Bilans dodatni

Słoneczniki na trasie to zawsze miła niespodzianka. Nieważne, czy jest poranek, wieczór, czy jak tym razem, środek dnia. A tu trafiło się nie jedno pole, tylko chyba ze trzy położone obok siebie. Poprzestałem jednak na kilku zdjęciach z drogi, bo bąki i jusznice deszczowe były tego dnia wyjątkowo natrętne. Nawet krótki postój kończył się rojem owadów krążących wokół mnie.

Podczas powolnej jazdy polnymi drogami dorobiłem się kilku solidnych ukąszeń, które teraz skutecznie przypominają o tej wycieczce uporczywym swędzeniem. Fotografowanie w takich warunkach do najprzyjemniejszych nie należy, ale czasem trzeba pogodzić się z tym, że natura ma swoje prawa.

Czy żałuję wyjazdu? Oczywiście, że nie. Kilka ukąszeń prędzej czy później przestanie swędzieć, a zdjęcia słoneczników i wspomnienia z letniej włóczęgi zostaną na długo. I to jest bilans, który zdecydowanie mi odpowiada.

W głąb

W niedzielę wybrałem się na rower mniej więcej godzinę po wschodzie słońca. Wcześniej nie było sensu ruszać, bo niebo przykrywały chmury, a później wcale nie wyglądało to wiele lepiej. Słońce pokazywało się tylko od czasu do czasu, ale przynajmniej poranek był jeszcze przyjemnie rześki i bez upału.

Kiedy zapuściłem się w głąb Pogórza Strzyżowskiego, okazało się, że tu i tam unoszą się delikatne mgiełki. Natomiast gdy zza chmur na chwilę wychodziło słońce, odległe pagórki wyglądały naprawdę zjawiskowo, skąpane w miękkim porannym świetle.

Nie był to poranek z idealną pogodą, ale to takie warunki często dają najbardziej klimatyczne kadry. Wystarczy kilka minut słońca, odrobina mgły i odpowiedni widok, żeby cała rowerowa wycieczka okazała się warta wczesnego wstawania.

Nieoczekiwanie

Weekend udany, jeśli chodzi o rowerowe przejażdżki. Ze względu na trochę słabszą formę i chyba lekkie przemęczenie odpuściłem stukilometrowe trasy. Zamiast tego wybrałem dystanse mniej więcej o połowę krótsze, przeplatając asfalt z odrobiną szutrowych i polnych dróg.

W sobotę trafiłem na fajną scenkę pod akacjami. Mimo że fotografuję je od dziesięciu lat, nigdy nie przyszło mi do głowy powiedzieć, że sfotografowałem już je we wszystkich możliwych konfiguracjach. Natura potrafi zaskoczyć, wystarczy znaleźć się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze.

Tym razem pod akacjami trwały żniwa. Złote zboże i pracujący kombajn stworzyły kadr, którego wcześniej jeszcze nie miałem. Właśnie dlatego staram się niczego nie oczekiwać od swoich wyjazdów, bo najciekawsze fotografie zazwyczaj pojawiają się wtedy, gdy zupełnie się ich nie spodziewam.

Jedna czwarta

Chyba właśnie mija już jedna czwarta wakacji. Co prawda mnie ten okres bezpośrednio nie dotyczy, bo wakacji nie mam, ale to tylko uświadamia mi, jak szybko płynie czas. Dlatego zawsze staram się wykorzystywać każdą wolną chwilę na realizowanie swoich pasji i zainteresowań.

Czekam na każdy dzień, w którym mogę wsiąść na rower albo ruszyć na pieszą wędrówkę. To moje paliwo do życia. Oczywiście poza ogromnymi ilościami jedzenia, które muszę pochłaniać, żeby uzupełnić kalorie spalone podczas tych wszystkich aktywności.

Każde wyjście w teren przynosi jednak coś więcej niż tylko kolejne kilometry. Odkrywam nowe widoki i dostrzegam rzeczy, których wcześniej nie zauważyłem. Choć wydaje mi się, że byłem już niemal w każdym miejscu w promieniu kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu kilometrów od domu, za każdym razem te same zakątki potrafią mnie czymś zaskoczyć. Innym światłem, inną pogodą, nowymi detalami czy kadrami, które wcześniej po prostu umknęły mojej uwadze.

Im nie przeszkadza

Pogoda ostatnio nie rozpieszcza, ale wytrzymajmy jeszcze jutro. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że czeka nas poprawa i stabilizacja pogody. Głęboki niż, który od kilku dni przemieszcza się znad południowej Skandynawii przez Bałtyk w kierunku Litwy i Białorusi, wreszcie odpuści.

I bardzo dobrze, bo ja już kilka razy porządnie przemokłem, zarówno podczas rowerowych wypraw, jak i pieszych wędrówek. Mam nadzieję, że teraz będzie okazja trochę przesuszyć buty i nacieszyć się letnią pogodą.

Tymczasem kilka zdjęć akacji, które, jak gdyby nigdy nic, nadal stoją w swoim miejscu zupełnie nie przejmując się pogodowymi zawirowaniami.

Przygoda

Nie, nie. To nie zdjęcia z wczoraj. Wczoraj było zimno i… mokro. Bardzo mokro…

W tym roku już dwa razy porządnie zmokłem na rowerze, ale wczoraj chyba najbardziej.

Stwierdziłem, że dłużej nie ma co czekać na poprawę pogody i po prostu jadę na rower. Na dzień dobry, po kilku kilometrach zaczęło padać. Chwilę przeczekałem pod wiaduktem, ale stwierdziłem: jadę dalej, a co! Po kilkunastu minutach deszcz ustał, a ja zdążyłem nawet wyschnąć.

Pod koniec trasy nie było już jednak tak kolorowo. Rozpadało się na dobre. Byłem tak przemoczony, że miałem wrażenie, iż woda przesiąkła nawet przez skórę. 😅 Do tego zrobiło się zimno, więc nie należało to do najprzyjemniejszych przeżyć.

Ale dzisiaj wspominam to już z uśmiechem. W końcu każda taka sytuacja to jakaś przygoda i kolejne wspomnienie z rowerowych wypraw. 🚴🌧️

Chce się

Ostatnio sporo jeździłem na rowerze. Nie każda wyprawa kończyła się dużą liczbą zdjęć, czasem po drodze powstawał tylko jeden czy dwa lub kilka kadrów. Dziś zebrałem je w jednym wpisie.

Pierwsze zdjęcie powstało o poranku nad wodą. Kolejne pokazuje jedne z pierwszych chwil po wschodzie słońca, gdy jego tarcza dopiero wyłaniała się znad horyzontu. Podczas jednej z tras zahaczyłem też o zamek w Przecławiu, który zawsze świetnie prezentuje się na zdjęciach.

Na końcu zostawiłem urokliwą asfaltową dróżkę prowadzącą przez kilka kilometrów pośród pól uprawnych. Te spokojne i ciche i niepozorne miejsca często najbardziej zapadają mi w pamięć i sprawiają, że chce się ciągle to robić – jeździć, jeździć i jeszcze raz jeździć.

Spektakl dla mnie

Wyruszyłem bez większych nadziei na mgliste krajobrazy. Co prawda była wczesna pora, ale poranek był wyjątkowo ciepły, z temperaturą około 17 stopni, więc wydawało się, że na mgły nie ma już szans.

Tym większe było moje zaskoczenie, gdy trafiłem na te delikatne mgiełki, a nad horyzontem właśnie wschodziło słońce. Taki widok musi robić wrażenie, zwłaszcza gdy pojawia się zupełnie niespodziewanie.

To musiał być naprawdę szczęśliwy zbieg okoliczności. Podczas blisko 100-kilometrowej trasy znalazłem się dokładnie w tym miejscu i o tej porze, kiedy natura przygotowała taki spektakl.

Przystanki nieplanowane

Podczas jednej z rowerowych wypraw zahaczyłem o zalew w Kamionce. Co prawda było już jakiś czas po wschodzie słońca, ale ku mojemu zdziwieniu nie było tam żywej duszy, mimo to czas wakacyjny.

Zrobiłem spokojną rundkę aby uwiecznić kilka słonecznych widoków. Pogoda dopisywała, a cisza i spokój sprawiły, że miejsce miało swój wyjątkowy klimat.

Po krótkim postoju wskoczyłem z powrotem na rower i ruszyłem dalej przed siebie. To te nieplanowane przystanki okazują się jednymi z najprzyjemniejszych momentów całej wycieczki.