchem stare drzewa sprawiały wrażenie, jakby całe to miejsce zostało zapomniane przez czas.

Wyzwaniem było później wykaraskanie się z tej urokliwej doliny. Pod górę trzeba było wypychać rower. Po chwili w końcu udało mi się wydostać z lasu, gdzie czekał na mnie już zupełnie normalny krajobraz.

Błoto, drzewa i radziecka myśl techniczna

Polne drogi, tu i ówdzie lepkie błotko, samotne urokliwe drzewa i pamiętający jedynie słuszne czasy stary ZIŁ 157, spotkany zupełnie przypadkiem na jakimś placu.

Tak mniej więcej wyglądały moje ostatnie wyprawy rowerowe. Błoto dla treningu równowagi, polne krajobrazy dla ducha, a ZIŁ… no cóż, dla uświadomienia sobie, że mój rower, mimo braku napędu na wszystkie koła, i tak ma większe szanse na dalszą podróż 🙂

Gdzie koła rano niosą

Gdzie też Witku zawędrowałeś na swoim rowerze w ostatnich dniach?

Otóż pogoda była całkiem niezła, ale najbardziej w pamięci utkwił mi jeden z mglistych poranków. Takie właśnie lubię najbardziej – mimo porannego chłodu światło jest wtedy niepowtarzalne. A jeśli do tego dojdą delikatne mgiełki i to miękkie, niziutko rozlane światło… no, to już pełnia fotograficzno-rowerowego szczęścia!

Przedwiośnie na dwóch kołach

Marzec… Niby już nie zima, ale do wiosny jeszcze kawałek. Nie ma zieleni jak w maju, nie ma złotych liści jak jesienią, niby szaro, trochę buro, ale w powietrzu czuć coś nowego – nadzieję!

Bo chociaż przyroda jeszcze się nie budzi, a drzewa stoją gołe, to dni stają się coraz dłuższe, słońce częściej wygląda zza chmur, a powietrze pachnie już inaczej – mniej mrozem, a bardziej obietnicą cieplejszych dni.

Na razie trzeba cieszyć się tym, co jest – ciepłymi promieniami na twarzy, śpiewem pierwszych ptaków i tym, że jazda na rowerze wreszcie nie oznacza odmrażania palców.

Wieczorna rowerowa sielanka

Wtorek to był ten dzień, kiedy po wielu miesiącach jazdy w zimowych warunkach wreszcie można było poczuć mały luksus – dwucyfrową temperaturę! Niby tylko dziesięć stopni, ale po tygodniach marznięcia każdy podmuch ciepłego powietrza wydawał się jak zapowiedź wiosny!

Trzydzieści kilometrów po znajomych trasach, ale w zupełnie nowej odsłonie. Zachód słońca malował świat na złoto, a asfalt lśnił w jego ciepłym blasku, jakby przez chwilę zapomniał, że jeszcze niedawno skuwał go lód. Miejmy nadzieję, że wiosna powoli przejmuje stery – światło wieczorem robi się coraz piękniejsze, a jazda znowu sprawia frajdę bez walki z mrozem. 

Luty jak kwiecień

Czasem luty potrafi zaskoczyć. Środa była jak podróż w przyszłość – zamiast mrozu i śniegu, słońce, ciepło i idealne warunki na rower. Kręciło się aż miło, choć chwilami zastanawiałem się, czy przypadkiem to nie kwiecień 🙂

Pod wieczór las zrobił się magiczny. Złote światło przedzierało się przez drzewa, a ja jechałem jak zahipnotyzowany tym widokiem. Gdyby nie zdrowy rozsądek, pewnie zatrzymywałbym się co kilka metrów na kolejne zdjęcia i wrócił do domu dopiero w nocy 🙂