Jak sowa

Tak zwana niebieska godzina. Kiedy jeszcze słońce jest za horyzontem, ale już jest odrobinę jasno. Oczy może jeszcze nie rozróżniają wszystkich szczegółów, ale aparat podczas dłuższego naświetlania tak . I to właśnie wtedy kolory są najbardziej nierzeczywiste . Trochę żal, że człowiek nie widzi po ciemku tak dobrze jak na przykład sowa. Wtedy mógłby się takimi kolorami delektować na gołe oko, bez potrzeby używania aparatu, do wyciągnięcia barw.

Efekt poboczny

Majówkowy, czterodniowy weekend to trzy rowerowe wyjazdy – w sumie jakieś 150 kilometrów – i jeden plener „nożny”, czyli bez roweru, na własnych nogach. Pogoda dopisywała idealnie. No, może poza poranną rosą, która nieco utrudniała jazdę po polnych drogach. Mokre koła szybko oblepiały się ziemią i po chwili rower wyglądał, jak po błotnej kąpieli. Ja zresztą też – bo wiadomo, to błotne combo bryzgało na wszystkie strony.

W sumie spoko. Po kilku latach jeżdżenia takie przygody są wręcz wskazane – żeby nie było za grzecznie i zbyt przewidywalnie. A efektem ubocznym, a raczej pobocznym tych wypraw, są – rzecz jasna – zdjęcia.

Zwykła droga

W niedzielę pokazywałem już zdjęcia z tego magicznego poranka. Zwykła droga pośród pól, otoczona prowizoryczną siatką – niby nic nadzwyczajnego, bo takich miejsc jest pewnie wiele. Ale tego poranka zyskała zupełnie inny wymiar dzięki cudownemu światłu o wschodzie słońca.

Bajkowe mgły i przebijające się przez nie promienie tworzyły widok, który naprawdę potrafi zapierać dech – zwłaszcza komuś wrażliwemu na piękno natury. Dookoła śpiew ptaków, a poza tym cisza, jak makiem zasiał. Aż można było poczuć dreszcze na plecach – i to nie tylko z wrażenia, bo termometr pokazywał dokładnie zero stopni.

Poczekałem

Tego poranka słońce długo kazało na siebie czekać. Nad horyzontem zebrały się chmury i dopiero około pół godziny po wschodzie wyjrzało zza nich. Stałem na wzniesieniu nad uroczą dolinką, z której postanowiłem teleobiektywem wysupłać kilka kadrów.

Pierwsze promienie słońca zaczęły nieśmiało muskać czubki drzew – jakby je budziły z nocnego snu, powoli rozlewając złote światło po krajobrazie. Ten moment zawsze robi wrażenie, niezależnie od tego, ile razy się go widziało.

Dzik – mam go!

Dobry! Dziś na blogu historia o dziku, który w niedzielny poranek wpadł mi prosto przed obiektyw.

Wybrałem się w plener jeszcze przed świtem. Na miejscu zauważyłem jakieś zwierzę biegające w te i we wte, jakby miało owsiki albo ADHD. Z daleka ta rozmazana plama wyglądała mi na jenota, ale bardzo się myliłem.

Stałem na górce, na dziwnie udeptanej ścieżce. Pomyślałem, że może to właśnie ten zwierz ją udeptał i zaraz będzie wracał tą samą drogą. Ustawiłem wysokie ISO, czas 1/100 s – trochę za długi jak na takie warunki, ale nie było czasu kombinować ani eksperymentować. To było kilka, może kilkanaście sekund. Przykucnąłem i czekałem.

I miałem nosa! Na ścieżce, jakieś dwadzieścia metrów przede mną wyłonił się on – dzik! Spojrzał na mnie i zamarł na ułamek sekundy. Zdążyłem nacisnąć spust migawki, zrobić dwa zdjęcia i… jedno wyszło idealnie! Nie mogłem w to uwierzyć, bo raczej nie mam doświadczenia w fotografowaniu w takich warunkach. A jednak – mam go!

Widmo Brockenu na równinie

Wstałem o czwartej. Niby wcześnie, ale wiadomo – kto rano wstaje, ten może zobaczyć cuda. O 4:50 już byłem na rowerze. Trasa była zaplanowana, ale jak tylko zobaczyłem, gdzie ściele się mgła, plan się rozsypał i uległ natychmiastowej modyfikacji.

Zboczyłem z trasy z konkretnym celem – zrobić zdjęcia, które sam będę chciał oglądać jeszcze przez tydzień. W tej gęstej, mlecznej ciszy świat był jakiś bardziej skupiony. Fotografowałem i nagrywałem filmy, czułem się jak w innym wymiarze. Gdy wyjechałem nieco z mgły i spojrzałem w bok, stało się – pojawiło się widmo Brockenu! Rzadkość na równinach! Mój cień, zawieszony na kurtynie mgły, otoczony tęczową aureolą – jak z innego świata.

Zatrzymałem się i oniemiałem. Nie wiedziałem, czy sięgać po iPhone’a, czy wyciągać aparat – ręce same nie mogły się zdecydować. Stałem w rozterce, a mój cień – jakby naprawdę żył – patrzył na mnie wyraźnie zniecierpliwiony. W końcu sięgnąłem po oba. Bo takich momentów nie zostawia się bez śladu.

Koniec miasta

Mijam znak „koniec miasta” i świat zmienia się nie do poznania! …no, może nie aż tak bardzo :). Nie ma asfaltu i zaczyna się prawdziwa rowerowa przygoda. Zamiast klaksonów i korków – szum wiatru i odgłosy ptaków.

Zaczyna się prawdziwa zabawa! Szutrowe drogi, które czasami przypominają tor przeszkód, ale przecież nigdzie mi się nie spieszy, a wieczorny klimat tylko dodaje smaczku mojej jeździe. Słońce zachodzi, robi się chłodniej, ale ten krajobraz wciąga i nie chce wypuścić ze swoich objęć.

Gęba uśmiechnięta, a kto mnie mija, może zastanawiać się, co z tym kolesiem jest nie tak! Ale jak tu się nie cieszyć, jadąc po takich szlakach?

Znowu to zrobiłem

Znowu to zrobiłem – wieczorna wyrypa rowerowa, rzepaki w tle, aparat w pogotowiu i banan na twarzy większy niż przewyższenia na trasie. Tym razem specjalnie zaplanowana trasa po polnych bezdrożach, tam, gdzie kończy się asfalt, a zabudowania są tylko wspomnieniem.

Rzepaki właśnie eksplodowały kolorem – złoto na całego! A drogi? Cóż, rower czasem miał wątpliwości, czy to jeszcze ścieżka, czy już naturalna pułapka na entuzjastów dwóch kółek. Ale to nic – im mniej przejezdne, tym więcej frajdy. Ani ludzi, ani hałasu, tylko wiatr, śpiew ptaków i ten zapach rzepaku, który aż zapiera dech.

Jechałem sobie powolutku, jak lubię – zero pośpiechu, tylko ja i krajobraz, który wyglądał jak z pocztówki. I właśnie wtedy zrobiłem te zdjęcia – złote, spokojne i dokładnie takie, dla których warto uciekać z uczęszczanych traktów.

Jest takie miejsce

Heeeejkaaa!!! Siadajcie wygodnie, zapnijcie pasy albo przynajmniej odłóżcie herbatę, bo dziś zabieram Was w miejsce, gdzie cywilizacja trzyma się z daleka. Mowa o przepięknie usytuowanej kaplicy pw. św. Bartłomieja w Pstrągowej, Brzeziu– jak z bajki, z absolutnym spokojem i klimatem, który można by butelkować i sprzedawać jako suplement diety.

Kaplica stoi sobie przy polnej drodze, z dala od wszystkiego – ludzi, domów, klaksonów i pędzących samochodów. I właśnie w tym cały urok – cisza, porządek, żadnych śladów po weekendowych grillowiczach, tylko trawy, ptaki i to światło, które wieczorem robi z tej scenerii małe objawienie. Oczywiście wybrałem się tam późnym popołudniem, żeby złapać ją w najlepszym świetle.

No i udało się w ostatniej chwili! Słońce jeszcze tylko machnęło mi na pożegnanie złotym promieniem i znikło za chmurami, jakby specjalnie dla mnie zrobiło ostatni ukłon.
A zdjęcia? No sami zobaczcie – tylko ostrzegam: mogą wywołać niekontrolowane „WOW!” i chęć porzucenia wszystkiego, żeby ruszyć tam choćby piechotą!

Na koniec kwietnia

Kończy się właśnie kwiecień, a jak na ten miesiąc, to pogoda była całkiem spoko! Owszem, były dni, które przypomniały mi, że wiosna to jednak zmienna pora roku – trochę deszczu, trochę zimnych wiatrów, ale na szczęście również sporo pogodnych dni, które pozwalały na spokojne kręcenie kilometrów. No i te widoki… Czysta przyjemność!

Na zdjęciach, które załączam, znajdziecie nieśmiało zaczynające kwitnąć rzepaki, czy drogi biegnące skrajem lasu. Jest coś magicznego w tej wiosennej zieleni, słońcu przebijającym się przez drzewa i tym cichym szumie wiatru. Takie chwile naprawdę sprawiają, że każdy kilometr to czysta przyjemność – można nawet zapomnieć o trudzie i po prostu cieszyć się chwilą.