Niespodzianka nad drzewami

Tęcza nie o poranku, nie wieczorem, a w środku letniego popołudnia? Jak najbardziej!

W piątek tyłek dostał wolne od siodełka, a nogi od biegania. Wybór mógł być tylko jeden – spokojny spacer, i to wyasfaltowaną leśną drogą. Całkowity luz oraz regeneracja ciała i umysłu. No i jak to zwykle u mnie ostatnimi czasy bywa… długo spokojnie nie było. Złapał mnie deszcz. Na szczęście tylko delikatny kapuśniaczek.

Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że chwilę wcześniej świeciło słońce… i wcale nie przestało świecić, gdy zaczął padać deszcz. „O co tu chodzi?” przemknęło mi przez głowę, ale odpowiedź przyszła błyskawicznie. Przecież to może oznaczać tylko jedno – tęczę! Musiałem jednak nieco podbiec, aby mieć na nią widok ponad drzewami. Kilkadziesiąt szybszych kroków, może nawet lekki trucht… i nagle zza drzew wyłonił się taki oto bajkowy widok.

Przygoda

Nie, nie. To nie zdjęcia z wczoraj. Wczoraj było zimno i… mokro. Bardzo mokro…

W tym roku już dwa razy porządnie zmokłem na rowerze, ale wczoraj chyba najbardziej.

Stwierdziłem, że dłużej nie ma co czekać na poprawę pogody i po prostu jadę na rower. Na dzień dobry, po kilku kilometrach zaczęło padać. Chwilę przeczekałem pod wiaduktem, ale stwierdziłem: jadę dalej, a co! Po kilkunastu minutach deszcz ustał, a ja zdążyłem nawet wyschnąć.

Pod koniec trasy nie było już jednak tak kolorowo. Rozpadało się na dobre. Byłem tak przemoczony, że miałem wrażenie, iż woda przesiąkła nawet przez skórę. 😅 Do tego zrobiło się zimno, więc nie należało to do najprzyjemniejszych przeżyć.

Ale dzisiaj wspominam to już z uśmiechem. W końcu każda taka sytuacja to jakaś przygoda i kolejne wspomnienie z rowerowych wypraw. 🚴🌧️

Nowe

Ostatnimi czasy zdarzyło mi się kilka razy zboczyć z dobrze znanych tras i to właśnie podczas takich wyjazdów moją uwagę zwróciły poniższe kapliczki.

Każda z nich jest inna, ale wszystkie stały przy głównych drogach. Skromne i niepozorne, być może przez wielu mijane bez choćby krótkiego spojrzenia. A przecież każda z nich ma swój urok i zdecydowanie zasługuje na chwilę uwagi.

Lubię zatrzymać się przy takich miejscach. Są częścią lokalnego krajobrazu i historii, a przy okazji stanowią bardzo ciekawy motyw fotograficzny. Dzięki odkrywaniu nowych tras wciąż trafiam na miejsca, których wcześniej zupełnie nie znałem.

Chce się

Ostatnio sporo jeździłem na rowerze. Nie każda wyprawa kończyła się dużą liczbą zdjęć, czasem po drodze powstawał tylko jeden czy dwa lub kilka kadrów. Dziś zebrałem je w jednym wpisie.

Pierwsze zdjęcie powstało o poranku nad wodą. Kolejne pokazuje jedne z pierwszych chwil po wschodzie słońca, gdy jego tarcza dopiero wyłaniała się znad horyzontu. Podczas jednej z tras zahaczyłem też o zamek w Przecławiu, który zawsze świetnie prezentuje się na zdjęciach.

Na końcu zostawiłem urokliwą asfaltową dróżkę prowadzącą przez kilka kilometrów pośród pól uprawnych. Te spokojne i ciche i niepozorne miejsca często najbardziej zapadają mi w pamięć i sprawiają, że chce się ciągle to robić – jeździć, jeździć i jeszcze raz jeździć.

Spektakl dla mnie

Wyruszyłem bez większych nadziei na mgliste krajobrazy. Co prawda była wczesna pora, ale poranek był wyjątkowo ciepły, z temperaturą około 17 stopni, więc wydawało się, że na mgły nie ma już szans.

Tym większe było moje zaskoczenie, gdy trafiłem na te delikatne mgiełki, a nad horyzontem właśnie wschodziło słońce. Taki widok musi robić wrażenie, zwłaszcza gdy pojawia się zupełnie niespodziewanie.

To musiał być naprawdę szczęśliwy zbieg okoliczności. Podczas blisko 100-kilometrowej trasy znalazłem się dokładnie w tym miejscu i o tej porze, kiedy natura przygotowała taki spektakl.

Przystanki nieplanowane

Podczas jednej z rowerowych wypraw zahaczyłem o zalew w Kamionce. Co prawda było już jakiś czas po wschodzie słońca, ale ku mojemu zdziwieniu nie było tam żywej duszy, mimo to czas wakacyjny.

Zrobiłem spokojną rundkę aby uwiecznić kilka słonecznych widoków. Pogoda dopisywała, a cisza i spokój sprawiły, że miejsce miało swój wyjątkowy klimat.

Po krótkim postoju wskoczyłem z powrotem na rower i ruszyłem dalej przed siebie. To te nieplanowane przystanki okazują się jednymi z najprzyjemniejszych momentów całej wycieczki.

Ostatni dzień upałów

Ubiegły tydzień. W ostatni dzień upałów po raz kolejny wybrałem się na rower, ale tym razem jeszcze przed świtem. Już o trzeciej w nocy było dwadzieścia stopni, ale w porównaniu z tym, co działo się w ciągu dnia, był to naprawdę przyjemny chłodek.

Jednym z moich przystanków były stawy widoczne na zdjęciach. Gdy tam dotarłem, słońce właśnie wschodziło, a na niebie pojawiły się piękne kolory poranka. Ich odbicie na spokojnej tafli wody tylko dopełniło ten wyjątkowy widok.

Mam plan

Wrócę jeszcze na chwilę wspomnieniami do niedzielnego wyjazdu na farmę wiatraków. To miejsce jest wyjątkowe nawet bez samych wiatraków. Z dala od zabudowań, dookoła tylko pola uprawne rozciągające się na pofałdowanym terenie.

To wszystko znajduje się na wzniesieniu, z którego rozpościera się piękny widok na okolicę. Są tu drogi asfaltowe, szutrowe i zwykłe polne. Można włóczyć się rowerem godzinami. Mam już nawet plan, żeby kiedyś załadować rower na bagażnik, podjechać pod wiatraki i przez cały poranek kręcić po tej okolicy.

To już ?!?

Czy mi się wydaje, czy właśnie minęła połowa roku? Przecież dopiero co czekaliśmy, aż stopnieją śniegi, zrobi się trochę cieplej, nadejdzie wiosna i świat znowu zacznie się zielenić. Mam wrażenie, że to było dosłownie chwilę temu.

A tu już końcówka czerwca. Za mną dziesiątki wschodów słońca, setki przejechanych kilometrów i mnóstwo chwil, które jeszcze niedawno wydawały się odległymi planami. Czas pędzi jak szalony i nic na to nie poradzimy.

A właściwie… jedno możemy. Korzystać z każdego dnia. Wstać wcześniej, pojechać tam, gdzie jeszcze nas nie było, zrobić zdjęcie, usiąść na chwilę nad wodą albo po prostu wyjść na spacer. Nie czekać na idealny moment, bo bardzo często okazuje się, że właśnie ten zwyczajny dzień był tym najlepszym.

Jeśli nie te, to…

Jak znajduję te miejscówki? Tak naprawdę ich nie szukam. Po prostu jadę i fotografuję tam, gdzie zastanie mnie wschód słońca albo gdzie po drodze coś przykuje moją uwagę. To całkowity spontan.

Nawet nie staram się zapamiętywać wszystkich tych miejsc. Wiem, że prędzej czy później znowu na nie trafię. Może za rok, może za dwa.

A jeśli nie, to odkryję kolejne. Być może ciekawsze, być może mniej spektakularne, ale wciąż takie, które mnie fascynują i dają motywację do jeżdżenia rowerem po okolicy. Tej bliskiej i tej nieco dalszej.