Na chwilę wyszło słońce? Niebywałe! W te pędy ubieram gumiak na nogę i pędzę na spacer. Cieszmy się chwilami ze słońcem, tak szybko nadchodzą chmury!





Na chwilę wyszło słońce? Niebywałe! W te pędy ubieram gumiak na nogę i pędzę na spacer. Cieszmy się chwilami ze słońcem, tak szybko nadchodzą chmury!





Minęła połowa maja, a pogoda nadal taka sobie. Nieliczne chwile bez deszczu wykorzystywałem tradycyjnie na jazdę rowerem lub spacery – koniecznie z aparatem.
Chciałbym w końcu ściągnąć z siebie te zimowe ciuchy i pojechać, czy pójść jak człowiek – w krótkim rękawku i krótkich spodenkach. Ile jeszcze trzeba będzie poczekać…?





Słoneczne, wiosenne wycieczki zostają w mojej pamięci. Najbardziej te, kiedy światło do fotografowania było idealne, a ja kręciłem po moim rodzimym Pogórzu Strzyżowskim – to tam kieruję większość moich tras. Mieszkam na jego obrzeżach, więc jadąc na południe mam pagórki, a jadąc na północ – równinne tereny.
Oczywiście mieszam jedne z drugimi, ale wiosna to zdecydowanie czas na pogórze. Bajkowe, zielono-żółte widoki. I ciągle zaskakujące moje oczy. Tu każdy kolejny zakręt drogi potrafi przynieść nową pocztówkę do kolekcji.





Odrobina słońca z rana? Ostatnimi czasy to nieczęsty widok. Może i na polnych drogach miejscami błotniście, ale i tak jest zaje…iście 🙂 W takich warunkach można jeździć. Mam dość chmur! Chcę znowu pięknej pogody – od świtu do zmierzchu. Przecież to maj! 🌞
No dobra… dajmy spokój narzekaniu. Zawsze przecież znajdzie się jakieś okienko pogodowe na jazdę rowerem 🚴, a nawet jeśli popaduje deszcz, można zarzucić na siebie coś nieprzemakającego i wio w drogę – pieszo 😉




W niedzielę niby miało być pogodnie, ale zapowiadano możliwe przelotne opady deszczu. I takie też opady dopadły mnie co najmniej trzykrotnie podczas mojej wycieczki rowerowej wzdłuż Wisłoka – od Wiśniowej po Odrzykoń i z powrotem.
W związku z niepewną pogodą cisnąłem na korbę ile sił w nogach i mało fotografowałem. Najciekawsze miejscówki to oczywiście Aleja Grabowa i park w Wiśniowej oraz cerkiew w Rzepniku. Po drodze zrobiłem sobie przerwę przy urokliwej kapliczce i obok prywatnego zamku 🙂






a polach niezmiennie pięknie. Co prawda pogoda nieco się popsuła i temperatury niekoniecznie przypominają majowe, ale żyjemy w klimacie umiarkowanym, gdzie wszystko o każdej porze roku może się zdarzyć. I nie jest to nic niezwykłego.
Pogoda absolutnie nie może stać na straży przy drzwiach wyjściowych z domu. Wystarczy się odpowiednio ubrać i można spędzać czas aktywnie. Jeśli nie rower, to spacer po okolicy jak najbardziej wskazany.




To był jeden z tych wieczorów, kiedy z przymusu musiałem zrezygnować z roweru. Organizm domagał się regeneracji. Wybrałem zatem spacer. Oczywiście, na wszelki wypadek zabrałem ze sobą aparat i fajnie, bo samym wieczorem chmury na chwilę raczyły się rozsunąć i zobaczyłem nieco kolorowego nieba.
Bywa i tak, że piękne widoki pojawiają się wtedy, gdy najmniej się ich spodziewasz. Wieczorny spacer, zachmurzone niebo, wszystko wydaje się spokojne – to idealna okazja, żeby złapać oddech. Dwie godzinki spokojnego marszu i ten niespodziewany moment z pięknym niebem. Czasem warto zrobić krok w tył i pozwolić sobie na chwilę relaksu – nawet jeśli oznacza to, że rower zostaje w domu.




To był zimny, pochmurny i ciemny wieczór. Mało światła i ponuro – w sam raz na nostalgiczny spacer po okolicznych polach. Nie padało, więc wystarczyło się dobrze ubrać, zawiesić na szyi aparat z teleobiektywem i w drogę.
Tego właśnie wieczoru spotkałem między innymi poniższego sarna. Zauważył mnie już z daleka (zdjęcie 1), ale wykorzystując zasłonę z krzaków, postanowiłem podkraść się bliżej. On cały czas mnie obserwował, ale udało się zrobić zdjęcie z bliższa. Wtedy okazało się, że ów sarn klapnięte uszko ma (zdjęcie 2)!
Po chwili pobiegł w swoją stronę, ale zatrzymał się, by jeszcze raz zerknąć w moją stronę (zdjęcie 3). Widocznie zaintrygowałem go czymś równie mocno, jak on mnie tym swoim klapniętym uszkiem…



Ostatni tydzień, jeśli chodzi o temperatury, bardziej przypominał początek kwietnia niż maja. Chłodne poranki i zimny wiatr zdecydowanie nie zachęcały do rowerowych wycieczek… ale jak wiadomo, ja długo w domu wysiedzieć nie potrafię, więc kilka niezbyt długich, ale wymagających tras miało miejsce. Nawet nie chcę wspominać o dzisiejszej deszczowej aurze – lepiej skupić się na przyjemniejszych wspomnieniach!
Dlatego wracam myślami (i zdjęciami) do majówkowych wypraw. Pogoda wtedy dopisała, a światło i przyroda zrobiły swoje – było co oglądać i co fotografować. Dziś kilka ujęć właśnie z tych dni, kiedy wszystko zagrało tak, jak trzeba.




Kiedy jest taki niesamowity klimat, nie zastanawiam się, czy gdzieś utknę tym swoim rowerem, czy uda się przejechać. Nie zważam na rosę na wysokich trawach i na przemoczone buty. Na zimno i dziury w czymś, co było drogą, albo jest łąką. Dopóki jest fajnie, potrafię jechać, byle dotrzeć do nowych miejsc. Pewnie nie raz ktoś widząc mnie z rowerem w takich miejscach mocno się zdziwił. No ale sami zerknijcie, czy taki klimat może nie zauroczyć? No nie może.




